Najnowsza

Mysore, gdzie żółte krowy daja żółte mleko.

Do Mysore przyjechaliśmy, w drodze do Chennai. Zaciekawił nas opis z przewodnika – „Jeśli nie byłeś w Mysore to znaczy, że nie widziałeś południowych Indii”. Okazało się to sporym nadużyciem aczkolwiek Devaraja market – wielki kolorowy bazar, jeden z najstarszych w Indiach zrobił na nas olbrzymie wrażenie. Największa ilość różnego rodzaju bananów, setki naturalnych perfumów, kwiaty, które swoimi kolorami aż kłują w oczy. O, tak Devaraja market to zdecydowanie jeden z najpiekniejszych bazarów na jakich byliśmy.
Tak poza żyjącym bazarem, Mysore to miasto z najwiekszą ilością ulicznego jedzenia. Idąc ulicą nie mogliśmy powstrzymać się od spróbowania kolejnej przekąski i kolejnej i…

A dokładnie za 24 godziny lądujemy na Sri Lance gdzie spotkamy się z Asią. Żegnajcie Indie !

- autobus Somwarpet- Mysore 90INR
- hotel Chamundi Vasathi, zaraz przy bus standzie 500INR/2os

Krowy w Mysore zamiast białych łat mają żółte…spotkaliśmy się z takim czymś tylko w tym mieście i nie mamy zielonego pojecia dlaczego tak jest. Co do tytułu notki i żółtego mleka – chodzi nam o tzw. badam milk, który spróbowaliśmy po raz pierwszy właśnie tutaj. Jest to żółte, słodkie, migdałowe mleko :)

Sprzedawca kurczaków

Najmniejszy sklep świata

Masala dosa

Perfumy

Kodagu

Kodagu to obszar w poludniowo-zachodniej czesci Karnataki, ktorego stolica jest Madikeri – zaledwie 30 tysieczne miasteczko. Wiêkszosc wzgorz, ktore rozciagaja sie na calej dlugosci rejonu, pokryte jest plantacjami kawy, pieprzu i wielu innych przypraw. To rejon, który utrzymuje siê g³ownie z upraw i tym samym jeden z najwiekszych importerow kawy w Indiach. Zadziwiajaca rzecza jest to, ¿e kawe parzy sie tutaj jak nasza polska „sypana” z mlekiem i cukrem, ktora smakuje jak woda z ziemia, ale wystarczy powachac swiezo zmielone ziarna, zeby wiedziec, ze tutejsza kawa ma niesamowite mozliwosci. Odpowiednio przygotowana moglaby byc naprawde smaczna.
Z Magda i Sebastianem, para z Polski, która poznalismy w Gokarnie przyjechalismy tu, ze wzgledu na to, ¿e nie moglismy znalezc zadnych konkretnych informacji o tym regionie. Moze to troche dziwny powod, ale z doswiadczenia wiemy, ze im mniej znane miejsce tym bardziej dziewicze, nie skazone turystyka.
Przyjechalismy autobusem do Madikeri, najwiekszego miasta Kodagu. W calym miejscie, na kazdej ulicy mozna zaopatrzyc sie w kazda przyprawe na jaka tylko ma sie ochote, suszone daktyle i figi, domowej roboty wino, ktore wg mnie smakuje jak zepsuty sok jablkowy i miod. Na nasze nieszczescie tuz obok naszego hotelu znajdowal sie budynek, w ktorym puszczano przez caly dzien, kazdego dnia pobytu ta sama piosenke Hare krishna, ktora wg nas brzmiala jak „Alibaba ma banana”, tak wiec kazde z nas przez najblizsze dni w glowach mialo tylko te kilka nut… Samo miasto pomimo kolorowego bazaru nie mialo w sobie nic ciekawego dlatego wybralismy sie na spacer 8 km za miasto, zeby zobaczyc slynny wodospad Abbi falls. Okazalo sie, ze roslinnosc i plantacje przy drodze sa bardziej ciekawe niz sam wodospad, gdzie dopadla nas gromada dzieci, ktore oprocz zrobienia razem zdjecia chcialy wiedziec czy jestesmy kochankami.

Z Madikeri pojechalismy do Somvarpet, malenkiego miasteczka, w ktorym sa tylko dwa male hotele. Od razu zachwycilo nas to, ze wystarczy wyjsc kawalek poza miasto, zeby znalezc sie w innym swiecie, zieleni, soczystej roslinnosci, gdzie zyjacy w wioskach ludzie sa tak niesamowicie przyjazni! Spacerujac droga zostalismy zaproszeni przez pewnego pana, ktory poczestowal nas zielonymi mandarynkami (najlepszymi na swiecie na marginesie) ze swojego ogrodu i wrzucil nam do torby garsc suszacacych sie przed domem ziaren kawy. Idac dalej doszlismy do domu, przed ktorym stala grupa kobiet, ktore wlasnie wrocily z plantacji kawy i ni to zartem ni serio Sebastian zapytal wlasciciela czy mozemy przyjsc i sprobowac naszych sil na plantacji w ramach nowych doswiadczen. Zgodzil sie zebysmy przyszli pojutrze.

