Dlatego też od jakiegoś 1,5 miesiąca jesteśmy w UK, w pracy. Tak, tak my też musimy pracować(niestety)
Znowu mieszkamy na kompletnym zadupiu co nam absolutnie nie przeszkadza. Jesteśmy wręcz zachwyceni. Żadnego szumu aut, żadnego smogu, żadnych modnych galerii handlowych. Tylko my, ptaki, stada owiec i otaczające nas ze wszystkich stron wzgórza. Jest naprawdę pięknie.
A jak trzeba się zaopatrzyć w jakieś dobre wino czy czekoladę to idziemy 40 minut do najbliższej “głównej” miedzymiastowej i łapiemy stopa do malutkiego miasteczka Ambleside.
Daria czyta książki w ilościach przemysłowych a ja łażę po górach, dolinach…
Dziś po drodze na szczyt Lingmoor fell przypomniałem sobie, że chodzenie po górach jest tak fantastyczne. To niesamowite uczucie jakiego doznajesz w niewielu sytuacjach. Jak żeglowanie po jeziorze Dargin przy 6 w skali beauforta, jak pierwszy zjazd na nartach poza utartymi szlakami, w puchu głębokim na 1,5 metra, jak my wspinający się na wulkan w Inonezji…
Ja i natura, nic więcej.
W wolnych chwilach gramy w scrabble z Kasią i Przemem, którzy zarabiają na kolejne podróże w Szkocji.
Cieszymy się życiem, jesteśmy przeszczęśliwi
A tydzień temu minęło 5 lat odkąd nie ma już ja i Ty. Jesteśmy MY
Ostatnie dni tej trzymiesiecznej podrozy spedzilismy w Varanasi, wloczac sie waskimi uliczkami, siedzac nad Gangesem, zajadajac sie pyszna banana dosa i przygladajac sie ludziom. Pisalismy juz kilka razy o tym jak bardzo lubimy to miejsce, dlatego teraz nierozpisujac sie, dodamy tylko kilka zdjec.
Notke piszemy z Delhi, skad jutro rano mamy powrotny lot do Polski.
Goraco pozdrawiamy wszytskich tych, ktorzy sledzili nasze wpisy!
Porady:
- pokoj 2os z wifi w Kedar Guest House 400inr
Czas naszej miesięcznej podróży po Sri Lance dobiegł końca. Ostatnie dni spędziliśmy nad morzem pomiędzy miejscowościami Hikaduwa i Ambalangoda pod opiekuńczym okiem jednego z najmilszych ludzi jakie dane nam było spotkać w tym kraju. Cały hotelik był tylko dla nas więc dzięki wspomnianemu człowiekowi czuliśmy się jak w domu.
Z Colombo (Stolica Sri Lanki) wróciliśmy lotem z powrotem do Indii- do Chennai, skąd kolejnym lotem udaliśmy się na północ kraju do Kalkuty. To już trzeci raz kiedy znaleźliśmy się w tym przedziwnym, ogromnym – piętnastomilionowym mieście. Poprzednie dwa razy spędziliśmy w taksówce, słynnym żółtym Ambasadorze w drodzę na lotnisko, dlatego tym razem zdecydowaliśmy się zostać dłużej.
Trudno opisać uczucia jakie wzbudziło w nas to miejsce. Po w sumie trzech miesiącach spędzonych w Indiach spowodowało, że nie byliśmy w stanie robić zdjęć. Być może nie znaczy dla Was nic to stwierdzenie, ale byliśmy w takim szoku kulturowym, że nie pozostawało nam nic innego poza przyglądaniem się. Same miasto oczywiście dzieli się na nowsze i starsze dzielnice, ale my wylądowaliśmy w samym środku chaosu, gdzie świnie tarzają się w górze śmieci na środku ulicy, gdzie jedynym dobytkiem ludzi jest koc i szmata zawieszona na chudym ciele, gdzie budynki walą się wprost na ludzi, którzy biorą poranną kąpiel w hydrantach. Dziwność polega na tym, że z jednej strony czuliśmy się przytłoczeni i przygnębieni, z drugiej nie mogliśmy oderwać wzroku od toczącego się tutaj życia. Każdy krok i każde spojrzenie to nowa sytuacja, zdarzenie.
Zawsze podróżując pociągami w Indiach wybieraliśmy sleeper class. Tym razem, wyjeżdżając z Kalkuty nie mieliśmy takiego wyboru ze względu na brak miejsc. Zdecydowaliśmy więc, że pojedziemy najtańszą , najbardziej zatłoczoną klasą, bez rezerwowanych miejsc. Kiedy dotarliśmy wcześniej na dworzec z nadzieją, że uda się nam zaleźć jakieś miejsce od razu rozczarowaliśmy się widząc niekończącą się kolejke ludzi, którzy stali przed pustym jeszcze peronem. Kiedy wreszcie przyjechał pociąg, na dworcu utworzył się tymczasowy ruch, którym kierowała policja, kontrolująca, żeby nikt nie zdołał się wepchnąć. Zupełnie zaskoczył ich widok białasów próbujących się w tym wszystkim odnaleźć i chyba to skłoniło jednego z policjantów, że pomogł nam się wepchnąć i o dziwo znaleźć miejsce! Kiedy tylko usiedliśmy w wagonie rozpętała się wojna o wolne miejsca. Nie tylko siedzące oczywiście. Każdy centymetr przestrzeni wypełnił się ludzkimi ciałami i torbami tworząc jedna więlką krzyczącą masę. Dla samego doświadczenia tego warto było pojechać. Kiedy tylko jakieś miejsce zostało zwolnione ludzie zdawali się budzić z letargu i walczyć o to kto stał bliżej, komu miejsce przysługuje.
W pewnym momencie do pociągu wsiedli hidźra(hijra). Są to osoby w kulturze Azji Południowej uznawane jako trzecia płeć. Ludzie ci jednak urodzoni są biologicznie jako mężczyźni lecz z własnego wyboru lub przymusu, najczęśniej oprócz wstąpienia do samej społeczności pozbawieni są organów płciowych. Kastracja, jako obrzęd religijny przebiega bez żadnego znieczulenia… Swoją kobiecość przesadnie podkreślają ubiorem, makijażem i przede wszystkim ruchami, które w żaden sposób nie przypominają ruchów Hindusek. Na życie zarabiają tańcząc na weselach czy podczac narodzin, przynosząc płodność i szczęście. Jednak większość ich zarobków pochodzi z żebrania, czego byliśmy świadkami, lecz mimo wszystko nazwalibyśmy to raczej wymuszaniem. Kiedy któryś z mężczyzn nie miał ochoty płacić, hidźra łapali go za krocze krzycząć i złoszcząc się. Jeśli zabieg ten nie przynosił oczekiwanego skutku bez żadnego skrępowania podnosili swoje kolorowe sari pokazując okaleczone genitalia… właściwie ich brak. Hindusi wierzą, że hidźra potrafią rzucać klątwy, dlatego większość z nich zawsze płaci.
