„Napisz, że przeczytałem ostatnio książke, czy coś”

•30 listopad 2009 • Dodaj komentarz

No więc pisze ; )

A co robimy?

Właściwie możnaby to ująć słowami, że bujamy w obłokach : ) Jesteśmy oczywiście pochłonięci wyjazdem do Indii tzn. szukamy, oglądamy, pytamy, czytamy itd. itp. Aktualnie zastanawiamy się nad tym jaki przewodnik kupić, choć właściwie już prawie zdecydowaliśmy, że będzie to Lonely Planet.

Chciałąbym też napisać, że polecam wszytskim ksiązke „Złodziejka ksiażek”. Wzruszyła i mnie i Tomka do łez. Przedstawia świat II W.Ś. oczami, językiem i zachowaniem małej dziewczynki.

Poza tym jesteśmy szczęśliwi ze swojego wyboru drogi tzn. mam na myśli rok przerwy ze studiami. Wiele dorosłych nam teraz mówi: „No tak Ty sobie możesz na to pozwolić, ja mam tydzień urlopu”, albo: „To co zobaczycie i przeżyjecie to wasze”. Ale niestety ludzie mają to do siebie, że trzeba im cos udowodnić, że można dopiero wtedy chwalą Twoje pomysły.

A my udowodniliśmy : )

Tak myślę.

A to tak przypomniało mi się ostatnio i chyba nie wspominaliśmy o tym wcześniej:

Dialog częsty w autach w Turcji:

- What’s your name?

- Daria

- Aa! Deria!!

- No, No. Turkish name is Deria, but polish Daria.

- Deria?

:P

Tomek z kolei zostawał zawsze nazywany Tomakiem.

Ostatnio zrobiło mi się starsznie smutno kiedy pomyślałam, że pewnie po jakimś dluższym czasie zapomne jakieś szczegóły z naszej podróży. Nie będe mogła sobie przypomnieć twarzy ludzi, którzy dali nam tyle szczęścia. Chcicałabym mieć cały czas ten obraz w głowie..

Filmik

•16 listopad 2009 • Dodaj komentarz

No i jest obiecany wcześniej filmik z naszej podróży.

KLIK
Miłego oglądania ;)

! ! ! ! ! !

•12 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Jeszcze w to nie wierzymy.. ale po tylu staraniach i po dwóch nieprzespanych nocach udało sie!!
W sierpniu lecimy do…

INDII!! na 1,5 miesiaca..

Nie wiemy co mamy jeszcze napisac.
Jesteśmy dziś najszczęśliwszymi ludzmi pod Słońcem!

.nawet zimą nie przestajmy marzyć.

•8 listopad 2009 • Dodaj komentarz

Za oknami pierwsze oznaki, że zbliża się zima…
Rodzice Tomka polecieli na wakacje do Tajlandii więc
mieszkamy sobie razem przez jakiś czas i tym samym podkręcając kaloryfery na full udajemy, że na dworze nic sie nie zmienia ;)
Ostatnimi czasy, żeby totalnie nie zgłupieć zaczełam uczyc się hiszpańskiego. Poza tym stwierdziłam, że może byc kiedys przydatny.

A w naszych głowach wciaż „plany” jakiegos kolejnego wyjazdu. ;) Autostop wszedł nam już chyba w krew. Z Indiami może byc cięzko ze względu na czas pory deszczowej w tamtych rejonach.

Ale to wszytsko sie jeszcze zobaczy. :D

A tu nasz mile wspominany towarzysz podróży :) (Chorwacja)
IMG_5656

A no i piosenka ;)
Klik

Zakończenie

•14 październik 2009 • 2 komentarzy

a 263

Piosenka

Nasza podróż niestety dobiegła końca. Tak jak Iwona napisała w komentarzu,
dobiegła końca tylko fizycznie, bo tak naprawde wciąż żyjemy Turcją i wspomnieniami.
Ciężko jest nam się teraz przyzwyczaić do szarości za oknem i do szarości Polaków.
Myśle, że teraz jesteśmy już innymi ludzmi. Potrafimy cieszyć się nawet z maleńkich rzeczy. Pamiętam jak któregoś razu w Chorwacji znaleźliśmy na czyjejś działce wiadro z deszczówką. Taki prysznic w upalny dzień był dla nas czymś nie do opisania! Czuliśmy się jak nowo narodzeni i mieliśmy dobre humory do końca dnia :) Często też nie mieliśmy czasu na jedzenie, albo nam sie po prostu nie chciało tak byliśmy zaabsorwowani tym co działo sie podczas dnia. I kiedy wieczorem robiliśmy sobie kanapki „łódki” (rozrywany ręka chleb) z papryką i serem nasze podnieienia aż zdawały sie krzyczeć z przyjemności :D

a 245

Poprzez taką podróż nauczyliśmy się radzić sobie samemu w świecie. Wykorzystywaliśmy nawzajem swoje umijetności próbując się po prostu uzupełniać w tym co robimy. Przykładowo Tomek wbijał śledzie, Daria gotowała obiad ;)
Kiedy teraz o tym pisze sam uśmiech ciśnie mi sie na twarz.
Nie da się opisać radości kiedy stoisz w upalny dzień z podniesionym kciukiem do góry i nagle zatrzymuje się kierowca z uśmiechem wołajac „Wsiadajcie!”.

a 249

Tylko dzięki takiemu podróżowaniu można poznać ludzi mieszkających w konkretnych krajach. Nie wyobrażam sobie teraz pojechać na zorganizowaną wycieczke, kiedy jeździ się autokarem z miejsca do miejsca, pstryka pare zdjeć i wraca do domu. Wiele razy mieliśmy okazje poznać historie życia ludzi, których spotkaliśmy, poznać ich zwyczaje, ich zycie rodzinne. Wiele razy doznaliśmy ich gościnności. I niech mi ktoś powie, że „polska gościnność” to nie stereotyp!
Ludzie na Bałkanach kojarza nam się z kolorami, z radością, z prostotą…Za każdym razem czuliśmy się bezpiecznie pod względem pomocy. Wiedzieliśmy, że nawet jak coś się bedzie działo, czy będziemy potrzebowali czyjejś pomocy, możemy prosić o to nawet przechodnia na ulicy. Na tyle osób ile poznaliśmy tylko dwie miały złe zamiary. To jak kropla w morzu…

a 740

Zastanawialiśmy się czasem jakie były wady tego wyjazdu. Nie przesadzajmy, ale żadne. Wydaliśmy tyle pieniedzy ile niektórzy wydają na 2 tygodnie leżenia na leżaku przed hotelem. Bardzo podszlifowaliśmy swoje języki. Nauczyliśmy się o Bałkanach i Turcji więcej niż z jakiejkolwiek książki (po prostu w praktyce). I możnaby tak wymieniać i wymieniać ;)

Tomek, któregoś razu stwierdził, że właśnie odkrył nowy środek transportu – autostop :)
Innym razem pewien człowiek życząc nam powodzenia, powiedział, że teraz wszytskie samochody są dla nas i że możemy pojechać gdzie tylko bedzięmy mieli ochote.

Kiedy wracaliśmy już do domu, myśleliśmy o tym, że będziemy mieli czym pochwalić się naszym wnukom :)

a 724

Uwierzcie nam, to było cudowne, jak nie najpiękniejsze przeżycie w naszym życiu. Zachęcamy teraz niech każdy tego spróbuje :)

I tak na zakończenie pare „statystyk” z naszego wyjazdu:
- przejechaliśmy przez 12 krajów (Cezchy, Austria, Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Grecja, Turcja, Bułgaria, Rumunia, Ukraina)
- kapaliśmy się w 5 różnych morzach
- poznaliśmy niezliczoną liczbe świetnych ludzi
- najciężej stopa łapało się w Grecji i w Austrii ( ludzie tutaj patrzyli na nas czasami jak na jakichś wieśniaków czy brudasów, mimo, że brudni nie byliśmy)
- najłatwiej ze stopem było w Turcji tutaj często nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut. Czasem właściwie wcale nie łapaliśmy, a ludzie i tak sie zatrzymywali ;P
- nasza podróż trwała dokłądnie półtora miesiąca

Za jakiś czas byc może dodamy jeszcze narysowaną droge naszej podróży na pamie i filmik :)
Dziękujemy wszytskim tym, którzy nas wspierali i czytali.

Autostop uzależnia i chcemy go więcej!
A za rok?… Indie? :)

Powrót do domu…

•14 październik 2009 • Dodaj komentarz

Ze Stambułu nie było tak ciężko wyjechać jak nam się z początku wydawało.
Ale niestety robiło się coraz zimniej i postanowiliśmy wrócić do domu jakimś pociągiem czy autobusem. Smutno nam było poruszać się wracając w ten sposób ale byliśmy do tego zmuszeni ze względu na pogodę. Wracaliśmy przez Bułgarię, Rumunię i Ukrainę.
W Bułgarii zatrzymaliśmy się na 2 dni na Złotych Piaskach . W Rumuni nam się nie podobało. Może dlatego, że natknelismy się na samych wieśniaków. Przykłądowo siedzieliśmy w poczekalni na stacji. I nagle wszedł do środka szczeniak. Oczywiście Daria była w euforii więc zaczeła go wołać do siebie. I chyba zauwazył to jeden z przejezdnych kierowców bo z całej siły kopnał pieska, żeby „wyszedł” z pomieszczenia. Aż nam sie łzy w oczach zakreciły jak to zobaczyliśmy. Później ten sam pan prawdopodobnie zrobił nam na złosć bo tak samo postapił też z innym psem. Było kilka jeszcze takich sytuacji w tym kraju. Czuliśmy się tu raczej źle, dlatego nie chcielibyśmy tam wracać.
Kiedy tylko przekroczyliśmy granice z Ukrainą wszytsko się od razu zmieniło. W autobusie, którym jechaliśmy siedziały same babcie w chustach z zębami na przemian złotymi i srebrnymi :D Częstowały sie nawzajem mortadelą, metką, którą jadły palcami…, jajkami, warzywami :D Wszytsko miało starszny klimat, nie wspominajac o ich akcencie jak z Samych Swoich. Czuliśmy sie jak w domu po prostu. Kiedy ruszyliśmy kierowca zza pazuchy wyjął jakiś alkohol i pytał czy ktos ma ochote się poczęstować :P
Poza tym byliśmy juz coraz bliżej Polski. Bylo nam strasznie smutno. Widzieliśmy przez szybe tą jesień na polach tak podobna jak w Polsce…
Jeszcze niedawo było 25-30 stopni a teraz nagle 5! Okropne uczucie (pozniej po powrocie do domu Daria dostała goraczke i kaszel).