Nastepnego dnia wybralismy sie na 20km trekking na gore Pushpagiri – 2gi najwyzszy szczyt regionu Kodagu. Droga na szczyt wiodla glownie przez las i byl to najpiekniejszy las jaki dane nam bylo dotychczas zobaczyc. Roznorodnosc roslinnosci i zapachy uderzajace w nozdrza po prostu powalaly.
Caly las sprawial wrazenie, jak gdyby byl genialnie zaprojektowany. Grube liany wijace sie po wielkich drzewach, przeogromne korzenie drzew, ktorych nigdy wczesniej nie widzielismy – ach po prostu nie do opisania !

W Poniedzialek przyszlismy w umowione miejscie aby doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy. Kiedy nie zastalismy nikogo poczulismy sie troche zawiedzeni. Kiedy mielismy juz zawrocic przyjechal samochod zaladowany kobietami na odkrytej pace. Poszlismy zbierac kawe! Zostalismy obwiazani jak ”profesjonalni zbieracze” dwoma workami, gdzie do jednego wrzucalo sie czerwone – dojrzale owoce, do drugiego te zielone, ktore po wyszuszeniu beda kawa o gorszej jakosci.
Niesamowite bylo doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy razem z reszta stalych pracownikow plantacji.Stoczylismy nawet walke o krzak kawy, ktory obficie owocowal, z kilkoma hindusami i w koncu udalo nam sie nas ich odgonic. Kiedy po dwoch godzinach przyjechal wlasciciel nie mogl uwierzyc, ze nie zartowalismy i ze naprawde tu jestesmy. Oprowadzil nas po swoich plantacjach i pokazal nam inne rosliny, ktore rosly na polach jak pieprz, wanilia czy granaty. Po „zwiedzaniu” zabral nas do swojego domu i poczestowal kawa z wlasnych plantacji, ktora pomimo mleka i cukru byla niesamowicie smaczna!



Wlasciciel plantacji z synkiem

Wieczorem, kiedy spacerujac wracalismy powoli do pokoju, podeszlo do nas dwoch policjantow, ktorzy stwierdzili, ze musimy isc z nimi na komisariat. Czytalismy wczesniej o historiach, gdzie policja w Indiach szukala specjalnie jakichs haczykow zeby tylko wyciagnac od turystow pieniadze. A jako, ze bylismy jedynymi Bialymi w miescie zwracalismy na siebie uwage. Kiedy doszlismy na miejsce zostalismy przyprowadzeni do mezczyzny, ktory powiedzial nam, ze chce zobaczyc nasze paszporty. Kiedy zapytalismy jaki jest cel tego wszystkiego, swietrdzil, ze on ma po prostu wladze, zeby nas wylegitymowac. Kartkujac paszport, doszedl do strony z wiza i powiedzial:
- Na wizie napisane jest, ze powinniscie sie byli zarejestrowac jako turysci do czternastu dni od wjazdu do kraju.
Oczywiscie o niczym takim nigdy nie slyszelismy i od razu wiedzielismy, ze beda chcieli od nas pieniadze.
I wtedy Tomka olsnilo i ze spokojem czytajac omawiane zdanie powiedzial:
- Chyba pan nie doczytal do konca. W tym zdaniu napisane jest, ze dotyczy to jedynie osob, ktore maja wize powyzej 180 dni. Nasza ma dokladnie 180, ani dnia dluzej.
Policjantowi zrzedla mina i poprosil tylko o reszte paszportow, ktore ogladal juz pobieznie i pozwolil nam isc. Obylo sie bez lapowek. :)

Kodagu w przewodniku, w tych kilku zdaniach opisane jest jako dom „pieknych ludzi”. Rzeczywiscie patrzac na tutejsze kobiety stwierdzilismy, ze pomimo niskiego wzrostu sa bardzo ladne i co dziwne nawet mezczyzni sa przystojniejsi. Zdecydowanie polecamy to miejsce. Juz kiedy wyjezdzalismy Do Mysore czulismy niedosyt i wiedzielismy, ze kiedy znow bedziemy w Indiach przyjedziemy tu na pewno, zeby odkryc to co Kodagu ma jeszcze do zaoferowania.

Porady:
- autobus Mangalore- Madikeri 102INR
- hotel w Madikeri- Popular residency – 300INR/2os
- autobus Madikeri- Somvarpet 33INR
- hotel Udaia Lodge w Somvarpet, zaraz przy stacji autobusow- 250INR/2os