Z Kalkuty pojechaliśmy do Bodhgaya, gdzie jesteśmy teraz. Miasteczko, gdzie tymczasowo przebywają uchodźcy z Tybetu, gdzie każdego roku przyjeżdżają buddyjscy pielgrzymi by zobaczyć i pomodlić się w znajdujących się tu świątyniach. W mieście na terenie głównej świątyni znajduje się Bodhi tree – drzewo pod którym Budda doznał oświecenia.
Za kilka dni pojedziemy po raz trzeci do Varanasi, które będzie naszym ostatnim przystankiem zanim wylecimy z Delhi do zimnej Polski.
Porady:
- bus z Colombo na lotnisko 23rupie lankijskie
- prepaid taxi z lotniska do centrum Kalkuty 235rupii indyjskich
- pokój w Kalkucie w Paragon Hotel 400rupii/2os
- taxi z Sudder street do stacji Howrah w Kalkucie 120rupii
- pociąg Kalkuta – Gaya , Second class 118/os – 6,5h
- riksza z Gaya do Bodhgaya 120inr
- pokój w Mohammad new hotel w Bodhgaya – 500rupii z wifi/2os
Zdjęcia z Kalkuty:
Mężczyzna dzielący się swoim jedzeniem z ulicznymi psami

Okropny i bezduszny sposób przewożenia kurczaków, dosłownie zawiązanych w pęczki…

Do Kalkuty przyjechaliśmy w środku nocy i udało nam się znaleźć taki oto piękny, “więzienny” pokój za niesamowicie wysoką cenę jak na panujące warunki (400rupii). Słyszeliśmy jednak, że generalnie poziom pokoi w mieście jest dużo niższy niż zazwyczaj.

Zdjęcia z Bodhgaya:
Sinharaja – ostatni las deszczowy na Sri Lance.
Wybraliśmy się tam na całodzienny trekking z biologiem – przewodnikiem. Przemiłym gościem, który dał nam nadzieję, że może jednak nie wszyscy ludzie na Sri Lance widząc białego mają dolary na oczach.
Las sam w sobie nie powalił, po spacerach w malezyjskich i indonezyjskich dżunglach, tutaj spodziewaliśmy się czegoś podobnego. Nie zawiedliśmy się jednak w ogóle ze względu na zwierzęta jakie udało nam się zobaczyć. Zresztą zobaczcie na zdjęciach…
Porady:
- pokoj dla 3os w Sinharaya rest(Deniyaya) 1800rs
- bus Aturesa-Deniyaya 70rs
- trekking 3500rs/os z wliczonym obiadem i wejsciem do parku ,w godz 8-16
Pusta, piękna, żółta plaża; biegające po drodze kozy, rozciągające się po horyzont pola ryżowe i lasy. Rząd niemal pustych hoteli i knajp, oszukujący cię na każdym kroku ludzie, którzy dają ci do zrozumienia, że jesteś TURYSTĄ i że obchodzą ich tylko Twoje pieniądze.
Witajcie w Arugam Bay po sezonie.
To tutaj po raz kolejny przyszedł kryzys związany z ludzmi, z brakiem bezinteresownej rozmowy, z wiedzą, że nie możesz kupić kilku pomidorów bez przepłacenia za nie. Tutaj, bez żadnych skrupułów rikszarze przyznają- jesteś turystą, więc dla ciebie mamy inną cenę. Lecz to tutaj także przeżyliśmy najwspanialszy dzień tej podróży.
Posłuchajcie..
Od przyjazdu wiedzieliśmy, że jesteśmy w rejonie gdzie żyje mnóstwo zwierząt, że w okolicach można zobaczyć i te dzikie, egzotyczne. Widzielismy turystów wynajmujących riksze na całodniowe wycieczki. Turystów, których na marginesie nie było teraz zbyt wielu co było dla nas ogromnym plusem. Po dniu spędzonym na plaży zdecydowaliśmy się wypozyczyć skutery i samemu obejrzeć okolice. Uwierzcie nam, że nie mogliśmy podjąć lepszej decyzji.
Już sama jazda niemal pustą drogą, gdzie dookoła rozciągały się zielone łąki, rosnący ryż i palmy była ekscytuąca, lecz ruszyliśmy w kierunku, gdzie ponoć z odrobina szczęścia można było zobaczyć dzikie krokodyle. Sam ten pomysł, w kraju gdzie za każdy wstęp, za każdą odkrytą „rozrywkę” trzeba słono zapłacić wydawał się niedorzeczny. Ale kierowani przez lokalsów, za pomocą gestów zjechaliśmy na zakurzoną, piaszczystą drogę, między mokradła, gdzie po raz pierwszy widzieliśmy tyle pieknych, nieznanych wcześniej nam ptaków. Iii udało się! Coś niesamowitego. Nie mogliśmy uwierzyć, że tak łatwo można je znaleźć i że tak blisko ludzi żyją dzikie krokodyle, wylegujące się na słońcu z rozdziawionymi pyskami. Wróciliśmy do miasta, omal nie rozjeżdzając po drodze żółwia wodnego i węża.
Trzeba dodać, że nie widzielśmy jeszcze nigdy takiej ilości pawi, które latając tuż przed naszym skuterem okazały się najpiękniejszymi ptakami jakie dane nam było widzieć w locie.