Złote Piaski – Bułgaria

a 418

A tak się imprezuje z nowo poznanymi ludzmi w Turcji ;)

a 295

Stambuł – największe miasto jakie widzieliśmy w życiu

•13 październik 2009 • Dodaj komentarz

Spedzilismy w nim 2 dni i przez ten czas zrobiliśmy pieszo chyba więcej kilometrów niż przez całą naszą podróż :P
Dwie noce spędziliśmy u naszego gospodarza z Couchsurfing w dzielnicy Besiktas po europejskiej stronie miasta. Całe dwa dni chodziliśmy po mieście, nie mogąc się nadziwić wielkością Stambułu. Być może to co zobaczyliśmy to niecałe 5%…
Poruszaliśmy się jak napisałam albo na pieszo, albo autobusami. Z tym drugim było troche gorzej bo wysiadaliśmy tam gdzie wydawało nam sie, że powinniśmy wysiąść co często kończyło sie na tym, że i tak szliśmy piechotą ;)

Pierwsza rzecz, którą chcieliśmy zobaczyć i do której cudem udało nam sie dotrzeć był meczet Blue Mosque (Błękitny Meczet). Przed wejściem musieliśmy zdjąć sandały, a ja musiałam zakryć chustą głowe i ramiona. Pierwszy raz widzieliśmy takie miejsce (nie spodziewając się widoku Hagi Sophii) więc owtorzyliśmy aż usta z podziwu. Uderzyła nas paleta różnistych kolorów ze ścian, podłogi, kolumn. Wszytsko było w pięknych wzorach, aż człowiek nie wiedział na czym ma skupić wzrok. Prawie przez całą szerokość meczetu jakies poł metra nad głowami wisiał wielki żyrandol.

Zdjęcie z internetu:
Blue_mosque_interior_panorama

Dopiero później po wejściu do największego meczetu na świecie – Haga Sophia, Błękitny Meczet wydał nam się mały i dużo mniej interesujący. Sama konstrukcja budowli była dla nas czyms nie do opisania.

a 346

a 356

Na ścianach było mnóstwo mozajek. Całe sklepienie zrobione było przez Michała Anioła. Nie mogliśmy wyjść z podziwu.
Na prawdę warte zobaczenia miejsce :)

Jednak chyba najbardziej podobał nam się Grand Bazar. Mnóstwo korytarzy i przejść. Czuliśmy sie czasem jak w labiryncie i musieliśmy obierać taktyki jak się po nim poruszać :D Na tym bazarze można kupić praktycznie wszytsko, zaczynając na chałw i typowych tureckich słodkości, a kończąc na wiszących lampach i złotych łanćuszkach. Oczywiście musieliśmy kupić jakies drobiazgi najbliższym ;)

a 340

a 341

W Stambule ludzie nie patrzyli już na nas tak jak zwykle jak na jakichs dziwaków. Po prostu wtopiliśmy sie w tłum, tyle było ludzi.
Generalnie mamy bardzo miłe wspomnienia z tego miasta :)

Wybrzezem Morza Czarnego do Stambulu

•6 październik 2009 • 1 komentarz

Z opisanej wczesniej w notce malej miejscowosci zabral nas pewien mily pan. Nie znal zadnych slow po angielski ani niemiecku, ale za to bardzo chcial nauczyc sie jakiegos slowa po polsku. Spodobalo mu sie “herbata” i co jakies pol godziny dopytywal sie co oznacza w naszym jezyku jego çay. Jak to zwykle bywa zaprosil nas na malutka turecka herbatem a po drodze w miasteczku kupil nam chyba z 3 kilo winogron. Smiejemy sie czasami, ze moznaby tutaj przezyc z samej goscinnosci mieszkajacych tutaj ludzi.
Kiedy jechalismy gorskimi drogami nasz kierowca nagle zatrzymal sie i z niedowierzaniem podniosl z ziemii snieg (bylo 25 stopni). My tez zreszta bylismy nieco zszokowani :P

Kilkoma nasteonymi nieco meczacymi stopami dotarlismy 50km przed duze miasto Samsun. Mielismy juz troche dosc kierowcow nie rozumiejacych, ze znamy tylko okolo 10 slow po turecku. Kiedy mowimy im czasem, ze “Anlamadim turce” (nie rozumiemy tureckiego) potrafia 3 razy mowic to samo zdanie zmieniajac po dwa slowa, myslac tym samym ze moze cos zrozumiemy…Mozna miec dosc po pewnym czasie. Czasami robimy juz tylko glupie miny, patrzac im w oczy jak na idiotow. Niekiedy nie da sie inaczej, zeby w koncu zrozumieli. Ktoregos razu Tomek zamiast tlumaczyc po turecku powiedzial po prostu po polsku “kurwa nie rozumiem znowu” i o dziwo podzialalo :D

Troche zniecheceni tym o czym napisalam wyzej zaczelismy lapac kolejnego stopa. Nie wiedzielismy do konca jak to bedzie bo mi9elismy do przebycia naprawde duze miasto.
I wtedy zatrzymal sie pewien pan, ktoy zmienil caly nasz dziec na lepszy. :) Rozumial piate przez dziesiate po angielsku wiec jakos dalo sie z nim dogadac. Robilo sie coraz zimniej wiec postanowilismy ta noc spedzic w jakims tanim hostelu. Zapytalismy go wiec czy moglby cos dla nas znalesc. Powiedzial, ze chetnie zawiezie nas na lotnisko, zebysmy mogli wrocic do Polski. Podziekowalismy mu oczywiscie i powiedzielismy, ze nie mamy na to pieniedzy po drugie lubimy autostop. Na to on odpowowiedzial, ze on moze zaplacic nam za bilety.
Zdecydowalismy jednak, ze zostaniemy przy autostopie ;)
W pewnym momencie nasz kierowca wyjal portfel i dal Tomkowi 100 lir (200zl). Zaskoczony Tomek chcial oddac mu je z powrotem. Na to tamten odpowiedzial, ze to prezent od niego, zebysmy mogli spedzic noc w hotelu. Bylo nam strasznie glupio..
Po wjezdzie do miasta zabral nas do swojego biura. Okazalo sie, ze ma wypozyczalnie samochodow. Poczestowal tam nas herbata i arbuzem. Jak zwykle bylismy ogromna atrakcja, ze wzgledu na to w jaki sposob zwiedzamy Turcje. Jeden z jego kolegow zaproponowal nam mieszkanie, w ktorym mozemy spedzic noc. Nasz kierowca powiedzial, ze chetnie zabierze nas do jakiegos hotelu albo wspomnianego mieszkania. Po krotkim zastanowieniu zdecydowalismy, ze spedzimy noc w mieszkaniu. Po chwili podjechala taksowka. Pozniej tak sie ulozylo, ze nawet sami nie wiemy o co chodzilo. Najpierw z taksowkarzem i jego kolega pojechalismy do rodzinnego domu tego taksowkarza. Tam przywitala nas jego mama mowiaca po niemiecku. Po mimo tego, ze mowilismy ze nie jestesmy glodni zostalismy zaproszeni na pyszna kolacje.. Po raz kolejny tego dnia zostalismy poczestowani herbata ;) (turecka herbata juz chyba weszla nam w krew i bardzo nam jej bedzie brakowalo w Polsce). Po jakims czasie okazalo sie, ze dopiero mamy jechac do mieszkania, w ktorym spedzimy noc. Zabrali nam nas wspomniani taksowkarz z kolega. Po drodze dolaczyla do nas dziewczyna jednego z nich. Wszyscy mieli po okolo 25 lat. Od razu ich polubilismy. Mieszkanie, do ktorego jechalismy wykupili razem jakis miesiac temu. Po drodze wstapilismy do marketu i kupilismy piwa, raki- alkohol turecki i jakies przekaski. Siedzielismy z nimi do pozna w nocy, mimo ze tylko dziewczyna potrafila mowic po angielsku. Swietnie sie z nimi czulismy i zalujemy teraz, ze tak szybko musielismy opuscic nowo poznanych, fajnych ludzi. Wymienilismy sie oczywiscie numerami, zeby moc sie jeszcze skontaktowac.
To byl bardzo udany dzien. Dopiero wieczorem zauwazylismy, ze tego dnia nie kupilismy zadnego jedzenia. Kazdy kierowca czestowal nas czyms, ze praktycznie caly czas bylismy najedzeni. ;)

Teraz jestesmy w Stambule. WIELKIE miasto! Chodzilismy caly dzien od 9 do 20 i jestesmy juz tak zmeczeni, ze nam nogi w dupe wchodza :P Ale jestesmy zadowoleni bo zobaczylismy naprawde duzo ciekawych miejsc. Ale o tym w kolejnej notce :)
Jutro to czego sie najbardziej obawiamy czyli wyjazd ze Stambulu. Ale jakos sobie damy rade ;)

Ps.
Poza ludzmi do ktorych jestesmy przywiazani, ktorych kochamy bardzo brakuje nam muzyki. Przy kazdej nadarzajacej sie okazji gdy jedno z nas pisze notke w kafejce, drugie slucha “swoich” piosenek.
Ps 2. Po wizycie na Grand Bazaar nasze plecaki zwiekszyly swoja wage chyba o 5 kilo ;P