Gokarna

Ostatni postoj w pisaniu notek spowodowany byl brakiem pradu w miejscu, w ktorym sie zatrzymalismy. Nie planowalismy zostawac podczas tego wyjazdu tak dlugo na wybrzezu, ale uslyszelismy dobre slowko tu i tam na temat plaz i swietnej atmosfery w poblizu Gokarny, wiec pojechalismy. I byla to genialna decyzja.
Wspomnianych plaz jest kilka, im dalej od miasta tym ludzi mniej, bo riksza wszedzie dojechac nie mozna, a nie kazdy ma ochote na spacer z plecakiem po lesie (albo z walizka na kolkach). Zatrzymalismy sie na Half-moon beach, uciekajac od turystycznych Om i Kudle, w glinanej chatce bez pradu. Na plazy znajduja sie tylko trzy miejsca w ktorych mozna zostac, kazde z nich oferuje takie same proste gliniane czy palmowe chatki za 150 rupii. Kiedy przyjechalismy i uslyszelismy jak dlugo zostaja tutaj ludzie, od razu nasunelo nam sie pytanie „Co oni tu tak dlugo robia?”.
Na Half-moon beach zostalismy tydzien, czyli najdluzej w jednym miejscu od poczatku naszego wyjazdu. Co my tam tak dlugo robilismy? No wlasnie…hm… Poznawalismy fantastycznych ludzi. Od dawna nie bylismy w miejscu, gdzie kazdy ma cos ciekawego do powiedzenia, kazdy ma swoja niesamowita historie, poczawszy od Jordana, ktory pisze ksiazke o swojej pieszej podrozy po Ameryce konczac na Jagodzie i Jurku, ktorzy zainspirowali nas swoim zyciem. Historia tych po uszy zakochanych w sobie szescdziesieciolatkow z Polski utwierdzila nas w przekonaniu, ze wiek NIGDY nie stanowi przeszkody na drodze do marzen, ze nigdy nie jest na nic za pozno, a kazdy problem ma rozwiazanie. Poznalismy tez Tale i jej piecioletnia corke Ilinke ze Sloweni, ktore mieszkaja w Grecji w jaskini. Nigdy nie widzielismy jeszcze takiej relacji pomiedzy rodzicem a dzieckiem, ktore rozmawia po angielsku lepiej niz my, ktore dzieki odpowiedniemu wychowaniu potrafi poradzic sobie zupelnie samo. Magde i Sebastiana polubilismy tak bardzo, ze zdecydowalismy, ze w dalsza droge pojedziemy razem, a Marta, ktora pracuje na Sri Lance nie raz zarazila nas swoim optymizmem i usmiechem.
Co wieczor wszyscy zbierali sie w knajpce na kolacje, zawsze ktos gral na gitarze, na plazy palilo sie ognisko, a zachodzace w morzu slonce uswiadamialo, ze minal kolejny dzien, ale jak i kiedy, tego juz nie wie nikt…

Porady:
- pociag Mangalore- Gokarna general 94INR/os
- chatka w Half-moon beach garden 150INR/2 os
- namiot na Om beach W Nirvana cafe 150INR/2 os

Alleppey

W Alleppey, miescie pachnacym suszacymi sie rybami zostalismy cztery dni. Po mimo potwornie zatloczonych ulic, zgielku, halasu i najwiekszej liczby autobusow jaka widzielismy w Indiach – spodobalo nam sie. Miasto dziela dwa kanaly, ktore zwezajac i wijac sie prowadza do ustronnych i spokojnych wiosek, otoczonych polami ryzowymi i palmami. Jedzenie w miejscowych knajpach jest niesamowicie tanie i pyszne, wszedzie stoja stragany ze swiezymi owocami, suszonymi daktylami i smazonymi w przyprawach orzeszkami ziemnymi.

Poludnie Indii rozni sie od polnocy pod wieloma wzgledami. Jestesmy tu juz prawie miesiac wiec postanowilismy napisac co nieco o swoich spostrzezeniach. Pierwsze co rzuca sie w oczy to oczywiscie natura. Tutaj, na poludniu Indii w Kerali, gdzie uprawia sie wiekszosc przypraw nie ma miejsc, gdzie nie byloby zielono, gdzie nie slychac krzyku ptakow, a ziemia jest czerwona. Nie tylko na plazach ale i w miastach, cien daja rosnace wszedzie palmy i bananowce. Jesli mowimy juz o miastach to sa zdecydowanie czystsze niz te na polnocy. Smietniki nie sa tu wcale az taka rzadkoscia, kazdego dnia spotkac mozna na ulicy grupe ludzi, ktora sprzata miasto, a co naprawde nas zaskoczylo to perony, na ktorych nie ma smieci! Ale najwazniejsza rzecza, ktora przykuwa tez uwage innych podroznikow, ktorych spotkalismy po drodze sa ludzie. Nie wiemy dokladnie co jest tego zasluga: slonce, bliskosc natury, miejsze miasta? Ale ludzie sa tu po prostu milsi, usmiechaja sie czesciej, nie patrza na nas tepym wzrokiem z rozdzwiawionymi buziami, nawet rikszarze nie sa tak nachalni. Sa po prostu spokojniejsi, jesli mozna uzyc tego slowa w stosunku do Hindusow… :)