Po zobaczeniu tylu zwierząt mieliśmy niesamowicie dobre humory i nie przewidywaliśmy, że możemy zobaczyć coś więcej – słonie…
14 km od Arugam Bay znajduje się Park Narodowy, po obu stronach drogi, w którym żyją słonie. Sama droga jest ponoć często przez nie uczęszczana. Słyszeliśmy wcześniej od Marty poznanej na Half moon, że są miejsca na wschodzie Sri Lanki, gdzie można zobaczyć dzikie słonie, tuż przy drodze, wychodzące z dżungli. Znów kierując się tubylcami, dojechaliśmy do miejsca, gdzie przy wjeździe do parku zatrzymał nas szlaban z zakazem wstępu. Nie liczyliśmy tak naprawdę, że jednego dnia dopisze nam aż takie szczęście, ale mimo to zapytaliśmy raz jeszcze ludzi, którzy akurat zatrzymali się na chwile przy drodze.
- Widzieliśmy właśnie jednego. Tam, dwa kiloemtry dalej.
Powiedzieli to zupełnie w taki sposób jakby zobaczyli psa. Oczywiście nie uwierzyliśmy ale mimo to… pojechaliśmy we wskazanym kierunku. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie rozciągały się ogromne, zielone mokradła, porośnięte wysoką trawą. I ku naszemy OGROMNEMU zdziwieniu już z samej drogi dojrzeliśmy słonia! Nie da się opisać naszej radości. Naprawdę. Zobaczyć dzikie, niebezpieczne zwierzę to tak jakby zobaczyć je po raz pierwszy. Staliśmy osłupieni, a czas płynął jak szalony. Wiedzieliśmy, że wrócimy tu jeszcze tego samego dnia.
Po południu, kiedy przyjechaliśmy w to samo miejsce po raz drugi, to co zobaczyliśmy sprawiło, że zostaliśmy tam już niemal do wieczora. Usiedliśmy na trawie i przyglądaliśmy się rodzinie trzynastu słoni, która nieustannie jedząc, powoli przesuwała się w naszym kierunku.
Naprawdę nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście…
To jeden z tych dni, które zapamiętamy na zawsze.
Porady:
- bus z Monaragala do Arugam bay 150rs
- riksza z Arugam Bay do Pottuvill 40rs/os
- pokoj dla 3 os 1200rs
- wypozyczenie skutera 900rs/dzien
Do Haputale przyjechaliśmy pociągiem i była to jedna z najbardziej klimatycznych podróży tym środkiem transportu w naszym życiu. Tory położone są na zboczach gór, z których rozciąga się niesamowity widok na lasy, wioski i wodospady. Czerwona, stara ciuchcia pnie się powoli do góry i wystarczy wychylić się z otwartych drzwi, żeby poczuć chłód chmur, które otulają całą okolicę.
Zatrzymaliśmy się w oddalonym od miasteczka hotelu, prowadzonym przez 70letniego dziadka z syndromem ADHD. Widok z naszego balkonu, wyglądającego na okolice był nieziemski. Samo miasteczko nie ma w sobie nic do zaoferowania. Do Haputale przyjechaliśmy po prostu połazić.
Wczesnym rankiem wybraliśmy się pochodzić wśród plantacji herbaty, które do tej pory mogliśmy podziwiać jedynie z góry. Zwykły spacer przerodził się w całodniowy trekking na jeden z najwyższych szczytów w okolicy na, którym także rozciągały się piękne dywany herbaciane. Piękne i soczyście zielone widoki z ponad 2000m szczytu zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Schodząc w dół okrężną drogą natrafiliśmy na fabrykę herbaty, która jednak była już zamknięta. Wrócilismy następnego dnia i wytłumaczono nam cały proces produkcji herbaty od cięcia liści w ogromnej maszynie do sortowania według jakości. Zapach roznoszący się w fabryce powalił nas na kolana. Szkoda tylko, że ani w Indiach ani na Sri Lance(największych eksporterów herbaty) nie sposób napić się naprawdę dobrej herbaty przez nagminne dodawanie do niej cukru czy mleka.
Kilka następnych dni spedziliśmy na łażeniu po okolicach i oglądaniu coraz to lepszych widoków z pobliskich wzgórz. Wieczorem natomiast zajadaliśmy najlepsze kotlety soczewicowe na Sri Lance z ogromną ilością chilli. A te śniadania w akompaniamencie jednych z najbardziej powalających wschodów słońca jakie dane nam było oglądać… B A J K A!
Tak, Haputale to narazie najpiękniejsze miejsce jakie widzieliśmy na Sri Lance.
Zostawiliśmy główną zatłoczoną drogę autokarom z turystami i wyjechaliśmy naszym złotym, zabawkowym mini vanem z Kandy boczną, mniej uczęszczaną i jak się okazało w praniu dziurawą jak ser B413. Wreszcie odetchnęliśmy pełną piersią, wolni, wśród natury, odkrywając po drodze piękno środkowej Sri Lanki. Być może historia lubi się powtarzać i pierwsze wrażenie było tylko pierwszym złym wrażeniem. Być może. Chyba nigdy nie byliśmy jeszcze aż takim obiektem zainteresowania jak dziś. Wyobraźcie sobie trzech Białasów jadących busikiem lokalnymi drogami wśród pól ryżowych i uśpionych wiosek. Ogromne uśmiechy miejscowych widocznie były już z wielu metrów, zupełnie jakby mieli wykrywacze turystów. Górzyste tereny porośnięte herbatą i lasami są tak piękne i zielone, że trasa 150km zajęła nam cały dzień. Zatrzymywaliśmy się co krok zachwycając się wodospadami tuż przy drodze, kobietami piorącymi w rzekach, mężczyznami orającymi pola ryżowe z pomocą bawołów.
Jednak cały ten dzień, całe te szczęście które znów wybuchnęło w nas pełną piersią zostało przytłumione przez tych uśmiechniętych lokalsów, którzy po wymianie kilku słów wyciągali do nas ręce po pieniądze.
Sri Lanka to przepiękny, przecudowny kraj, z ogromnie zróżnicowaną naturą jak na tak mały obszar.
Jednak po tych dwóch tygodniach jesteśmy już tak zniechęceni tymi ludźmi, że nie mamy ochoty nawiązywać nawet przelotnych znajomości co tak cieszyło nas w Indiach czy Laosie.
Gdyby tak postawić w rzędzie dziesiątke Lankijczyków z pewnością można stwierdzić że dziewięciu z nich to oszuści, którzy chcą wydymać Cię na kasę. Spotykamy się z tym na każdym kroku, czy to w sklepie, czy w piekarni. Nikogo nie można obdarzyć nawet szczątką zaufania. Pazerstwo i chciwość( przynajmniej wobec białego) to tutaj chleb powszedni. Jest to niesamowicie przykre bo w naszych podróżach zawsze przywiązywaliśmy wagę do interakcji z lokalnymi ludźmi. Tu każda nasza próba kończy się wielkim zawodem i rozgoryczeniem.