Pozdrawiamy i idziemy spaaac. ;P

Zmiana planow

•2 październik 2009 • Dodaj komentarz

Zwiedzilismy Derinkuyu. Drugie podziemne miasto. Najwieksze z 36 ktore znajduja sie na terenie kapadocji. Zrobilo na nas naprawde wielkie wrazenie.
Tego samego dnia zdecydowalismy ze niestety musimy zmienic plany naszej podrozy.
Nie pojedziemy do wschodniej Turcji, Kurdystanu. Powodem jest pogoda. W miejscach, ktore najbardziej nas interesowaly lezy teraz snieg. Temperatury w nocy osiagaja do -2 stopni. Z naszym jednym sweterkiem i w sandalach raczej byloby nam zimno ;)
Bardzo zalujemy, ze nie zobaczymy wlasnie tej czesci Turcji. Trudno. Napewno bedzie jeszcze okazja. Rozmawialismy sobie luzno o autostopowej podrozy do Indii. Moze przy tej okazji zobaczymy Kurdystan. Ale to narazie daleka przyszlosc ( a moze nie tak daleka ;) )

Podczas tych kilku dni na swojej drodze spotkalismy i dobrych i zlych ludzi. Jestesmy przygotowani na to, ze nie zawsze wszyscy maja wobec nas dobre zamiary.
Gdy jechalismy w strone Kayseri zabral nas tirowiec. Na poczatku wydawal sie bardzo mily. Mimo, ze nie rozumial nic po angielsku jechalo sie z nim bardzo przyjemnie. Poczestowal nas orzechami, kawa i ciastkami. Pomimo to, ze co chwile zerkal w lusterku na Darie nie czulismy zadnego zagrozenia bo tu kazdy facet obserwuje zarowno ja jak i mnie. Przejechalismy tak 100 km. Zatrzymalismy sie w koncu na jakiejs stacji bo Daria chciala isc do toalety. Ja zostalem w aucie a kierowca po minucie od jej wyjscia powiedzial, ze idzie po fajki.
- Spoko, ja tu zaczekam.

Po krotkiej chwili wrocila zdenerwowana Daria. KIerowca zamiast pojsc do sklepu poszedl za nia do toalety w wiadomym celu. KIedy wrocili oczywiscie chcielismy wysiasc. Kierowca jednak przy otwartych drzwiach zaczal ruszac mowiac cos do nas po turecku. Postraszylismy go wiec policja i od razu zostawil nas w spokoju.
Troche zdenerwowalismy sie ta sytuacja, ale juz po niecalej godzinie humory nam sie poprawily. Po chwili lapania zatrzymal sie pewien mily pan. Nie znal angielskiego, ale zadzwonil do swojego przyjaciela, ktory znal niemiecki i mogl w ten sposob sie z nami dogadac. Po chwili okazalo sie ze wiezie nas wlasnie do pana, z ktorym przed chwila rozmawialismy przez telefon.
Uli okazal sie jednym z najbardziej przyjaznych ludzi jakich spotkalismy na swojej drodze. Powiedzial, ze chetnie zawiezie nas na stacje poz miasto, bo powiedzielismy mu, ze spimy na stacjach. Po drodze wrecz na sile kupil nam lody i cole. Powiedzial, ze on tez ma dzieci i wie, ze nasi rodzice martwia sie o nas w Polsce, wiec on o nas zadba.
Zaczelismy szukac stacji, gdzie moglibysmy sie zatrzymac. Kiedy juz znalezlismy odpowiednia zaprosil nas do restauracji na herbate. Zapytal za nas czy mozemy rozbic sie na tylach stacji. Wlasciciel restauracji zaproponowal nam spanie nad restauracja w pustym pomieszczeniu na zlaczonych lawkach. Co za ludzie. Oczywiscie sie zgodzilismy bo na dworze bylo troche zimno. BYlo naprawde bardzo wygodnie :D Czulismy sie mimo to troche nieswojo, bo nie wiedzielismy jak mamy dziekowac im za goscine. Uli na pozegnanie zaproponowal, ze chetnie zaplaci nam za sniadanie, ale na to juz nie moglibysmy sie zgodzic.

Od kilku dni, jezdzimy bardziej bocznymi drogami i poznajemy tureckie zycie od strony malych miasteczek i wiosek. W takim miasteczku znajdujemy sie wlasnie dzis. Kazdy nasz ruch jest rejestrowany czujnym okiem tubylcow.
Dzisiaj kiedy szlismy malym miasteczkiem w czasie powrotu dzieci ze szkoly zaczepila nas 10 – 15 osobowa grupka dzieci. Na poczatku baly sie podejsc, krzyczaly tylko gromkie “Hello” smiejac sie pod nosem. Pozniej jednak podeszly do nas, pytaly skad jestesmy, jak mamy na imie uzywajac podstawowych angielskich zwrotow. Wygladaly na bardzo zainteresowane wrecz podniecone naszym widokiem.
Jeden z chlopcow podszedl i zapytal czy moze zrobic sobie z nami zdjecie.
To bardzo mile doswiadczenie. Czasami jednak w tego typu malych miastach czujemy sie jak ufo :D

Nasza podroz potrwa jeszcze jakies 2 tygodnie. Troche ja skracamy przez ten Kurdystan o ktorym pisalismy na poczatku.
6 – 7 pazdziernika chcemy byc w Stambule. Mamy juz jednego hosta.

Jestesmy bardzo bardzo bardzo szczesliwi :)
Hahaha zimno wam tam w Polsce co ? :D
Pozdro ;p

Cappadocia

•29 wrzesień 2009 • Dodaj komentarz

26.09.09
Kilkoma stopami dojechalismy do miejscowosci Kas, gdzie spedzilismy noc na stacji benzynowej w naszym ukochanym namiocie.
Wypilismy turecka herbate i poszlismy spac.
Tego dnia nie dzialo sie raczej nic ciekawego, poza tym, ze ociekalismy potem bo temperatury w okolicach Antalyi to jakas tragedia (37 stopni).

27.09.09
Z Kas do Antalyi zabrala nas mloda niemiecka para, ktora przyleciala do Turcji glownie, zeby nurkowac. Opowiadali o podwodnych widokach.
Gdy lapalismy stopa w Antalyi zatrzymal sie bus i gdy doszlismy do niego z plecakami ruszyl z piskiem opon…Niebywaly zart.
Z Antalyi do Konyi dostalismy sie jednym, bardzo dlugim stopem z dwoma mezczyznami, ktorzy za kazdym razem gdy kogos wyprzedzali wydawali rozne dziwne dzwieki. Jechalismy do bardzo poznej godziny bo nie moglismy znalezc dobrego miejsca na rozlozenie namiotu. Bolaly nas juz troche glowy od papierosow, muzyki i zmeczenia. Kiedy jechalismy autostrada po obrzezach Konyi w pewnym momencie zatrzymal nas policjant stojacy na poboczu. Nasz kierowca zahamowal i inne auto wjechalo w nas od tylu okolo 70km/h. Na poczatku bylismy w duzym szoku, Darii okulary polecialy gdzies do tylu, a woda ktora trzymala miedzy kolanami wyprysnela nam na twarz podczas wypadku i myslelismy w pierwszej chwili ze to krew.
Na szczescie nic nam sie nie stalo ale nie bylo to przyjemne doswiadczenie.
Zatrzymalismy sie na stacji za Konya i ugoscili nas tam kolejni mili ludzie. Poczestowali nas tradycyjnie juz – tureckim cajem i zaprosili do swojej kanciapy bysmy sie ogrzali. Nie moglismy jednak tam dlugo zostac bo panowie ogladali film, ktorym zachwycali sie co chwile. Cos w rodzaju telenoweli od ktorej prawe pekalismy ze smiechu.

28.09.09
Z Konyi pojechalismy od razu jednym stopem do miasta Nevsehir, gdzie mielismy spedzic noc u hosta z Couchsurfing. Poszlismy najpierw do marketu, zeby zrobic zakupy owocowo-warzywne, bo postanowilismy zrobic jeden dzien jedzac tylko owoce i warzywa.
Spotkalismy sie tam z Alim, naszym hostem. Ali jest adwokatem, zabral nas najpierw do swojej kancelarii, skad zabral nas jego syn Furkan, zeby pokazac nam Göreme i inne tereny Kapadocji blisko miasta. Furkan chyba przechodzil przez okres buntu mlodzienczego. Mowil on co chwile jak bardzo nienawidzi swojego kraju, miasta i tych ” zwyklych kamieni” czyli Kapadocji. Na nas jednak zrobily bardzo duze wrazenie. Naprawde niesamowite miejsce warte odwiedzenia :)
W miedzyczasie pojechalismy z nim na kawe a potem na ciastko. Probowalismy zaplacic ale gdy jestes gosciem Turka nie jest to latwe. Dla nich to kwestia honoru.
Po pracy Ali zabral nas ze swoimi klientami, wlascicielami wielkich fabryk do knajpy oddalonej o 80km od miasta. Bylismy troche sceptycznie nastawieni bo nie przepadamy za towarzystwem biznesmenow. Bylo jednak bardzo milo. Milo bylo odpowiadac na wszystkie ich pytania zwiazane z nasza podroza. Praktycznie caly wieczor rozmawialismy na temat naszej podrozy. Czulismy sie bardzo dobrze jednak gdy zeszlismy na temat religii powiedzielismy ze jestesmy ateistami co poniektorym miny zrzedly.
Niestety atmosfera zupelnie zmienila sie gdy przyjechalismy do domu. Po pierwsze czulismy sie jak w palacu albo jakims muzeum. Przykladowo w lazience zamiast normalnej klapy klozetowej byla poduszka :D
Po drugie bylsmy bardzo zaskoczeni tym jak traktowane sa kobiety w domu. Wiele razy widzielsmy na ulicach muzulmanskie kobiety z zawinietymi glowami ale nie wiedzielismy ze w domu tez musza sie tak zakrywac. Kiedy zaprosili nas do salonu i Daria zaproponowala pomoc w zrobieniu herbaty i przygotowaniu lozek do spania – Ali z synem obruszyli sie i powiedzieli ze jedyne co moze zrobic to sprawdzic jak one to robia ale to ich zajecie.
Gdy Tomek chcial usiasc Ali wrecz wygonil swoja zone z fotela na inne siedzenie zeby zrobic mu miejsce. Czulismy sie bardzo nieswojo.