Wracajac do Alleppey… Kazdy hotel w miescie, kazda agencja turystyczna oferuja pelna game wycieczek, dzieki ktorym mozna zobaczyc wspomniane wioski, doswiadczyc czegos niesamowitego, spedzic czas blisko natury. Najdrozsza opcja i najbardziej znana zarazem sa tzw. house boats. Od poczatku domyslalismy sie, ze jest to absolutna kicha, wiec wybralismy polecane przez wlascicieli hotelu mniejsze wyprawy, tansze, dzieki ktorym mozna dostac sie do najmniejszych kanalow i podejrzec zwykle zycie mieszkancow wsi, wg ich slow oczywiscie. Zamiast niesamowitej przygody, utwierdzilismy sie w przekonaniu, ze to juz ostatni raz kiedy korzystamy w Indiach z takich ofert. Niestety tyle razy ile robilismy cos z takich rzeczy, organizacja miala niewiele wspolnego z tym o czym zostalismy poinformowani przed wyjsciem z hotelu. Mielismy plywac malenka lodka przez kilka godzin po wspomnianych kanalach wodnych – plywalismy godzine, trzy razy ta sama droga…reszte czasu czekalismy na sniadanie na przyklad, albo na prom, ktorym wracalismy itp, itd. Wrocilismy do hotelu naprawde zli i kiedy przyszlo nam placic doszlismy do zgody, ze zaplacimy 300 rupii mniej. Moze nie chodzi juz o same pieniadze tylko o fakt bycia oszukanym i swiadomosc, ze przyjda kolejni i kolejni, ktorzy zostana potraktowani tak samo.
Na poprawe humorow nastepnego dnia wypozyczamy skuter. Zaraz po tym jak przebilismy sie przez indyjski tlum uliczny, co bylo zreszta niesamowitym doswiadczeniem pojechalismy nad oddalone kilka kilometrow od miasta morze. Bylo tak goraco, ze ciezko bylo nam nie wychodzic z pod cienia palm :) .

W hotelu poznalismy Jose – nauczyciela Jogi z Brazylii. Zdecydowalismy sie wiec sprobowac i tak kazdego dnia o 7 rano uczylismy sie technik oddychania, relaksacji i przede wszytskim tego jak funkcjonuja nasze wlasne ciala. Naprawde niesamowita rzecz, ktorej nauke mamy nadzieje kontynuowac przy nadarzajacej sie okazji.

Porady:
- Palmy Regency pokoj 2os 350inr – bardzo mila obsluga, ale nie polecamy korzystania z ich uslug „wycieczkowych”
- wypozyczenie skutera we wspomnianym hotelu 300inr za dobe
- backwaters trip – 7 godzin z dwoma posilkami 900inr/os
- lokalny autobus na Mereri beach 11inr



Niezwykle rzadki widok – pioracy mezczyzna.

Munnar

Wiele osob przyjezdza tutaj zeby polazic, pojsc na trekking z przewodnikiem czy po prostu pooddychac zielenia. My postanowilismy, ze wypozyczymy skuter :) . Okolice Munnaru to jedne z najwiekszych na swiecie plantacji herbaty. W zeszlym roku mielismy okazje zobaczyc te niesamowite zielone dywany w Malezji (Cameron Highlands), ale to co zobaczylismy tutaj przeroslo wszystkie nasze oczekiwania. Zielen, wszechobecna zielen. Powietrze pachnie mlodymi liscmi, pola herbaciane ciagna sie kilometrami, a kazde z nich wyglada jak inny labirynt, ktory ogladany z gory tworzy wrazenie wzgorz pokrytych zielonymi dywanami. Jezdzilismy skuterem caly dzien, zapuszczalismy sie w boczne drogi prowadzace do wiosek, w ktorych mieszkaja kobiety pracujace na polach, zatrzymywalismy sie w przydroznych budkach na herbate z masala i cieszylismy sie sloncem.
W Munarze zostalismy dwa dni, nasz gospodarz bardzo tanim kosztem przygotowywal nam domowe indyjskie posilki. A na kolacje kupowalismy na targu w miescie duuuzo swiezych owocow :) .

Porady:
- Munnar dream palace pokoj 2os. – 550inr
- wypozyczenie skutera – 350inr
- litr paliwa – 65inr
- bus Munnar-Kottayam – 104inr

Kodaikanal

W poprzednim wpisie wspomnieliśmy, że miasteczko, w którym spędziliśmy kilka ostatnich dni – Kumily, znajduje się na granicy stanów Kerala i Tamil nadu (po stronie Kerali). Naszym następnym stopem było miasto Kodaikanal znajdujące się w stanie Tamil nadu. Przekrocznie tych granic okazało się jednak dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się to wydawać. Ze względów politycznych nie jest możliwe przejechanie tego odcinka żadnym środkiem transportu. Wyszliśmy pieszo. Właściciel naszego hotelu szczegółowo rozrysował nam gdzie i jak mamy to zrobić, gdzie złapać riksze, gdzie pierwszy autobus itd…Według jego planu mieliśmy przejść około kilometra i wtedy złapać rikszę. Po trzech zaczęliśmy się zastanawiać ile jeszcze musimy przejść z plecakami w słońcu. Przypadkowi przechodnie odpowiadali nam tak:
Ile jeszcze kilometrów do przystanku autobusowego?
- 6km
- 2km
- 4km
Tyle kilometrów.

Wreszcie po półtoragodzinnym marszu wsiedliśmy do pierwszego autobusu (przesiadaliśmy się trzy razy). Podczas jednego ze stopów wypiliśmy najlepszy na świecie sok owocowy za astronimiczną cenę 10 rupii (60gr)… :) Ostatni odcinek trasy okazał się zupełnie niepowtarzalny. Wąska, pięknie położona droga pięła się ostro w górę, klimat się zmienił, zrobiło się zimno i mgliście w naszym autobusie wciąż dudniła jakaś piskliwa indyjska muzyka i co najdziwniejsze- zaczęło padać!