Jeździliśmy sobie naszym autkiem przez kolejne dwa dni nie mogąc odkleić nosów od szyb, zatrzymując się niemal co pareset metrów by nacieszyć oczy widokami pól ryżowych, pięknych wodospadów czy plantacji herbaty. Sri Lanka jest piękna…
Porady
wypozyczenie vana 1700rupii na dzien
Na Sri Lanke z Indii (Chennai) przylecieliœmy juz okolo tygodnia temu wiec po raz pierwszy zebralismy sie, zeby napisac kilka slów o tym kraju. Byc moze nasze pierwsze wrazenia sa takie a nie inne ze wzgledu na to, ze podswiadomie na kazdym kroku porównujemy wszystko do Indii, co jest oczywista glupota.
Te pierwsze dni spedziliœmy poznajac tutejsze zwyczaje, jedzenie, ludzi itd, itp. Nie robiliœmy wiec niczego szczególnego poza wlóczeniem sie, jezdzeniem lokalnym transportem, przesiadywaniem w lokalnych kanjpach i kapaniem sie w oceanie dlatego nie bedziemy rozpisywali sie o poszczególnych miejscach. Jednak juz po tych pierwszych dniach mozemy stwierdzic, ze zupelnie zdziwily nas ceny wstepów. Nie jestesmy zwolennikami muzeów i swiatyn, ale ceny biletów sa kolosalne w zamian za to co maja do zaoferowania dane atrakcje. Szczególnie zdzwilo nas,ze zeby poplynac na wyspe Pigeon island trzeba zaplaciæ po pierwsze za lodz, co jest oczywiscie normalne, ale dodatkowo za… wstep(!), zeby móc poplywac z fajka… Generalnie chcielibyœmy tez sprostowac kilka rzeczy zwiazanych z cenami. Przed przyjazdem tutaj naczytalismy sie na róznych forach o cenach w tym kraju, gdzie ponoc nie da sie zjesc posilku za minimum 300 rupii, a pokoje kosztuja srednio 20 dolarów za dwójke. Sa to kompletnie bzdury, nie mamy pojecia skad ludzie biora takie ceny. Ponizej podamy kilka przykladowych. Byc moze biorac pod uwage turystów jakich spotkaliœmy po drodze nie sa oni po prostu w stanie zatrzymac sie w tanszym hotelu czy zjesc lokalnego ryzu. Nawet w Kandy, które wedlug slów innych ludzi jest drogie, znalezliœmy tani pokój- co najsmieszniejsze tanszy niz w Indiach. Na pewno na ceny ma tez wplyw to, ze mamy teraz low season, ale jestesmy pewni, ze nie jest tak zle jak mówia o tym inni.
Na poczatku podrózy zdecydowaliœmy, ze pojedziemy na pólnoc kraju, gdzie droga wjazdu dla turystów zostala otwarta dopiero w 2009 roku ze wzgledu na wojne domowa. Lubimy dzikie, nieodkryte tereny, kiedy z odrobina pomocy lokalsów mozemy zobaczyc miejsca bez turysów. I tutaj kolejne zdziwienie- nikt nic nie wie! Oprócz utartych szlaków i zorganizowanych wycieczek (których ceny powalaja ze smiechu na kolana) nie mogliœmy znalezc zadnych konkretnych informacji. Wpadliœmy wiec na pomysl, zeby piekne okolice miast, w których zatrzymywaliœmy sie objechac na skuterze. Przykladem moze byc Matale, gdzie po obejsciu miasta, przepytaniu nawet biur linii lotniczych znalezliœmy JEDEN skuter, który… dzialal na baterie i nie byl do konca sprawny, a cena wypozyczenia go wynosila 14 dolarów! Tutaj dygresja apropo porównywania do Indii, gdzie taka sytuacja nigdy nie mialaby miejsca. W Kandy sytuacja powtórzyla sie. Ludzie wydawali sie zupelnie nie rozumiec ideii „jezdzenia po wiochach”, podgladaniu zycia, cieszenia siê natura. Jedyne co slyszeliœmy w odpowiedzi to swiatynie oblegane przez turysów, przejazdzki na sloniach za 15 dolarów na godzinê i tego typu atrakcje. Byc moze sami turysci przyzwyczaili lokalych do takiego toku myslenia. W koncu zdecydowalismy, ze wypozyczymy malego vana, dzieki któremu byc moze znajdziemy to czego szuakmy.
Azja to miejsce gdzie biala skóra czesto oznacza pieniadze, latwy zarobek, naiwnosc. Wiele razy podczas naszej pierwszej pólrocznej podrózy mielismy do czynienia z sytuacjami, gdzie rikszarze chcieli naciagnac nas na kilka dodatkowych rupii, gdzie w sklepach dostawaiœmy specjalne ceny- dla bialasów. Ale nigdy nie czuliœmy sie oszukiwani na kazdym kroku jak tutaj, na Sri Lance. Bardzo przykro nam o tym mówic, bo tak bardzo chcielibyœmy stac sie niewidoczni, wtopic sie w tlum, zobaczyc i doswiadczyc wszytskiego jak zyjacy tutaj ludzie. Byc moze przemilczelibyœmy zawyzone ceny na targach czy w sklepach (oczywiscie w nowym kraju zawsze sprawdzamy ceny w kilku miejsach zanim zdecydujemy sie na kupno czegos) ale dzisiejsza sytuacja przekroczyla granice naszej cierpliwoœci. Wsiadajac do rikszy, jak zawsze ustaliliœmy cene na poczatku, akurat bylo to 180 rupii. Kiedy dojechaliœmy na miejsce rikszarz stwierdzil, ze nie wyda nam reszty bo prawdziwa cena jest inna, wyrwal Tomkowi pieniadze z rak i wyzwal go takimi slowami, ze az ciezko to sobie tu w Azji wyobrazic… Dawno nas nic tak tutaj nie zszokowalo i nie zasmucilo. Kiedy przykladowo w Indiach przylapaliœmy jakiegoœ ulicznego sprzedawce na podciaganiu ceny ten ze smiechem zgadzal sie na lokalna cene, tutejsi sprzedawcy sa wrecz oburzeni jak w ogóle œmiemy zastanawiaæ siê nad tym. Oczywiœcie nie mozna tak generalizowac i oceniac calego kraju na podstawie kilku sprzedawców czy niemilych przechodniów, ale ponoc pierwsze wrazenie jest najwazniejsze.