Takie traktowanie kobiet tylko utwierdzilo nas w przekonaniu ze wszelkie religie nie niosa z soba nic dobrego.
Fajnie jest poznawac zwyczaje innych ludzi ale nie popieramy zadnej z religii.

29.09.09
Wstalismy wczesnie i zjedlismy przygotowane przez zone Aliego tradycyjne tureckie sniadanie. Ali w drodze do pracy podwiozl nas na droge, gdzie sie kierowalismy. Naszym pierwszym przystankiem bylo podziemne miasteczko Kaymakli. Było wykorzystywane od czasów starożytnych. W średniowieczu stanowiło schronienie przed Arabami, a w XIII w. przed Mongołami. Musielismy wziasc ze soba latarke, bo bylo tam mnostwo zakamarkow, do ktorych warto bylo zajrzec. Tak czy siak musielismy sie wspomagac lampa blyskowa z aparatu, bo w mijscach bez oswietlenia bylo bardzo ciemno. Przeciskalismy sie przez waskie tunele, zgarbieni do polowy. Cale miasto zrobilo na nas olbrzymie wrazenie.
Za chwile idziemy zwiedzic nastepne podziemne miasto – Derinkuyu, najwieksze z 36.

Resim 009

Resim 017

Resim 021

Resim 030

Furtan uczy Tomka grac w Backgammon
Resim 025

Kosciol w podziemnym miescie
Resim 053

Resim 058

Resim 062

Resim 071

Butterfly valley – zdjecia :)

•27 wrzesień 2009 • 2 komentarzy

Moczymy nozki w drodze na plaze
IMG_6175

Iii… doplywamy :D
IMG_6181

Tomek przed naszym domkiem
Tomek przed naszym domkiem

Nasz bungalow z widokiem na plaze
IMG_6185

W srodku
IMG_6184

Odpoczywamy po plywaniu :p
IMG_6242

Widok z naszego “okna”
IMG_6234

Mapa Butterfly
IMG_6187

Waluta Butterfly
IMG_6235

Widok na tylna czesc wawozu i z tylu droga na wodospad
IMG_6217

Wspinamy sie na wodospad
IMG_6201

IMG_6209

Tomek
IMG_6205

Jak w bajce:P
IMG_6244

IMG_6262

IMG_6269

Czesc wodospadu
IMG_6277

Strefa jogi rano, kiedy wszytsko jest zlozone
IMG_6284

Pijemy lemoniade
IMG_6281

Banany :)
IMG_6293

Zdjecia wcale nie oddaja tego jak tam bylo..

Butterfly Valley – raj na Ziemii

•26 wrzesień 2009 • 2 komentarzy

23.09.09 dalsza czesc
Po krotkiej wymianie smsow spotkalismy sie z naszym gospodarzem z Fethiye – Burcakiem.
Minibusem dojechalismy do jego domu na obrzezach miasta. Przywitala nas tam jego mama. Nie spodziewalismy sie ze ugosci nas cala rodzina. Troche rozmawialismy, a w tym czasie jego mama przygotowywala kolacje. Byla tak kochana, ze uwzglednila nawet to, ze Tomek nie je miesa i przyrzadzila dodatkowe danie. Bylo przepyszne!
Daria jako fanatyczka malych zwierzatek byla zachwycona bo Burcak mial w domu mala 3 tygodniowa kaczuszke, ktora znalazl gdzies na ulicy i sie opiekowal.
Po kolacji pojechalismy przejsc sie po Fethiye. Pierwszy raz w zyciu widzielismy pelikany :D Pozniej usiedlismy w knajpce i wypilismy po piwie (Daria caffe latte, bo to taki szal ostatnio :p ).
Bardzo polubilismy Burcaka. Wszyscy traktowali nas w domu jak czlonkow rodziny. Czulismy sie z nimi naprawde swietnie. Na pewno nie stracimy z nimi kontaktu.

24.09.09
Rano dostalismy sie do miasteczka Ölüdenız, gdzie mielismy statek na Butterfly valley. Po drodze plynac moczylismy nogi w cudownie goracej wodzie… Kiedy doplynelismy od razu podeszla do nas kobieta, ktora powiedziala nam gdzie mamy sie kierowac jesli chcemy zostac na noc. Oczywiscie poszlismy za nia :) Od razu nam sie tu spodobalo. Klimat jest niesamowity. Mielismy do wyboru noc w namiocie albo w bungalow- drewnianym domku z sufitem z palmowych lisci i ze bambusowymi scianami. Gdy podwinelo sie bambusowe sciany do gory, rozposcieral sie widok na cala plaze… Osoby zamieszkujace wawoz to rastamani- wegetarianie. Wszyscy byli nastawieni pozytywnie do zycia. Caly wawoz tworzyl swego rodzaju wioske mlodych ludzi. Wszedzie chodzily kury z pisklakami, owce i inne zwierzaki. Z glosnikow lecialy pozytywne rytmy, nie dalo sie byc smutnym :) ) Mimo to ciezko przekazac komukolwiek atmosfere jaka tam panowala- zarowno slowami jak i zdjeciami.

Zostawilismy plecaki w naszym nowym domku i poszlismy poplywac na ABC. Woda byla nieziemska, a zycie pod nia jeszcze lepsze. Kolorowe ryby plywaly tuz przed naszymi twarzami. Bylismy zachwyceni i co chwile sciskalismy sie za rece, zeby pokazac sobie w ten sposob nowe zyjatka pod woda. Po wyjsciu z wody poszlismy spac na 2h, co nam sie wczesniej nie zdarzylo. Chyba tak zadzialal na nas chilloutowy klimat wioski. Pozniej poszlismy w glab wawozu, by zobaczyc wodospad. Zaczelo sie robic troche ciemno wiec postanowilismy wrocic tam jutro i dojsc do konca. Po drodze zobaczylismy kraba w wodzie w ktorej brodzilismy (dolna czesc wodospadu). Czulismy sie troche jak w dzungli bo z kazdej strony otaczaly nas gory i geste drzewa.
Po powrocie poszlismy na wegeterianska, samoobslugowa kolacje. Byla tak pyszna, ze nie moglismy przestac jesc :D Jak to piszemy to slinka nam cieknie. Menu skladalo sie z swietnie doprawionych warzyw i pysznego ryzu.

25.09.09
Do 11 mielismy sie wymeldowac ale bylo tak wspaniale, ze postanowlismy zostac na jeszcze jedna noc :) ) Po pyyysznym sniadaniu poszlismy obejrzec w swietle dziennym wodospad. Zeby do niego dojsc musielismy wspinac sie po mokrych skalach, uwazajac zeby nie spasc. Doszlismy do momentu wytrzymalosci leku wysokosci Darii, a reszte drogi przeszedl Tomek sam. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie w “Strefie jogi” zeby poczytac jakies ksiazki z biblioteczki i napic sie zimnej, swiezo wycisnietej lemoniady z mieta. Jej smak od razu postawil nas na nogi w upalny dzien :D
Reszte dnia spedzilismy na zmiane plywajac i wylegujac sie :D Tomek jak nigdy nie spi w dzien tak tutaj moglby lezec calymi dniami :P . Caly dzien jednak w glowach mielismy kolejna kolacje :D
W nocy poszlismy polozyc sie na plaze i przy szumie fal ogladac gwiazdy.
Poznalismy tu samych wspanialych ludzi. Wszyscy byli usmiechnieci. Polecamy to miejsce kazdemu, nie tylko osobom w naszym wieku :)

26.09.09
Ze smutkiem spakowalismy swoje plecaki i poszlismy przed wyplynieciem statku jeszcze raz napic sie lemoniady. Daria bardzo ciekawa “przepisu” zapytala czy moze sie przyjrzec przygotowaniu. Starszy dlugowlosy pan, opiekujacy sie strefa jogi zaproponowal, zeby sama ja przygotowala :D Tym samym nauczylismy sie robic pyszna lemoniade, na ktora zapraszamy po powrocie :D

Teraz jedziemy do Fethiye, by wyjechac na glowna droge do Antalyi i dalej kontynuowac nasza udana pod kazdym wzgledem podroz :)
Nastepny przystanek – Cappadocia :)

Za jakis czas dodamy kolejne zdjecia
Pozdrawiamy goraco!

Zdjecia

•23 wrzesień 2009 • 3 komentarzy

Widok z promu na miasto Canakkale
IMG_6009

Canakkale
IMG_6014

Urocze miasteczko Ezine
IMG_6022

Jemy winogronka w Ezine
IMG_6030

Assos
IMG_6033

Assos – kobieta sprzedajaca robotki reczne
IMG_6034

Pomost na polu campingowym w Assos
IMG_6038

Obiadek :)
IMG_6046

Jemy granaty – sredniawka:P
IMG_6067

Widok na Lesbos
IMG_6074

Seytan Sofrasi
IMG_6082

Omar, jego kuzyn i Tomek
IMG_6086

Efes – teatr
IMG_6102

Efes
IMG_6145

:)

Turcja!!

•23 wrzesień 2009 • 2 komentarzy

Merhaba !