Kodaikanal(Kodai), trzydziestotysięczne miasteczko bez riksz(!), położone 2100 m.n.p.m. przywitało nas deszczem i chmurami. Zanim znaleźliśmy jakiś przyzwoity pokój nasze jedynie ciepłe ubrania zdążyły już dawno przemoknąć. Trzęsąc się z zimna stwierdziliśmy, że szybciej wyschną na nas niż powieszone więc wyszliśmy kupić parasol. W recepcji zapytaliśmy czy możemy pożyczyć parasolkę na chwilę, do czasu aż kupimy własną. Recepcjonalista, który mówił do nas więcej w języku tamil niż po angielsku stwierdził, że absolutnie nie i już. Wkurzeni wyszliśmy na dwór. Na chwilę przestało padać i co nas zupełnie oczarowało…miasto pokryły chmury. Wystarczyło oddalić się na kilka metrów od siebie, by całkowicie zniknąć w pokrywającej miasto bieli. Było tak gęsto, że nie udało nam się dostrzec żadnego sklepu, gdzie moglibyśmy kupić parasol, postanowiliśmy, że przejdziemy sie nad jezioro, gdzie znajdowało się najwięcej sklepów. I niestety zgubiliśmy się… Znów zaczęło padać, taksówki rzucały tak astronomiczne ceny, że po prostu zawróciliśmy zmęczeni i przemoknięci.

Targ warzywny

Spójrzcie na marki piw :)

Trzeciego dnia obudziło nas wkradające sie przez okna słońce… Pogoda zmieniła sie nie do poznania! Z ok 10 stopni zrobiło się 25. Nie potrafimy opisać jacy byliśmy zaskoczeni, kiedy wreszcie zobaczyliśmy w jak wspaniałym miejscu jesteśmy. Nie moglismy rozpoznać widoku z własnego okna!

Rzadki widok w Indiach

Gujarati thali… ;)

Nasza tutejsza miłość- czekolada, która robiona jest na miejscu, sprzedawana jest dosłownie wszędzie.

Od razu po śniadaniu poszliśmy na długi spacer. Kiedy szliśmy, podziwiając widoki uświadomiliśmy sobie w jakich pięknych miejscach jesteśmy od początku naszej podróży.
Mijaliśmy masę wodospadów, roślin, których nawet nie potrafimy nazwać, słuchając śpiewu popularnych w Indiach zimorodków i innych ptaków. Skąpani w chmurach dotarliśmy do miejsca zwanego „Dolphin nose”, skały wystającej znad przepaści. Widoki szczytów osłoniętych gęstymi, tańczącymi chmurami po prostu nas oczarowały.
Myśle, że zdjęcia lepiej oddadzą to co mieliśmy dane przeżyć niż same słowa.

Widok na miasto

Pieczona kukurydza z cytryną i przyprawami

Porady:
- Hotel Palace pokój 2os 450inr, którego nie polecamy pod żadnym względem, oprócz widoków z okien
- 100g czekolady w „Fabryce czekolady” 75inr

Periyar Wildlife Sanctuary

Do Kumily, granicy między Keralą i Tamil nadu, przyjechaliśmy z jednego powodu – Parku Narodowego Periyar. Po dojechaniu autobusem (nie jest możliwy transport pociągiem) po raz kolejny daliśmy się poprowadzić naganiaczowi hotelowemu i po raz kolejny nie żałowaliśmy tej decyzji. Ostatnie kilka dni spędziliśmy w tęczowo kolorowym i przede wszystkim czystym hotelu. Okolice miasta są rzeczywiście piękne, wzgórza pokryte są plantacjami herbaty, pieprzu, kardamonu, kauczuka i wielu innych przypraw, nie wspominając o bananowcach i palmach kokosowych. Samo Kumily jest zbyt turystyczne jak dla nas, wszędzie mnóstwo jest sklepów z przyprawami, agencji turystycznych i hoteli. Jedną, charakterystyczną dla tego miejsca rzeczą, są sprzedawane tutaj smażone w głębokim oleju kokosowym plasterki bananów, które smakują trochę jak chipsy solone. Co ciekawe, nie tylko w tym miejscu, ale tutaj szczególnie mieliśmy okazję się z tym spotkać, jest system wydawania reszty tzw. „będę winna grosik”. W Indiach w wielu ulicznych sklepikach wiszą kiście bananów. Bardzo często kiedy sprzedawca nie ma jak wydać pieniędzmi, wydaje po prostu bananami :) .