Sri Lanka wydaje sie naprawde przepieknym krajem, gdzie usmiechy i zyczliwosc prostych ludzi zwalaja z nóg, a miasta nie przytlaczaja tak bardzo jak w innych azjatyckich krajach. Ale brakuje nam klimatu, brakuje ludzi, którzy zobacza w nas coœ wiecej jak tylko dobry zarobek.
Porady:
Mysle, ze ceny ktore tutaj podalismy dowodza, ze Sri Lanka nie jest wcale taka droga jak ja ludzie opisuja.
100LKR – ok 2,79zł
1.Negombo
- taksowka z lotniska do miasta 1100LKR
- pokoj 3os w New Rest House – 1800LKR
- veg curry rice – 100LKR
- internet 1h – 80LKR
- ananas – 100LKR
- woda 1,5l – 60LKR
- herbata ok 30LKR
2.Puttalam
- pokoj 3os Western Palace 1100LKR
- pociag z Negombo Do Puttalam 90LKR/1os
3.Uppuveli
- pokoj dalej od morza w hotelu bez nazwy 3os. – 900LKR
- autobus do miasta 20LKR
4.Matale
- pokoj 3os. 1500LKR
- piwo duze 130LKR
- chelb 50LKR
5.Kandy
- bus Matale-Kandy 36LKR
- pokoj 3os w Pink House 1200LKR
Na kilku ponizszych zdjeciach jestesmy w chatce pewnej rodziny, ktora zaproponowala, ze przygotuje dla nas obiad (za oplata jaka uznamy za sluszna). To byloby niesamowite przezycie, zjesc obiad(ktory byl fantastyczny swoja droga) razem z lokalna rodzina w bambusowej chatce gdyby nie fakt, ze na koniec dostalismy pelna oferte wydzierzawienia od nich ziemii, wynajeciu jednej z chat itd itp…
Do Mysore przyjechaliśmy, w drodze do Chennai. Zaciekawił nas opis z przewodnika – “Jeśli nie byłeś w Mysore to znaczy, że nie widziałeś południowych Indii”. Okazało się to sporym nadużyciem aczkolwiek Devaraja market – wielki kolorowy bazar, jeden z najstarszych w Indiach zrobił na nas olbrzymie wrażenie. Największa ilość różnego rodzaju bananów, setki naturalnych perfumów, kwiaty, które swoimi kolorami aż kłują w oczy. O, tak Devaraja market to zdecydowanie jeden z najpiekniejszych bazarów na jakich byliśmy.
Tak poza żyjącym bazarem, Mysore to miasto z najwiekszą ilością ulicznego jedzenia. Idąc ulicą nie mogliśmy powstrzymać się od spróbowania kolejnej przekąski i kolejnej i…
A dokładnie za 24 godziny lądujemy na Sri Lance gdzie spotkamy się z Asią. Żegnajcie Indie !
- autobus Somwarpet- Mysore 90INR
- hotel Chamundi Vasathi, zaraz przy bus standzie 500INR/2os
Krowy w Mysore zamiast białych łat mają żółte…spotkaliśmy się z takim czymś tylko w tym mieście i nie mamy zielonego pojecia dlaczego tak jest. Co do tytułu notki i żółtego mleka – chodzi nam o tzw. badam milk, który spróbowaliśmy po raz pierwszy właśnie tutaj. Jest to żółte, słodkie, migdałowe mleko

Kodagu to obszar w poludniowo-zachodniej czesci Karnataki, ktorego stolica jest Madikeri – zaledwie 30 tysieczne miasteczko. Wiêkszosc wzgorz, ktore rozciagaja sie na calej dlugosci rejonu, pokryte jest plantacjami kawy, pieprzu i wielu innych przypraw. To rejon, który utrzymuje siê g³ownie z upraw i tym samym jeden z najwiekszych importerow kawy w Indiach. Zadziwiajaca rzecza jest to, ¿e kawe parzy sie tutaj jak nasza polska „sypana” z mlekiem i cukrem, ktora smakuje jak woda z ziemia, ale wystarczy powachac swiezo zmielone ziarna, zeby wiedziec, ze tutejsza kawa ma niesamowite mozliwosci. Odpowiednio przygotowana moglaby byc naprawde smaczna.
Z Magda i Sebastianem, para z Polski, która poznalismy w Gokarnie przyjechalismy tu, ze wzgledu na to, ¿e nie moglismy znalezc zadnych konkretnych informacji o tym regionie. Moze to troche dziwny powod, ale z doswiadczenia wiemy, ze im mniej znane miejsce tym bardziej dziewicze, nie skazone turystyka.
Przyjechalismy autobusem do Madikeri, najwiekszego miasta Kodagu. W calym miejscie, na kazdej ulicy mozna zaopatrzyc sie w kazda przyprawe na jaka tylko ma sie ochote, suszone daktyle i figi, domowej roboty wino, ktore wg mnie smakuje jak zepsuty sok jablkowy i miod. Na nasze nieszczescie tuz obok naszego hotelu znajdowal sie budynek, w ktorym puszczano przez caly dzien, kazdego dnia pobytu ta sama piosenke Hare krishna, ktora wg nas brzmiala jak „Alibaba ma banana”, tak wiec kazde z nas przez najblizsze dni w glowach mialo tylko te kilka nut… Samo miasto pomimo kolorowego bazaru nie mialo w sobie nic ciekawego dlatego wybralismy sie na spacer 8 km za miasto, zeby zobaczyc slynny wodospad Abbi falls. Okazalo sie, ze roslinnosc i plantacje przy drodze sa bardziej ciekawe niz sam wodospad, gdzie dopadla nas gromada dzieci, ktore oprocz zrobienia razem zdjecia chcialy wiedziec czy jestesmy kochankami.