19.09.09
Do granicy z Turcja mielismy jakies 1500m. Chcielismy przejsc ja z buta i lapac stopa dopiero w Turcji. Bez problemow przeszlismy przez grecka, ale do tureckiej mielismy 5 km i byl jakis durny przepis, ze musielismy miec auto zeby przez nia przejechac. Wrocilismy wiec lapac stopa. Szybko zatrzymal sie tirowiec i pomogl nam. Przedtem jednak Daria wyczerpala caly zapas naszej wody, zeby napoic bezdomnego pieska. Musielismy kupic jeszcze wizy co zajelo nam okolo godziny.

W koncu Turcja !!!
Od razu po przejsciu granicy nielapany zatrzymal sie nasz pierwszy turecki kierowca, ktory zawiozl nas 60km dalej. Poczestowal nas gumami o smaku kupy :p.
W miejscu gdzie nas wysadzil czekalismy 5 minut. Juz wtedy wiedzielismy,ze Turcja to kolejny po BiH i Albanii autostopowy raj. Nie spodziewalismy sie jednak doswiadczyc takiej goscinnosci o jakiej niejednokrotnie napiszemy. Pan, ktory nas zabral zatrzymal sie po drodzze dwa razy na stacjach benzynowych. Za pierwszym razem kupil nam cole i wode, a za drugim red bulla. Caly czas sie usmiechal i klaskal w rytm tureckiej muzyki, swoja droga wspanialej muzyki, dzieki ktorej nogi same rwaly sie nam do tanca. Rozmawialismy z nim glownie na migi. Mile rozpoczecie pobytu w Turcji :) )
Pozniej promem z Eceabatu poplynelismy do Canakkale, gdzie przyjal nas Emre z Couchsurfing. Musielismy dzwonic kilka razy, zeby naprowadzil nas na miejsce gdzie mieszka.
Emre mieszka na poddaszu i ma fajny, duzy balkon z widokiem na okolice. Na poczatku bylo nam troche nieswojo bo po wejsciu do mieszkania wlaczyl telewizor i zaczal go ogladac nie do konca nas sluchajac. Pokazal nam nasz pokoj, zostawilismy plecaki i poszlismy przejsc sie po miescie.
W Canakkale nie podobalo nam sie zbytnio. Ot zwykle sredniej wielkosci miasto. Bylo tyle ludzi, ze ciezko bylo nam gdziekolwiek pojsc.
Pozniej gadalismy troche z naszym hostem i z jego kolejnym gosciem z USA. Tak minal nam pierwszy dz\ien w Turcji.

20.09.09
Dzien rozpoczelismy sniadaniem, od ktorego Daria sie poplakala…Jedlismy kanapki z bardzo ostrymi paprykami. Dla Tomka z kolei byly okej :p
Wyszlismy z domu i musielismy przejsc jakies 5km, zeby wyjechac z miasta. Pierwszym stopem dojechalismy do Ezine, malego miasteczka gdzie wszyscy patrzyli na nas jak na swego rodzaju atrakcje turystyczna. Powoli zaczynamy sie do tego przyzwyczajac :) Pozniej dojechalismy do Ayvacik, a stamtad do Assos, starozytnego miasta. Kiedy weszlismy do miasta podziwiajac jego gorna czesc, zatrzymala sie rodzina ze Stambulu. Podwiezli nas droga przy morzu do dolnej, niestety turystycznej czesci miasta. Kiedy odchodzilismy Izzet dal nam swoja wizytowke w razie jakichs problemow z dogadaniem sie z Turkami. Noc spedzilismy na polu namiotowym nad samym morzem. Poplywalismy troche, posiedzielismy na poduszkach rozlozonych na pomoscie i tak nam minal wieczor.

21.09.09
Dzien rozpoczelismy pysznym domowym sniadaniem w jednej z knajpek w Assos(dogadzamy sobie). Daria miala szal na chleb z miodem a Tomek na kanapki z pomidorem :) Z dobrymi humorami i pelni sil ruszylismy do gornego miasta Behremkale(Assos). Mielismy troche do przejscia ale zatrzymalo sie pierwsze auto jadace do gory i podrzucili nas te 2 km. Odstraszyly nas jednak pelne turystow autokary i przestalismy miech ochote na zwiedzanie miasta. Poszlismy wiec lapac stopa w kierunku Izmiru. Nie mielismy na ten dzien zadnych planow zobaczenia czegokolwiek ale los przyniosl nam ciekawe przygody.
Pierwszym stopem dojechalismu do Edremitu gdzie na stacji benzynowej zaczepila nas para:
- Do you need a ride ?
- Jasne a gdzie jedziecie ? :)
Jechali do miejscowosci Allibey za Ayvalikiem. Na mapie wygladalo to ciekawie wiec zabralismy sie z nimi. Jednak po 10 minutach spedzonych w miescie stwierdzilismy ze nie zostaniemy tu na noc i pojedziemy gdzies indziej. jak zwykle odstraszyly nas tlumy turystow. Zachodnia Turcja jest pelna turystow dlatego tez wolimy jak najszybciej jechac do Kurdystanu,ktory wielu kierowcow nam odradza. Wolimy jednak przekonac sie na wlasnej skorze.
Wyszlismy na glowna droge . Zatrzymal sie Omer z mlodszym kuzynem. Nie mogli uwierzyc w to, ze przyjechalismy autostopem az z Polski. Powiedzieli ze moga pokazac nam cos ciekawego :)
Zawiezli nas do gornej czesci polwyspu nadrabiajac przy tym drogi. Miejsce to nazywa sie Seytan Sofrasi czyli w tlumaczeniu Diabelski stol.
Zaprosili nas na kawe do restauracji ,z ktorej rozciagal sie cudowny widok na wyspy i turkusowe morze. Dlugo rozmawialismy z nimi o religii, zwyczajach panujacych w Turcji, Ramadanie, Polsce i innych rzeczach. Omer dal nam swojego maila zebysmy mogli sie z nim skontaktowac. Na koniec powiedzail ze jesli tu kiedys wrocimy to chetnie nas znow ugosci.
Z Ayvaliku zabral nas Turek nie znajacy zadnego znanego nam jezyka. Dogadywalismy sie jedynie na migi i jakos to szlo do momentu az wjechalismy do Izmiru( Izmir z gory, noca wyglada imponujaco). Myslal on ze chcemy zostac na noc w tej metropolii a my wlasnie bardzo chcielismy sie z niej wydostac. Po kilkunastu minutach jakos sie jednak dogadalismy i nasz kierowca zawiozl nas na stacje 20 km za Izmirem w nie swoim kierunku. Ciezko to bywa gdy niektorzy nie znaja chociaz kilku podstawowych slow po angielsku. My juz zdazylismy sie nauczyc podstawowych zwrotow tureckich ale czasem to nie wystarcza.
Nie byl zdenerwowany tym, ze zawiozl nas w nie swoim kierunku. Gdy nas wysadzil poszlismy rozkladac namiot. Po kilku minutach wrocil, podszedl do nas i zaczal z podziwem przygladac sie temu co robimy. Pokazywal na nasz namiot i ze smiechem mowil “hotel, hotel ” :)
Stal tak z nami az skonczylismy rozkladac jakby chcial upewnic sie czy bezpiecznie spedzimy noc.
Na stacji siedzialo kilku panow i kiedy robilismy kolacje poczestowali nas turecka herbata. Mily gest :)

22.09.09
Tego dnia rano znow poczestowali swiezo zaparzonym tureckim çajem. Zjedlismy zdrowe sniadanie- chipsy i goracy kubek :D i poszlismy umyc sie w zlewie. Pracownik stacji zrobil nam jednak prowizoryczny prysznic i moglismy umyc sie w wodzie z weza. Gdy skladalismy namiot dwoch starszych panow, ktorzy mieszkali obok stacji przygladali nam sie i krecili glowami niedowierzajac. Robili do siebie tak zdziwione miny jakby pierwszy raz widzieli namiot :p
Pierwszym stopem dojechalismy do Efezu – ruin starozytnego miasta jonskiego. Peikne miejsce, ktore warto odwiedzic. Ale turystow jest tu od groma.
Zwiedzanie zajelo nam 2 godziny.

Kilkoma nastepnymi stopami dotarlismy do jakiejs wioski 30km przed Aydin skad zabrala nas mila i rozesmiana rodzina. Smiali sie z naszej wymowy tureckich slow i jak niemal kazdy podziwiali nasza wyprawe. nastepnymi mniej ciekawymi stopami dojechalismy na stacje benzynowa 60km przed Mugla. Zapytalismy faceta z knajpy przy stacji czy mozemy rozbic sie z tylu stacji. Powiedzial, ze nie ma problemu i zaprosil nas na turecka herbate.
- I am Tomek, This is Daria, and you ?
- I am Al Pacino . :D :D:D

Porozmawialismy z nim troche i zaprosil nas na sniadanie. Kiedy wieczorem ogladalismy wschodzacy ksiezyc i zajadalismy sie pistacjami podszedl do nas inny pracownik stacji nie mowiacy po angielsku i dal nam klucze do lazienek sluzbowych bysmy mogli sie wykapac w cieplej wodzie. Wreszcie goracy prysznic !!!

Jestesmy zachwyceni jacy ludzie sa dla nas mili i goscinni. To niesamowite uczucie moc poznac taka goscinnosc o jakiej pisali Kinga i Chopin oraz inni podroznicy. Doszlismy do wniosku ze Polacy to jeden z najbardziej ponurych narodow. Zawsze chodzimy ze zwieszona geba, jestesmy dla siebie niemili i malo sie usmiechamy. Ta ponurosc jest jak rak, rozrasta sie do niewyobrazalnych rozmiarow.
Dla tureckiego czlowieka takie zachowania jak poczestowanie herbata czy nadrobienie kilkudziesiecu kilometrow by kogos podwiezc to norma i sprawa honoru. Dla nas to cos nowego dlatego tak zachwycamy sie ich mentalnoscia. Podrozowanie autostopem jest wspaniale. Niewatpliwie w tej podrozy przezywamy jedne z najpiekniejszych dni zycia.