Każdy z tutejszych hoteli oferuje pełną gamę wypraw do dżungli, skorzystaliśmy więc z naszego, bo tak było po prostu łatwiej, a ceny są wszędzie podobne. Zdecydowaliśmy się na całodniowe Jungle jeep safari. Nigdy nie byliśmy zwolennikami takich rzeczy ale tym razem postanowiliśmy spróbować. Zostaliśmy zapewnieni, że nie będzie tłoku, no może kilka samochodów na cały park… Jeep podjechał pod nasz hotel o 5:30 rano. Było zupełnie ciemno i mgliście kiedy ruszyliśmy i zabraliśmy ze sobą jeszcze trzy osoby. Do parku dojechaliśmy po około godzinie. Zrobiło się już widno, powietrze pachniało zielenią i świeżością, dżungla budziła się do życia. Jechaliśmy bardzo wolno w głąb lasu wypatrując śladów zwierząt i przede wszystkim słoni. Tutaj pojawiło się nasze pierwsze rozczarowanie, to czego obawialiśmy się najbardziej, czyli tłoku. Samochodów było około osiem, wszytskie jechały blisko siebie wypełnione po brzegi turystami. Staraliśmy się nie zwracać na to uwagi, ze względu na to, że park okazał się naprawdę piękny i pełen zwierząt. Około 11, po śniadaniu czekał nas trzy godzinny trekking. Kolejne rozczarowanie – porównując do trekkingu w Indonezji, gdzie było nas raptem pięc osób tutaj szliśmy w ok 11 (nie licząc przewodników). Nie licząc tego, że trekking był raczej spacerem, ogólnie rzecz biorąc bardzo nam się podobało. Głównym założeniem było znalezienie słoni. Myśle, że nie da się opisać uczucia bliskości tych zwierząt, kiedy ich nie widzisz, ze względu na gęstość dżungli, ale słyszysz tuż obok jak łamią gałęzie i hałąsują , natykasz się na ich świeże ślady i wiesz, że są tuż tuż, dzikie i niebiezbieczne… Bardzo długo nasłuchiwaliśmy w oczekiwaniu, zmienialiśmy miejsce , okrążaliśmy je, żeby tylko podejść jak najbliżej. Po drodze widzieliśmy jelenia, małpy, ptaki i wiewiórki wielkości polskich kotów. I niestety straciliśmy trop. No trudno, trzeba się było pogodzić. Przewodnicy zostawili nas na chwilę na polanie w środku lasu i poszli sami, żeby spróbować ostatni raz. I udało się! Okazało się, że słonie są wciąż bardzo blisko. Dla tego widoku naprawde warto było tu przyjechać. Widzieliśmy je co prawda przez moment przez liście, bliżej nie mogliśmy podejść, ale było to tak magiczne przeżycie, że żadnymi słowami nie da się tego opisać… Wróciliśmy do obozu na obiad. Kolejna rzeczą jaką mieliśmy zrobić było pływanie łodzią. To rozczarowało nas zupełnie. Miejsce do którego dojechaliśmy i jedliśmy było na wyspie. Wsiedliśmy do łodzi, na siłe ubrani w kapoki i popłyneliśmy pod mały żałosny wodospad gdzie stała już spora grupa robiących sobie zdjęcia ludzi. Na koniec pokazali nam jeszcze kości zwierząt, w tym szkielet słonia i plantację kardamonu. Wróciliśmy do miasta około 18:30.
Szczerze mówiąc czuliśmy, że czas wypełniany był na siłę, pod masowych turystów. Jedynie okres spędzony na poszukiwaniu słoni i samo ich zobaczenie było dla nas czymś niezwykłym i wartym swojej ceny.

Giant squirrel

Słoń drapał sobie tutaj plecy :)

Ta szara plama na środku kadru to właśnie słoń ;)

Figi wielkości jabłek.

Następnego dnia wieczorem poszliśmy na półtoragodzinny ajurwedyczny masaż całego ciała, znany w Kerali. Olejki, którymi byliśmy masowani i cały masaż był ogółem bardzo relaksujący i przyjemny, ale końcowy etap tzn „steam bath” był śmiechu warty, polegało na tym, że zostaliśmy zamknięci w swego rodzaju komorze do której napuścili po prostu gorącej pary…

Takie są chyba uroki turystycznych miejsc, że nie zawsze dostaje się to czego oczekuje się od ceny. Ale ogółem wrażenia mamy pozytywne, po tym jak zeszliśmy z „utartych szlaków” i weszliśmy w wąskie uliczki między domkami, bo inaczej nie można ich nazwać i mogliśmy przyjrzeć się życiu mieszkańców.


Porady:
- pociąg Kollam-Kottayam 30inr
- autobus Kottayam-Kumily(Periyar) 74inr
- hotel Rainbow Cottage pokój 2os 400inr
- wstęp do parku 300inr
- Jeep safari 1750inr
- masaż ajurwedyczny 90min. 800inr
- 100g smażonych bananów 15inr

Kollam

Kollam, czterystotysieczne miasteczko, które bylo kolejnym stopem w naszej podrózy nie zrobilo na nas zadnego wrazenia tuz po przyjezdzie. Trzeba dodac, ze byla to niedziela- ulice swiecily pustkami , wszysttko bylo zamkniete, bylo goraco i nieprzyjemnie. Ale przyjechaliœmy tu z innego powodu, którym sa slynne w Kerali kanaly wodne. Zabukowalismy wiec na nastepny dzien jeden z oferowanych tripów lodzia.

Ruszylismy o 8 rano. Spod biura zabrala nas riksza, która jechalismy okolo 40 minut (co samo w sobie bylo dla nas niesamowite) do wioski, w której czekala na nas lodz z przewodnikiem . Juz kiedy wsiadalismy do tej niewielkiej drewnianej lódki, otoczeni ta soczysta roslinnoscia wiedzielismy, ze to bedzie udany dzien. I rzeczywiscie nie mylilismy sie.