Z Madikeri pojechalismy do Somvarpet, malenkiego miasteczka, w ktorym sa tylko dwa male hotele. Od razu zachwycilo nas to, ze wystarczy wyjsc kawalek poza miasto, zeby znalezc sie w innym swiecie, zieleni, soczystej roslinnosci, gdzie zyjacy w wioskach ludzie sa tak niesamowicie przyjazni! Spacerujac droga zostalismy zaproszeni przez pewnego pana, ktory poczestowal nas zielonymi mandarynkami (najlepszymi na swiecie na marginesie) ze swojego ogrodu i wrzucil nam do torby garsc suszacacych sie przed domem ziaren kawy. Idac dalej doszlismy do domu, przed ktorym stala grupa kobiet, ktore wlasnie wrocily z plantacji kawy i ni to zartem ni serio Sebastian zapytal wlasciciela czy mozemy przyjsc i sprobowac naszych sil na plantacji w ramach nowych doswiadczen. Zgodzil sie zebysmy przyszli pojutrze.
Nastepnego dnia wybralismy sie na 20km trekking na gore Pushpagiri – 2gi najwyzszy szczyt regionu Kodagu. Droga na szczyt wiodla glownie przez las i byl to najpiekniejszy las jaki dane nam bylo dotychczas zobaczyc. Roznorodnosc roslinnosci i zapachy uderzajace w nozdrza po prostu powalaly.
Caly las sprawial wrazenie, jak gdyby byl genialnie zaprojektowany. Grube liany wijace sie po wielkich drzewach, przeogromne korzenie drzew, ktorych nigdy wczesniej nie widzielismy – ach po prostu nie do opisania !
W Poniedzialek przyszlismy w umowione miejscie aby doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy. Kiedy nie zastalismy nikogo poczulismy sie troche zawiedzeni. Kiedy mielismy juz zawrocic przyjechal samochod zaladowany kobietami na odkrytej pace. Poszlismy zbierac kawe! Zostalismy obwiazani jak ”profesjonalni zbieracze” dwoma workami, gdzie do jednego wrzucalo sie czerwone – dojrzale owoce, do drugiego te zielone, ktore po wyszuszeniu beda kawa o gorszej jakosci.
Niesamowite bylo doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy razem z reszta stalych pracownikow plantacji.Stoczylismy nawet walke o krzak kawy, ktory obficie owocowal, z kilkoma hindusami i w koncu udalo nam sie nas ich odgonic. Kiedy po dwoch godzinach przyjechal wlasciciel nie mogl uwierzyc, ze nie zartowalismy i ze naprawde tu jestesmy. Oprowadzil nas po swoich plantacjach i pokazal nam inne rosliny, ktore rosly na polach jak pieprz, wanilia czy granaty. Po „zwiedzaniu” zabral nas do swojego domu i poczestowal kawa z wlasnych plantacji, ktora pomimo mleka i cukru byla niesamowicie smaczna!

Wlasciciel plantacji z synkiem

Wieczorem, kiedy spacerujac wracalismy powoli do pokoju, podeszlo do nas dwoch policjantow, ktorzy stwierdzili, ze musimy isc z nimi na komisariat. Czytalismy wczesniej o historiach, gdzie policja w Indiach szukala specjalnie jakichs haczykow zeby tylko wyciagnac od turystow pieniadze. A jako, ze bylismy jedynymi Bialymi w miescie zwracalismy na siebie uwage. Kiedy doszlismy na miejsce zostalismy przyprowadzeni do mezczyzny, ktory powiedzial nam, ze chce zobaczyc nasze paszporty. Kiedy zapytalismy jaki jest cel tego wszystkiego, swietrdzil, ze on ma po prostu wladze, zeby nas wylegitymowac. Kartkujac paszport, doszedl do strony z wiza i powiedzial:
- Na wizie napisane jest, ze powinniscie sie byli zarejestrowac jako turysci do czternastu dni od wjazdu do kraju.
Oczywiscie o niczym takim nigdy nie slyszelismy i od razu wiedzielismy, ze beda chcieli od nas pieniadze.
I wtedy Tomka olsnilo i ze spokojem czytajac omawiane zdanie powiedzial:
- Chyba pan nie doczytal do konca. W tym zdaniu napisane jest, ze dotyczy to jedynie osob, ktore maja wize powyzej 180 dni. Nasza ma dokladnie 180, ani dnia dluzej.
Policjantowi zrzedla mina i poprosil tylko o reszte paszportow, ktore ogladal juz pobieznie i pozwolil nam isc. Obylo sie bez lapowek.
Kodagu w przewodniku, w tych kilku zdaniach opisane jest jako dom „pieknych ludzi”. Rzeczywiscie patrzac na tutejsze kobiety stwierdzilismy, ze pomimo niskiego wzrostu sa bardzo ladne i co dziwne nawet mezczyzni sa przystojniejsi. Zdecydowanie polecamy to miejsce. Juz kiedy wyjezdzalismy Do Mysore czulismy niedosyt i wiedzielismy, ze kiedy znow bedziemy w Indiach przyjedziemy tu na pewno, zeby odkryc to co Kodagu ma jeszcze do zaoferowania.
Porady:
- autobus Mangalore- Madikeri 102INR
- hotel w Madikeri- Popular residency – 300INR/2os
- autobus Madikeri- Somvarpet 33INR
- hotel Udaia Lodge w Somvarpet, zaraz przy stacji autobusow- 250INR/2os
Ostatni postoj w pisaniu notek spowodowany byl brakiem pradu w miejscu, w ktorym sie zatrzymalismy. Nie planowalismy zostawac podczas tego wyjazdu tak dlugo na wybrzezu, ale uslyszelismy dobre slowko tu i tam na temat plaz i swietnej atmosfery w poblizu Gokarny, wiec pojechalismy. I byla to genialna decyzja.
Wspomnianych plaz jest kilka, im dalej od miasta tym ludzi mniej, bo riksza wszedzie dojechac nie mozna, a nie kazdy ma ochote na spacer z plecakiem po lesie (albo z walizka na kolkach). Zatrzymalismy sie na Half-moon beach, uciekajac od turystycznych Om i Kudle, w glinanej chatce bez pradu. Na plazy znajduja sie tylko trzy miejsca w ktorych mozna zostac, kazde z nich oferuje takie same proste gliniane czy palmowe chatki za 150 rupii. Kiedy przyjechalismy i uslyszelismy jak dlugo zostaja tutaj ludzie, od razu nasunelo nam sie pytanie „Co oni tu tak dlugo robia?”.