Dzis jeden z kierowcow powiedzial ze trzyma za nas kciuki i sercem jest z nami. To bardzo mile :)

23.09.09
Wstalismy rano i poszlismy na tureckie sniadanie, o ktorym wczesniej mowl Al Pacino :D . Bylo tak dobre, ze od razu polepszyly nam sie humory. Memec(bo tak naprawde mial na imie) powiedzial, ze jego znajomy moze podiwezc nas w kierunku Fethiye. Oczywiscie sie zgodzilsmy i poszlismy szybko zlozyc namiot.
Podczas kolejnego stopa siedzielismy obydwoje w bagazniku podziwiajac uciekajace gory i morze. Kierowca kazde zdanie zaczynal slowami “my friend”, a reszte mowil po turecku :D

Ostatni stop to manager firmy farmaceutycznej. Bardzo dobrze mowil po angielsku. Duzo zartowal i ogolem bardzo fajnie nam sie z nim rozmawialo. Podwiozl nas do Fethiye gdzie siedzimy teraz. Mamy tu gospodarza z Couchsurfing do ktorego zaraz zadzwonimy. Jutro planujemy jechac do Oludeniz skad poplyniemy na Butterfly Valley :)

Güle güle !

Zdjeciaaa:)

•18 wrzesień 2009 • 1 komentarz

Jemy burki- najzajebistsze jedzenie naszej podrozy :D
IMG_5797

Perast (Czarnogora) :
IMG_5820

IMG_5846

IMG_5849

IMG_5855

Pomarancza? zerwana z drzewa ( ogolem zajadamy sie owocami zerwanymi po drodze – super :D )
IMG_5842

Krowa idaca na glownej ulicy w srodku miasta ( Zabljak – Polnoc Czarnogory )
IMG_5863

Jezioro Czarne a w tle najwyzszy szczyt Balkanow – Bobotov kuk
IMG_5883

Kanion Tara
IMG_5901

Rzeka Tara
IMG_5913

Miasteczko Himara w Albanii
IMG_5958

Himara- plaza na ktorej nocowalismy :)
IMG_5959

Daria
IMG_5968

Himara
IMG_5977

Albania – kraj kontrastow
IMG_5984

Tak wyglada nowy spiwor po dwoch tygodniach uzywania…
IMG_5989

Grecja – Daria udaje, ze czyta mape
IMG_6002

:)

Grecja

•18 wrzesień 2009 • 1 komentarz

Czesc, dzieki za mile komentarze :)

Po poltora godzinnym oczekiwaniu w miejscowsci Konitsa, skad pisalismy ostatnia notke zabral nas zolnierz – saper.
Opowiadal o swojej pracy, o tym jak duzo bomb jest nadal na terenie Grecji po II Wojnie Swiatowej.
Podwiozl nas okolo 200km na stacje w Korinos ( 60km od Salonikow ).
Podczas jazdy Daria miala glupawke. Pan saper probowal wyjac plyte, ktora utknela mu w odtwarzaczu. ZAjelo mi to ok 15 minut. Przy kazdej nieudanej probie robil jakies dziwne ohh albo ahh i Daria musiala odwrocic sie do okna, zeby nie wybuchnac smiechem… :p
George poprosil nas o maila, zebysmy dali mu znac, czy wszystko u nas okej jak juz wrocimy do Polski. Ogolem bardzo mily stop.

Na stacji w Korinos czekalismy ponad 3h z przerwa na obiad. W koncu zatrzymal sie student informatyki, z ktorym malo gadalismy. Uraczyl nas za to techno- lupanka, od ktorej Tomek nie czul sie za dobrze :P . Podwiozl na 20km przed Serres.
Stamtad zabral nas Grek na stacje benzynowa na wyjezdzie z miasta Serres. Tam na stacji benzynowej stalismy ok 1,5h. Robilo sie juz coraz ciemniej, a nie bylo wogole miejsca na spanie. Tomek jednak wciaz przeciagal moment zejscia ze stacji i szukania pola. I rzeczywiscie w koncu zatrzymal sie pan- pedant. Przednie siedzenia mial owiniete folia prawdopodobnie po to zeby sie nie wybrudzily.. a z wentylatowrow wg Tomka pachnialo Hamburgerem :D . Nie rozumial nic po angielsku ani po niemiekcku. Nie dalo sie z nim dogadac… Mowil do nas po Grecku, jakby nie rozumial ze nie znamy tego jezyka. W koncu jednak podwiozl nas na stacje, gdzie spotkalismy bardzo uprzejmych ludzi. Pokazali nam gdzie mozemy rozlozyc namiot i gdzie mozemy sie umyc.

Generalnie stopuje nam sie w Grecjii bardzo ciezko, nie ma nawet co porownywac do Albanii czy Bosni gdzie na stopa czeka sie ok 5 minut.

Nastepnego dnia (czyli dzisiaj) znalezlismy sie na trasie do Kavala – strasznie malo uczeszczanej trasie. Przejezdzal obok nas 1 samochod na 5 minut. Poszlismy zrobic zakupy do marketu, zjedlismy pyszne kanapki i nastawilismy sie na kolejne 3-4 godzinne czekanie. Jednak po godzinie zatrzymalo sie mlode hipisowskie malzenstwo z Hiszpanii. Podrozuja od 3 miesiecy ze swoja 7-miesieczna coreczka. Podwiezli nas Do Alexandroupoli skad wlasnie piszemy. Po wyspie Samothraki planuja oni jechac busem az do Indii. Fajni ludzie :)

Caly ten autostop w Grecji traktujemy dosc tranzytowo. Zalujemy ze nie pojechalismy na przyklad przez Kosowo i Bulgarie. Odradzamy Grecje dla autostopowiczow. Ludzie tez nie sa tu mili. Czesto napotykamy krzywe spojrzenia podobnie jak w Austrii.
Pelno nadetych biznesmenow i sztywniakow, ktorzy nie rozumieja idei autostopu i ogolem podrozy chyba tez ;)

Jestesmy 50km od Turcji. Zaraz idziemy przejsc sie po miescie, wypic kawe i poszukac jakiegos miejsca na nocleg. Jutro rano ruszamy w trase do Turcji. Pierwszy stop to Canakkale ,w ktorym znalezlismy juz gospodarza z Couchsurfing.
pewnie stamtad napiszemy cos wiecej.

Pozdrawiamy :)

Czarnogorsko – Albansko – Grecko

•16 wrzesień 2009 • 4 komentarzy

Ostatnia notke skonczylismy na miescie Herceg Novi wiec teraz opis tego co dzialo sie od tamtej pory do dnia dzisiejszego :)

W Herceg Novi (Czarnogora) po godzinnym poszukiwaniu dworca autobusowego do Perastu pojechalismy wlasnie do tego miasta.
Jeszcze przed samym wjazdem bylismy zachwyceni widokiem Boki Kotorskiej. Nie bylo kompletnie zadnego miejsca na spanie dlatego ze wszystkie miasteczka w zatoce Kotorskiej otoczone sa z jednej strony strzelistymi gorami z drugiej morzem. Mielismy dylemat czy odpuscic sobie to miasto i zaoszczedzic pieniadze na nocleg czy znalezc jakis pokoj i spedzic tu noc zwiedzajac miasto. Wybralismy to drugie i nie zalujemy tej decyzji.

Miasto Perast jest miejscem przecudownym. Pewnie w sezonie gromadzi sie tam wiecej turystow ale my trafilismy tam w okresie gdzie praktycznie jedynymi ludzmi byli miejscowi. Nie jestesmy wielkimi fanami architektury ale to miasteczko zachwycilo nas zarowno pod tym wzgledem jak i pod wzgledem pieknego widoku samej zatoki. Zostawilismy plecaki w pokoju i poszlismy poplywac w adriatyku i przespacerowac sie po starym miescie.

Z Perastu autostopowo dostalismy sie do Kotoru.
Miny od razu nam zrzedly. Stare mury polozone w gorach nad miastem rowniez byly zachecajace. Chcielismy sie tam dostac bez plecakow bo taszczyc 15(Daria) i 20kg(Tomek) na plecach pod kilkukilometrowa gore wcale nam sie nie usmiechalo. Zaczelismy wiec szukac jakiejs knajpy gdzie moglibysmy je zostawic ale ludzie zbywali nas przemilym “NO” albo ” I dont know”
Jedyne co mowili z usmiechem to ” Do you need a room ? “
Panstwo tak blisko BiH o ktorej mozna mowic w samych superlatywach, a jednak Czarnogorzanie przynajmniej w Zatoce Kotorskiej to niezbyt mili ludzie. Typowi naganiacze, nastawieni na turystyke.

Z Kotoru pojechalismy stopem do Niksic, a stamtad zabral nas celnik Aleksander az do Zabliaka w gorach Durmitor. Kolejny wspanialy czlowiek poznany podczas naszej podrozy. Przegadalismy i przesmialismy z nim cala droge. Zachowywal sie troche dziwacznie, czasem jakby mial ADHD, ale bardzo go polubilismy. Przykladowo jechalismy i przy drodze stala krowa, a on otworzyl okno i zaczal muczec do niej tak, ze az sie przestraszyla :p Nie dalo sie nie smiac. :D
Droga z Niksica do Zabliaka byla bardzo kreta i dosc niebezpieczna, ale widoki byly piekne, a sama gora Bobotov kuk (najwyzszy szczyt Balkanow) zapierala dech w piesiach. Wioski przed Zabliakiem byly malenkie, typowo gorskie i bardzo urocze.

Jeszcze tego samego dnia rano bylismy nad morzem gdzie bylo 35 stopni, a wieczorem jestesmy w gorach i jest niecale 10. Ciezko sie przyzwyczaic do takiej zmiany temperatury, wiec postanowilismy 3 noc z rzedu zaplacic za nocleg. Ciezko spac w letnich spiworach przy 5 stopniach nad ranem. Wiemy, ze wydawajemy troche za duzo kasy, ale uregulujemy to w Albanii, gdzie jest taniej.