Dzieki tej wyprawie moglismy podejrzec jak spokojne zycie wioda mieszkancy tutejszych wiosek, jak natura otacza ich domy i jak wplywa to na ich codzienne zajecia. Zupelnie nie spodziewaliœmy sie, ze zrobi to na nas tak duze wrazenie. Kiedy w polowie drogi wysiedliœmy na lad przewodnik(który mieszkal w jednej z tych wiosek) pokazal nam jak rosna pieprz, wanilia, tapioka, galka muszkatalowa, nerkowce i inne przyprawy.

Lodzie budowane sa tutaj z drzew z rodziny jackfruitow, a przestrzenie miedzy deskami wypelniane sa wloknami kokosowymi.

Tapioka

Pieprz

Dojrzewajace banany

Sztuczny akwen, w ktorym hodowane sa krolewskie krewetki

Suszace sie kokosy, z ktorych kazda czesc ma swoje zastosowanie. Jadalny srodek po wysuszeniu wykorzystywany jest do produkcji oleju, z zewnetrznej czesci moczonej przez trzy miesiace w wodzie tworzy sie liny i maty, natomiast lupiny uzywane sa jako naczynia lub do produkcji bizuterii.

Gotujaca sie w przydomowej kuchni tapioka.

Kiedy wrócilismy do miasta, wszystko zupelnie sie zmienilo. To miasteczko calkowicie nas oczarowalo i automatycznie zmieniliœmy zdanie na jego temat. Ludzie na poludniu Indii sa duzo milsi niz ci, których spotkalismy na pólnocy. Ich usmiechy i zaczepki sa inne, bardziej szczere. Kiedy usiedliœmy w lokalnej knajpie(w której jedlismy ju¿ do konca pobytu), gdzie obiad dla naszej dwójki kosztowal ok 4zl, gdzie dostajac jedzenie kelner ochlapal caly stól dookola talerza, gdzie brudne naczynia zbierane sa do wiadra, poczuliœmy, ze wreszcie to odnalezlismy. Nareszcie znalezlismy Indie, które zostawilismy rok temu. Kiedy wyszlismy na ulice, skreclismy w jedna z bocznych uliczek i tak przypadkiem trafilismy na miejscowy targ warzywny. To co tam zobaczylismy jeszcze bardziej utwierdzilo nas w przekonaniu, ze obraz, który mielismy z zeszlego roku nie byl tylko wykreowanym obrazkiem- byl prawdziwy. Naprawde nie potrafie opisac jacy bylismy szczesliwi do konca dnia. Odnalezlismy nasze Indie…

Porady:
- wspomiany w notce trip lodzia 8:00-13:30 400inr
(w cene wliczone sa riksze)
- 500g nerkowcow, ktore pochodza z tych okolic 280inr

Varkala

W ostatniej notce wspomnieliśmy, że Varanasi było też dla nas swego rodzaju odpoczynkiem przed długą podróżą. Otóż czekał nas dwunasto- godzinny pociąg do Kalkuty, skąd mieliśmy lot następnego dnia rano. Ale kto był w Indiach wie jak działa tutejsza kolej.

Przyjechaliśmy na stację ok 4:30 rano. Pociąg Varanasi-Kalkuta (którego pierwotną godziną odjazdu była 5:15) okazał się spóźniony już 5 godzin. Było jeszcze ciemno, usiedliśmy na stacji i zaspani przyglądaliśmy się biegającym szczurom. „Jak nic nie zdążymy na ten lot…” Po dwóch godzinach okazało się, że spóźnienie jest już 7 godzinne. Czas wydawał się cofać. Im dłużej siedzieliśmy, tym dłużej musieliśmy czekać. Tomek wpadł na pomysł, żeby złapać rikszę na oddaloną 20km inną stację Mughal sarai (przez którą tak czy siak przejeżdżał nasz pociąg) z nadzieją, że będą tam jakieś inne połączenia. Pojechaliśmy więc pocieszając się, że to nic, że wcale nie straciliśmy kasy na samolot, na który nie zdążymy. Po dojechaniu okazało się, że nie ma żadnych pociągów. Pozostało nam czekać…

I wtedy podszedł do nas starszy mężczyzna, który prawdopodobnie widząc naze zrezygnowane miny postanowił nam pomóc. Okazało się, że wystarczy bardzo chcieć i przede wszytskim wiedzieć gdzie pytać i można znaleźć szukany przez nas pociąg! Musieliśmy kupić nowy bilet (co akurat okazało się lepszą stratą niż biletu lotniczego) i oto po 15 minutach przy peronie zatrzymał się pociąg do Kalkuty… Zdumiewające, ale prawdziwe Indie ;)

A więc po nocy spędzonej na lotnisku przenosimy się z zimnej północy na przegorące południe.

Jesteśmy w stanie Kerala w okolicach miasteczka Varkala, położonego na klifie tuż nad pięknym morzem Arabskim. Dużym łukiem omineliśmy główne zbiorowisko turystów i pojechaliśmy na plaże o nazwie Odayam. Niestety ze względu na sezon świąteczny pokoje są bardzo drogie, ale zdecydowaliśmy się zostać na kilka leniwych dni. Opijamy się sokami ananasowymi, pływamy w ciepłej wodzie i leżymy… :)

Wesołych świąt naszym rodzinom w Zielonej Górze i reszcie czytelników!