Na Half-moon beach zostalismy tydzien, czyli najdluzej w jednym miejscu od poczatku naszego wyjazdu. Co my tam tak dlugo robilismy? No wlasnie…hm… Poznawalismy fantastycznych ludzi. Od dawna nie bylismy w miejscu, gdzie kazdy ma cos ciekawego do powiedzenia, kazdy ma swoja niesamowita historie, poczawszy od Jordana, ktory pisze ksiazke o swojej pieszej podrozy po Ameryce konczac na Jagodzie i Jurku, ktorzy zainspirowali nas swoim zyciem. Historia tych po uszy zakochanych w sobie szescdziesieciolatkow z Polski utwierdzila nas w przekonaniu, ze wiek NIGDY nie stanowi przeszkody na drodze do marzen, ze nigdy nie jest na nic za pozno, a kazdy problem ma rozwiazanie. Poznalismy tez Tale i jej piecioletnia corke Ilinke ze Sloweni, ktore mieszkaja w Grecji w jaskini. Nigdy nie widzielismy jeszcze takiej relacji pomiedzy rodzicem a dzieckiem, ktore rozmawia po angielsku lepiej niz my, ktore dzieki odpowiedniemu wychowaniu potrafi poradzic sobie zupelnie samo. Magde i Sebastiana polubilismy tak bardzo, ze zdecydowalismy, ze w dalsza droge pojedziemy razem, a Marta, ktora pracuje na Sri Lance nie raz zarazila nas swoim optymizmem i usmiechem.
Co wieczor wszyscy zbierali sie w knajpce na kolacje, zawsze ktos gral na gitarze, na plazy palilo sie ognisko, a zachodzace w morzu slonce uswiadamialo, ze minal kolejny dzien, ale jak i kiedy, tego juz nie wie nikt…
Porady:
- pociag Mangalore- Gokarna general 94INR/os
- chatka w Half-moon beach garden 150INR/2 os
- namiot na Om beach W Nirvana cafe 150INR/2 os
W Alleppey, miescie pachnacym suszacymi sie rybami zostalismy cztery dni. Po mimo potwornie zatloczonych ulic, zgielku, halasu i najwiekszej liczby autobusow jaka widzielismy w Indiach – spodobalo nam sie. Miasto dziela dwa kanaly, ktore zwezajac i wijac sie prowadza do ustronnych i spokojnych wiosek, otoczonych polami ryzowymi i palmami. Jedzenie w miejscowych knajpach jest niesamowicie tanie i pyszne, wszedzie stoja stragany ze swiezymi owocami, suszonymi daktylami i smazonymi w przyprawach orzeszkami ziemnymi.
Poludnie Indii rozni sie od polnocy pod wieloma wzgledami. Jestesmy tu juz prawie miesiac wiec postanowilismy napisac co nieco o swoich spostrzezeniach. Pierwsze co rzuca sie w oczy to oczywiscie natura. Tutaj, na poludniu Indii w Kerali, gdzie uprawia sie wiekszosc przypraw nie ma miejsc, gdzie nie byloby zielono, gdzie nie slychac krzyku ptakow, a ziemia jest czerwona. Nie tylko na plazach ale i w miastach, cien daja rosnace wszedzie palmy i bananowce. Jesli mowimy juz o miastach to sa zdecydowanie czystsze niz te na polnocy. Smietniki nie sa tu wcale az taka rzadkoscia, kazdego dnia spotkac mozna na ulicy grupe ludzi, ktora sprzata miasto, a co naprawde nas zaskoczylo to perony, na ktorych nie ma smieci! Ale najwazniejsza rzecza, ktora przykuwa tez uwage innych podroznikow, ktorych spotkalismy po drodze sa ludzie. Nie wiemy dokladnie co jest tego zasluga: slonce, bliskosc natury, miejsze miasta? Ale ludzie sa tu po prostu milsi, usmiechaja sie czesciej, nie patrza na nas tepym wzrokiem z rozdzwiawionymi buziami, nawet rikszarze nie sa tak nachalni. Sa po prostu spokojniejsi, jesli mozna uzyc tego slowa w stosunku do Hindusow…
Wracajac do Alleppey… Kazdy hotel w miescie, kazda agencja turystyczna oferuja pelna game wycieczek, dzieki ktorym mozna zobaczyc wspomniane wioski, doswiadczyc czegos niesamowitego, spedzic czas blisko natury. Najdrozsza opcja i najbardziej znana zarazem sa tzw. house boats. Od poczatku domyslalismy sie, ze jest to absolutna kicha, wiec wybralismy polecane przez wlascicieli hotelu mniejsze wyprawy, tansze, dzieki ktorym mozna dostac sie do najmniejszych kanalow i podejrzec zwykle zycie mieszkancow wsi, wg ich slow oczywiscie. Zamiast niesamowitej przygody, utwierdzilismy sie w przekonaniu, ze to juz ostatni raz kiedy korzystamy w Indiach z takich ofert. Niestety tyle razy ile robilismy cos z takich rzeczy, organizacja miala niewiele wspolnego z tym o czym zostalismy poinformowani przed wyjsciem z hotelu. Mielismy plywac malenka lodka przez kilka godzin po wspomnianych kanalach wodnych – plywalismy godzine, trzy razy ta sama droga…reszte czasu czekalismy na sniadanie na przyklad, albo na prom, ktorym wracalismy itp, itd. Wrocilismy do hotelu naprawde zli i kiedy przyszlo nam placic doszlismy do zgody, ze zaplacimy 300 rupii mniej. Moze nie chodzi juz o same pieniadze tylko o fakt bycia oszukanym i swiadomosc, ze przyjda kolejni i kolejni, ktorzy zostana potraktowani tak samo.
Na poprawe humorow nastepnego dnia wypozyczamy skuter. Zaraz po tym jak przebilismy sie przez indyjski tlum uliczny, co bylo zreszta niesamowitym doswiadczeniem pojechalismy nad oddalone kilka kilometrow od miasta morze. Bylo tak goraco, ze ciezko bylo nam nie wychodzic z pod cienia palm
.
W hotelu poznalismy Jose – nauczyciela Jogi z Brazylii. Zdecydowalismy sie wiec sprobowac i tak kazdego dnia o 7 rano uczylismy sie technik oddychania, relaksacji i przede wszytskim tego jak funkcjonuja nasze wlasne ciala. Naprawde niesamowita rzecz, ktorej nauke mamy nadzieje kontynuowac przy nadarzajacej sie okazji.