Kolejnego dnia rano wypozyczylismy dwa rowery i pojechalismy do Parku Narodowego Durmitor, zeby zobaczyc jezioro Czarne i najwyzszy szczyt Balkanow. Jezioro i widok gor dookola niego tworzyly przepiekny pejzaz. Bylo tak cicho i spokojnie… Przy brzegu bylo pelno pancerzykow rakow. Daria jako fanka zwierzaczkow i wszelkich zwierzatek byla zachwycona. :p
Potem wrocilismy do miasta i zabralismy plecaki, po drodze pozdrawiajac inna pare stopowiczow i stamtad zaczelismy lapac stopa w kierunku kanionu Tara. Jest to najgłębszy w Europie i jeden z najgłębszych na świecie kanionow. Rzeka miala cudny turkusowy kolor.
Ogolem caly dzien byl udany jak wiekszosc dni naszej podrozy. Codziennie jestesmy w innym miejscu, poznajemy nowcyh ludzi i kazdy dzien przynosi nowe doswiadczenia.

Ostatnia noc w Czarnogorze spedzilismy w namiocie na tylach stacji benzynowej w miejscowosci Bar.

Rano lapiac stopa do Albanii poznalismy starszego autostopowicza z Macedonii. Mowil, ze Polska gut :D
Ogolem wiekszosc ludzi na Balkanach bardzo lubi Polakow.
Po godzinie lapania dostalismy sie do Albanii. Pierwszy raz az w takim stopniu nie moglismy sie dogadac z naszym kierowca. Wmowil sobie on ze chcemy jechac do Tirany (stolicy Albanii), wiec w miescie Shkoder wsadzil nas w autobus. Bylismy troche rozkojarzeni i zdezorientowani nowym jezykiem, nowym panstwem i tym, ze od razu po przekroczeniu granicy wszystko stalo sie diametralnie inne niz w krajach, ktore juz odwiedzilismy. Nigdy nie widzielismy tak biednego i zacofanego kraju. Albania to kraj olbrzymich kontrastow. Z jednej strony Grand hotel, po drugiej stronie ulicy gora smieci, a na niej pasaca sie krowa. Po wjezdzie z turystycznej i rozbudowanej Czarnogory przezylismy ogromny szok. Nasze pierwsze skojarzenie to “europejskie Indie”. W Albanii chyba nie istnieja przepisy drogowe, kazdy jezdzi jak chce. W sytuacjach zagrozenia trabia na siebie i wymachuja rekoma. To wlasnie balkanski temperament.
W Tiranie widzielismy krowe pasaca sie miedzy blokami. Nieco dziwne prawda?
Z Tirany jak najszybciej (za duzo halasu i naganiaczy) pojechalismy do miasta Durres nad morzem. Zbytnio sie nie roznilo od Tirany. W Durres zorientowalismy sie, ze w Albanii pole kempingowe lub prywatne kwatery to rzadkosc. Nie chcielismy spedzac pierwszej nocy w tym kraju pod namiotem. Czulismy sie nieswojo i uleglismy troche stereotypowym opowiesciom o “bad people” w Albanii. W Durres weszlismy na internet i znalezlismy pole namiotowe w oddalonej o 12km Kavaje. Tam spedzilismy pierwsza noc w Albanii.
Rano zjedlismy najgorsze sniadanie wyjazdu – kuskus z sosem ze sliwka. Ten sos powinien miec dolaczone do opakowania woreczki na wymioty :D
Z kavaje wyjechalismy z tirowcem, ktory uraczyl nas winogronami. Zawiozl nas do Fier. Jazda z nim ukazala nam zwyczaje i zabawy albanskich tirowcow. Delikatnie mowiac jezdza troche niebezpiecznie i tak jak w Tiranie trabia na siebie na kazdym kroku.
W Fier zaczepil nas mily pan, ktory takze obdarowal nas winogronami ze swojego ogrodu. I mowil “turistas polonija brawo!” :p. Czekal z nami az do zlapania stopa, a kiedy nam sie juz to udalo cieszyl sie razem z nami.

Pozniej jechalismy z panem policjantem po cywilu. Bylo wspaniale, dogadywalismy sie angielskim/migowym ale mimo to rozumielismy sie dobrze. Zeby nas zrozumiec zadzwonil do swojego brata a pozniej dziewczyny i przekazal Tomkowi telefon by porozmawiac po angielsku. Zawiozl nas do Vlore. Dopiero potem dowiedzielismy sie ze zrobil nam olbrzymia przysluge, mial jechac w zupelnie innym kierunku. Nadrobil dla nas okolo 100km :) )
W Vlore pokazal nam miasto i zaprosil nas na kawe, chcial nam postawic pizze ale byloby to zbyt wiele i czulibysmy sie niezrecznie. To co zrobil bylo pokazem Albanskiej goscinnosci. Fajny gosc :)

Kilkoma nastepnymi stopami dojechalismy dojechalismy do poczatku przeleczy llogara skad zabrali nas wujek z siostrzencem. Dzieki takim ludziom jak oni stop jest przecudowny,wspanialy,zajebisty !
Chlopak w naszym wieku mowil dobrze po angielsku i rozmawialismy z nim cala droge. Tlumaczyl tez co mowil jego wujek.
Nauczyli nas kilku podstawowych zwrotow po albansku a my po polsku. Rozmawialismy o muzyce,szkole, albanskiej goscinnosci.
Oni takze zabrali nas na kawe…
Okazalo sie ze Albanczycy kazda nowo poznana osobe zapraszaja na kawe :)
Do Himary gdzie nas podwiezli jechalismy przez przelecz llogara. Ta droga i widok z niej to jedna z najpiekniejszych rzeczy jakie widzielismy w zyciu. Dosyc niebezpieczna,kreta droga z widokiem na morze i wysoko rozciagajace sie gory. Po srodku drogi wedrujace bezpanskie osiolki. A na dodatek cala droga pokryta byla chmurami. PIΕΚΝΙΕ ! Widok ktorego nie da sie opisac slowami.
Gdy dowiedzieli sie, ze podrozujemy na stopa az z Polski i, ze spimy w namiocie znalezli nam miejsce na nocleg – na plazy w himarze. Zapytali policjantow czy mozemy sie tam rozlozyc :) )
Gdy wstalismy rano Daria poszla poplywac w morzu i niepredko z niego wyszla. Taplala sie jak 3 letnie dziecko :D
Na plazy poznalismy malzenstwo ze Slowacji. Poczestowali nas herbata i ciastkami i zaprosili do swojego pokoju zeby pomoc nam w wyborze jak najlepszej dalszej drogi w kierunku Grecji i Turcji.
Pytali nas jak uklada nam sie z ludzmi na Balkanach i powiedzieli ze ” na 100 milych osob jedna moze miec zle zamiary” Zebysmy na siebie uwazali. Przepowiednia sie sprawdzila. Pobyt w Albanii zakonczylismy niemilym akcentem – o tym pozniej.

Ustawilismy sie na drodze do Sarandy i po 30 minutach czekania zabral nas mily pan. Przejechal 300m i zabral razem z nami pare autostopowiczow z Australii – Roberta i Alise.
Wymienilismy sie wrazeniami z podrozy. To byl ich 3 tydzien podrozy przez cale Balkany na wyspe Korfu. Stamtad lecieli samolotem do Sydney gdzie mieszkaja. Robert 2 lata temu objechal cala Afryke w 4 miesiace. Zazdroscimy.
Uwazali ze nasz Gap Year przyniesie nam duzo dobrego, nowe doswiadczenia i inne podejscie do swiata – studia nie uciekna.
Ostrzegli nas ze takie podroze uzalezniaja ale sami sie o tym przekonujemy :) ) Takie uzaleznienie jest ok :D

Pisalismy o niemilym zakonczeniu pobytu w Albanii. lapalismy stopa na granice z Grecja. Zatrzymal sie pan, sprawial wrazenie milego. W polowie drogi powiedzial ze jest taksowkarzem ale zawiezie nas na granice za 100 lekow(3zl) Powiedzial ze normalna cena to 400. Niepotrzebnie sie zgodzilismy ale bedzie to dla nas przestroga. Gdy juz dojechalismy na miejsce i Tomek wyciagnal z portfela 100 lekow taksowkarz powiedzial ze mialo byc 1000. Zaczal sie drzec i wymachiwac lapami. nie dalo sie mu nic przetlumaczyc. Od razu przyciagnal na swoja strone innych taksowkarzy – zamknal bagaznik i chcial nas zabrac z powrotem. Dla swietego spokoju zaplacilismy mu ale Tomek klocil sie dalej i wyzywal go po polsku.
Mimo to Albania to rownie wspaniali ludzie co Bosniacy. Polecamy ten kraj z calego serca. Chcielibysmy tu jeszcze kiedys wrocic i poswiecic wiecej czasu na eksplorowanie tych dwoch krajow. Sa tego warte.

Po przekroczeniu granicy zaczelismy lapac kolejnego stopa w okolice Konitsy by pozniej dostac sie na autostrade na Saloniki.
Co prawda zatrzymalo sie kilka aut ale nikt nie rozumial idei autostopu.
Przykladowy dialog:
Tomek: Konitsa ?
facet z auta: I friend !!!
I pojechal. No fajnie :)

Kolejny zaznaczyl nam na mapie to miasto, myslal ze pytamy o droge.

W pewnym momencie przejechala kolo nas miejscowa starsza pani na osiolku. odnieslismy wrazenie ze nigdzie jej sie nie spieszy. Wiedzie proste sielankowe zycie. Bardzo klimatyczny widok :)
Po prawie 2 godzinach czekania w upale zatrzymalo sie 2 Grekow ,ktorzy zawiezli nas 30km. Tam zrobilismy zakupy w markecie i poszlismy na droge lapac stopa do Konitsy w ktorej jestesmy teraz.
Gdy siedzielismy z plecakami na drodze, podeszly do nas 2 starsze Greczynki podpierajace sie laskami.
Rozmawialy z Daria po niemiecku, gdy dowiedzialy sie o tym jak podrozujemy wykazaly ogromny entuzjazm. Zyczyly nam “Gute reise” i wciaz powtarzaly “bravo bravo super bravo”
Poprawilo nam to humory bo troszke zle sie czulismy od rana.

Noc spedzilismy na polu na obrzezach miasta Konitsa. W nocy spiwor Darii popuszczal szwy i po wizycie w kafejce idziemy poszukac jakiegos sklepu by kupic nowy.

P.S. Spelnilo sie jedno z naszych malutkich marzen. Tomek przejechal sie na pace pick-up’a . 2 km ale zawsze cos.
1-0 dla mnie bo Daria tez by chciala ;p

P.S.2. Calujemy, pozdrawiamy, tesknimy. Cieszy nas to ze nas czytacie i cieszycie sie nasza podroza. To bardzo mile. Dziekujemy :)

Pare zdjec

•10 wrzesień 2009 • 2 komentarzy

Plaza na ktorej spalismy i nurkowalismy na Iloviku
plaza

Owieczka o ktorej pisalismy wczesniej :)
IMG_5658

Miasteczko na Iloviku
IMG_5666

Pani baca :p
IMG_5680

Mali Losinj
IMG_5694

Wyspa Susak
IMG_5718

Susak z gory
IMG_5729

Tu spalismy pod golym niebem dwa dni (Susak)
IMG_5733

Spacer na Susaku
IMG_5769

3km przed granica z BiH
IMG_5785

A tak pralismy ubrania :p
IMG_5791

Zmiana planow i pierwsze wrazenia z Czarnogory

•10 wrzesień 2009 • 2 komentarzy

Hej.

Bez wiekszych niespodzianek dotarlismy do mierjscowosci Prozor (BiH). Znalezlismy sie tam w
dosc kiepskim miejscu do lapania stopa, bo na zakrecie wsrod gor, bez wiekszych motzliwosci
zatrzymania sie. Po jakims czasie zabral nas jednak pewien starszy pan w zdezelowanym aucie.
Wsrod zakretow rozwijal niesamowita predkosc 20 km/h. Co chwile powtarzal magiczne zdanie
˝Bus to Mostar˝. W koncu Tomek powiedzial, ze nie mamy pieniedzy na autokary i jezdimy tylko
stopem. Zabral nas do malowniczej wioski oddalonej o 5km od Prozoru. Na odchodne dal nam 20
marek (ok. 40zl) i powiedzail ze to pieniadze na autobus. Nie bardzo wiedzielismy jak sie zachowac,
troche nas zamurowalo.

Tak wlasnie po raz kolejny doswiadczylismy jacy pomocni i hojni sa ludzie w Bosni.

AUTOSTOP TO CZESTA ZMIANA PLANOW

Tak jak napisalismy w poprzedniej notce mielismy jechac do Mostaru. No i wlasciwie
pojechalismy, ale tylko przejazdem. Pan, ktory zabral nas z Jablanica jechal do
Herceg Novi czyli pierwszej miejscowosci w Czarnogorze. Spedzilismy z nim ponad 3h
i byl to jeden z najlepszych stopw podczas tego wyjazdu. Przez wiekszosc czasu
Tomek rozmawial z nim o wojnie jugoslawianskiej. Pokazywal nam tereny, na ktorych
podczas wojny pracowal jako zaopatrzeniowiec. W tych miejscach zginelo wielu
jego przyjaciol. A to wszystko bylo walka o gory, o zwykly kamien na kamieniu.

Bosnia jak juz pisalismy to przede wszystkim wspaniali ludzie. Mozna by powiedziec,
ze Bosnia to panstwo gor. Wspaniale, polozone wsrod gor wioski i ta wspaniala rzeka -
Neretva, ktora zachwyca swym turkusowym kolorem. Jednak od samego wjazdu do
BiH co chwile napotykalismy sie na wyniszczone wojna budynki, niemal czuc bylo
jeszcze zapach prochu.

Dzisiejsza noc spedzilismy na prowizorycznym polu namiotowym, gdzie rano
obudzily nas krzyki koguta :p . Wykapalismy sie pod prysznicem na dworze
z zimna woda, ktory mial swietny ( :D ) patent – trzeba bylo ciagnac za sznureczek,
zeby leciala woda :p . Tym samym jedna reka byla caly czas zajeta.

Herceg Novi nie przypadlo nam do gustu. Jest tu zupelnie inaczej niz w Bosni,
bardziej turystycznie i komercyjnie. Mamy nadzieje, ze reszta Czarnogory bedzie
inna. Jesli bedzie tak samo turystycznie jak tu to zwijamy sie jak najszybciej do
Albanii. Tomek nie moze sie doczekac najbradziej wlasnie tego kraju.

Pozdrawiamy!
Daria i Tomek

W drodze do Mostaru

•9 wrzesień 2009 • 1 komentarz

Hej!! Jestesmy teraz w Bosni i Hercegowinie, ale zaczniemy od tego jak bylo w Chorwacji bo to bylo pierwsze docelowe miejsce naszego wyjazdu.
Bylismy po dwa dni na wyspach Ilovik i Susak. Pogode mielismy piekna wiec spalismy miedzy skalami na karimatach pod golym niebem.. To cudowne nowe doswiadczenie. Akurat byla pelnia i czulismy sie jakby ksiezyc swiecil tylko dla nas.
W pierwsza noc kiedy po wyjsciu z promu okolo 21 szlismy w kierunku plazy uslyszelismy beczenie, az w koncu na zarosnietej sciezce naszym oczom ukazaly sie swiecace slepia owieczki. Rozlozylismy namiot i troche ciezko bylo spac bo z jednej owcy zrobilo sie cale stado i beczaly nam pol nocy pod namiotem :P .
Na Susaku nurkowalismy kilka razy. Tez bylo super. Zobaczylismy wielka osmiornice i meduze! Plywalismy z lawicami ryb – cos wsanialego, a przy okazji Daria cala sie podrapala o skaly.. ;)
Wieczorem siedzielismy na skalach, pilismy wino z susakowej winiarni, zajadajac sie najlepszymi winogronami jakie jedlismy w zyciu, ktore zebralismy gdzies po ciemku w drodze na plaze.
Tak na marginesie na tym wyjezdzie starsznie malo jemy, nie dlatego ze oszczedzamy czy cos, ale po prostu nam sie nie chce, chyba wrazenia przycmiewaja glod :) .

Z Rijeki dostalismy sie pociagiem. Pociagiem? No wlasnie. To dlatego,ze bardzo ciezko jest sie wydostac z tego miasta na stopa. Przed granice z BiH dostalismy sie 6 stopami i tu zaczelo sie najprawdziwsze piekno autostopu. Od dwoch dni nie czekamy nigdzie dluzej niz 15 minut, a jechalismy juz ok 20 autami. Bosnia to przede wszystkim wspaniali ludzie. Nie spodziewalismy sie takiej goscinnosci.
Z Bosanskiego Petrovaca dostalismy sie do polozonej 50 km dalej miejscowosci Ključ z bardzo milym panem. Opowiadal nam on o tym jak walczyl w Kosovie. Wspaniale sie rozmawialo. Przed przyjazdem do miasta zadzwonil do swojego przyjaciela- wlasciciela stacji benzynowej w tym miescie, ktory postawil nam kawe i zaproponowal ze znajdzie nam nastepnego stopa. Gdy wypilismy kawe zawiozl nas na droge wyjazdowa z miasta i powiedzial ze mamy poczekac na policje, ktora nam pomoze zlapac stopa. Nie moglismy uwierzyc i chcielismy sie szykowac zeby lapac samemu ale policja przjechala po 5 minutach i lapali ciezarowki na lizaka pod pretekstem sprawdzenia dokumentow, kazali jednemu z kierowcow zawiezc nas 70km dalej, cos niemozliwego!!
W miescie Jajce pan, ktory nas podwozil tez okazal sie bardzo mily. Opowiedzial nam o swoim miescie i powiedzail ze ma czas i moze pokazac nam wodospad i jezioro Plivskie.
W Bosni kazdy ma czas. Nikt sie nigdze nie spieszy. Wspanialy kraj. Czasem czujemy sie tu jakbysmy cofneli sie w czasie patrzac na fryzury, ubrania i samochody.

Z Jajce zabral nas doktor – urolog. Swietnie nam sie z nim gadalo, od podatkow i zarobkow do wszystkich religii swiata. Zabral nas do swojego przyjaciela, ktory zaproponowal nam po znajomosci pokoj z lazienka za 10 euro od osoby. Wreszcie porzadny prysznic i pranie ubran :p Ubrania wypralismy pod prysznicem, ugniatajac je jak kapuste (sposob Darii), a pozniej zeby wycisnac wode skrecalismy je tak jakbysmy robili przeciaganie liny :p
Teraz siedzimy w kafejce w Gornji Vakuf gdzie dostalismy sie z Bosniakiem, ktory zyl 10 lat w USA. Raczyl on nas plytami AC\DC i opowiesciami o golebiach :D

Szukamy wlasnie gospodarza z couchsurfing w Mostarze. Jak nikogo nie znajdziemy to bedzie szybkie zwiedzanie i wyjad z miasta na jakas stacje.
Szkoda nam tez troche ze opuszczamy ten kraj. Narazie spotkalismy tu chyba najmilszych ludzi w zyciu :)

PS. Wciaz mamy nadzieje ze zabierze nas jakis traktor :D
PS. 2 Burek z serem (Tomek) i burek z miesem (Daria) to jedzeniowy hit podrozy :P

Pozdrawiamy wszystkich czytajacych.
Do napisania!