Porady:
- Palmy Regency pokoj 2os 350inr – bardzo mila obsluga, ale nie polecamy korzystania z ich uslug “wycieczkowych”
- wypozyczenie skutera we wspomnianym hotelu 300inr za dobe
- backwaters trip – 7 godzin z dwoma posilkami 900inr/os
- lokalny autobus na Mereri beach 11inr
Wiele osob przyjezdza tutaj zeby polazic, pojsc na trekking z przewodnikiem czy po prostu pooddychac zielenia. My postanowilismy, ze wypozyczymy skuter
. Okolice Munnaru to jedne z najwiekszych na swiecie plantacji herbaty. W zeszlym roku mielismy okazje zobaczyc te niesamowite zielone dywany w Malezji (Cameron Highlands), ale to co zobaczylismy tutaj przeroslo wszystkie nasze oczekiwania. Zielen, wszechobecna zielen. Powietrze pachnie mlodymi liscmi, pola herbaciane ciagna sie kilometrami, a kazde z nich wyglada jak inny labirynt, ktory ogladany z gory tworzy wrazenie wzgorz pokrytych zielonymi dywanami. Jezdzilismy skuterem caly dzien, zapuszczalismy sie w boczne drogi prowadzace do wiosek, w ktorych mieszkaja kobiety pracujace na polach, zatrzymywalismy sie w przydroznych budkach na herbate z masala i cieszylismy sie sloncem.
W Munarze zostalismy dwa dni, nasz gospodarz bardzo tanim kosztem przygotowywal nam domowe indyjskie posilki. A na kolacje kupowalismy na targu w miescie duuuzo swiezych owocow
.
Porady:
- Munnar dream palace pokoj 2os. – 550inr
- wypozyczenie skutera – 350inr
- litr paliwa – 65inr
- bus Munnar-Kottayam – 104inr
W poprzednim wpisie wspomnieliśmy, że miasteczko, w którym spędziliśmy kilka ostatnich dni – Kumily, znajduje się na granicy stanów Kerala i Tamil nadu (po stronie Kerali). Naszym następnym stopem było miasto Kodaikanal znajdujące się w stanie Tamil nadu. Przekrocznie tych granic okazało się jednak dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się to wydawać. Ze względów politycznych nie jest możliwe przejechanie tego odcinka żadnym środkiem transportu. Wyszliśmy pieszo. Właściciel naszego hotelu szczegółowo rozrysował nam gdzie i jak mamy to zrobić, gdzie złapać riksze, gdzie pierwszy autobus itd…Według jego planu mieliśmy przejść około kilometra i wtedy złapać rikszę. Po trzech zaczęliśmy się zastanawiać ile jeszcze musimy przejść z plecakami w słońcu. Przypadkowi przechodnie odpowiadali nam tak:
Ile jeszcze kilometrów do przystanku autobusowego?
- 6km
- 2km
- 4km
Tyle kilometrów.
Wreszcie po półtoragodzinnym marszu wsiedliśmy do pierwszego autobusu (przesiadaliśmy się trzy razy). Podczas jednego ze stopów wypiliśmy najlepszy na świecie sok owocowy za astronimiczną cenę 10 rupii (60gr)…
Ostatni odcinek trasy okazał się zupełnie niepowtarzalny. Wąska, pięknie położona droga pięła się ostro w górę, klimat się zmienił, zrobiło się zimno i mgliście w naszym autobusie wciąż dudniła jakaś piskliwa indyjska muzyka i co najdziwniejsze- zaczęło padać!
Kodaikanal(Kodai), trzydziestotysięczne miasteczko bez riksz(!), położone 2100 m.n.p.m. przywitało nas deszczem i chmurami. Zanim znaleźliśmy jakiś przyzwoity pokój nasze jedynie ciepłe ubrania zdążyły już dawno przemoknąć. Trzęsąc się z zimna stwierdziliśmy, że szybciej wyschną na nas niż powieszone więc wyszliśmy kupić parasol. W recepcji zapytaliśmy czy możemy pożyczyć parasolkę na chwilę, do czasu aż kupimy własną. Recepcjonalista, który mówił do nas więcej w języku tamil niż po angielsku stwierdził, że absolutnie nie i już. Wkurzeni wyszliśmy na dwór. Na chwilę przestało padać i co nas zupełnie oczarowało…miasto pokryły chmury. Wystarczyło oddalić się na kilka metrów od siebie, by całkowicie zniknąć w pokrywającej miasto bieli. Było tak gęsto, że nie udało nam się dostrzec żadnego sklepu, gdzie moglibyśmy kupić parasol, postanowiliśmy, że przejdziemy sie nad jezioro, gdzie znajdowało się najwięcej sklepów. I niestety zgubiliśmy się… Znów zaczęło padać, taksówki rzucały tak astronomiczne ceny, że po prostu zawróciliśmy zmęczeni i przemoknięci.
Trzeciego dnia obudziło nas wkradające sie przez okna słońce… Pogoda zmieniła sie nie do poznania! Z ok 10 stopni zrobiło się 25. Nie potrafimy opisać jacy byliśmy zaskoczeni, kiedy wreszcie zobaczyliśmy w jak wspaniałym miejscu jesteśmy. Nie moglismy rozpoznać widoku z własnego okna!
Nasza tutejsza miłość- czekolada, która robiona jest na miejscu, sprzedawana jest dosłownie wszędzie.

Od razu po śniadaniu poszliśmy na długi spacer. Kiedy szliśmy, podziwiając widoki uświadomiliśmy sobie w jakich pięknych miejscach jesteśmy od początku naszej podróży.
Mijaliśmy masę wodospadów, roślin, których nawet nie potrafimy nazwać, słuchając śpiewu popularnych w Indiach zimorodków i innych ptaków. Skąpani w chmurach dotarliśmy do miejsca zwanego „Dolphin nose”, skały wystającej znad przepaści. Widoki szczytów osłoniętych gęstymi, tańczącymi chmurami po prostu nas oczarowały.
Myśle, że zdjęcia lepiej oddadzą to co mieliśmy dane przeżyć niż same słowa.
Pieczona kukurydza z cytryną i przyprawami

Porady:
- Hotel Palace pokój 2os 450inr, którego nie polecamy pod żadnym względem, oprócz widoków z okien
- 100g czekolady w “Fabryce czekolady” 75inr