Porady:
- pociąg z Trivandrum Do Varkali 30 inr
- motoriksza ze stacji w Varkali na plażę Odayam 60inr
- pokój 2os w hotelu Oasis tuż nad morzem w okresie świątecznym 700inr!
- średnia cena obiadu dla 2 osób – 200 inr

Benares

Do Varanasi dojechaliśmy wieczorem. Jadąc rikszą i trzęsąc się z zimna oglądaliśmy miasto z innej niż w zeszłym roku, nocnej perspektywy. Jak zawsze kolorowe i pełne uroku dodało nam otuchy – zatłoczone miasta też mogą się nam podobać.

Kiedy wysiedliśmy z rikszy jakby na nas czekając przedstawił się nam chłopak, który okazał się pracować w jednym z hoteli. Zazwyczaj nie korzystamy z takich „okazji”, ale wydał się nam tak miły, że zgodziliśmy się obejrzeć co nam ma do pokazania. I tak zostaliśmy na dwa dni w Varanasi, w hotelu Puja z cudownym widokiem z dachu na Ganges i miasto.

Varanasi sprawiło, że rzeczywiście poczuliśmy się lepiej. Uwielbiamy spacerować i gubić się w labiryncie wąskich uliczek, gdzie każdy skręt powoduje odkrycie czegoś nowego, gdzie musisz walczyć o miejsce do przejścia z krowami czy bawołami, które wyglądają jakby zgubiły się wiele lat temu i wciąż szukają drogi wyjścia. Ale najpiękniejsze okazały się ghaty (schody prowadzące do rzeki), skąpane przez cały dzień w mlecznej mgle (na północy Indii, zimą, oprócz niskich temperatur życie toczy się właśnie we mgle). Mimo, że byliśmy tu rok temu, tym razem stan wody Gangesu był dużo niższy i spacerując wzdłuż rzeki poczuliśmy spokój.

Ceremonie pogrzebowe, które odbywają się na Manikarnika Ghat i w tym roku wzbudziły w nas zupełnie nieopisane emocje. Po mimo iż mogliśmy się temu wcześniej przyjrzeć czuliśmy się zupełnie zdumieni, że to co w Polsce jest tak starannie ukrywane, tutaj robione jest na oczach mieszkańców i bliskich zmarłego. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy nie możesz oderwać wzroku od palącego się stosu, kiedy pracownik „krematorium” poprawia palące się ciała…

Popołudniami siadalismy w knajpce, na wspomnianym dachu, popijaliśmy herbatę, słuchaliśmy koncertu, granego na tradycyjnych instrumentach i oglądaliśmy naturalny spektakl – dzieci z każdej części miasta puszczające latawce z dachów swoich domów, które unosiły się w tej niesamowitej mgle.

Varanasi było dla nas też odpoczynkiem przed naprawdę długą podróżą, o której opowiemy w następnym wpisie.

Pozdrawiamy!

Porady:
- motoriksza ze stacji na Godowlia 50 inr
- pokój 2os w hotelu Puja 350 inr
- polecamy maleńką knajpkę z dwoma stołami – Anjani Cafe – ceny dań ok 15 inr (mają fantastyczną banana dosę) – znajduje się w uliczce niedaleko targu warzywnego

Ucieczka na poludnie

Jestesmy w Indiach dopiero pare dni. Nasze odczucia jednak nie sa zbyt pozytywne. Nasze ukochane Indie, kraj, ktory tak uwielbialismy nie wywoluje w nas juz tyle pozytywnych emocji. Nie wiemy dlaczego tak sie stalo. Czyzbysmy za pierwszym razem go zbyt idealizowali? Na poczatku myslelismy, ze to przez dlugi lot, przez to, ze potrzeba nam czasu na aklimatyzacje, ze jestesmy zmeczeni itd. Ale okazalo sie, ze mamy jak narazie wiecej negatywnych niz pozytwynych wrazen. Czyzby nasza pierwsza fascynacja Indiami, nowy swiat, nowa kultura zakrywaly nam kompletnie obraz rzeczywistosci? Nawet to, ze w gruncie rzeczy piekny kraj, sami jego mieszkancy zanieczysczaja w tak straszliwym tempie, teraz wydaje sie cecha wrecz nie do zniesienia.
Oboje balismy sie przyznac sami przed saba, ze to co czujemy to po prostu nuda, znuzenie, zmeczenie. Tak bardzo nie chcielismy, zeby to sie kiedykolwiek stalo, ze nie dopuszczajac do siebie tej mysli i tlumiac emocje czulismy sie naprawde zle, a te dopiero kilka pierwszych dni okazalo sie bardzo smutne.
Postanawiamy uciec na poludnie. Do natury. Zaszyc sie gdzies na plazy, pojsc na trekking do dzungli. Potrzeba nam natury, jak jeszcze nigdy!

Delhi

Ostatni dzien w Delhi spedzamy na spacerach. Rano jedziemy metrem do ZOO. Nie ma ono nic wspólnego z tymi europejskimi ogrodami. Tutaj na samym srodku terenu wielkoœci ponad 100 Ha znajduje sie miejsce gdzie kazdego roku migruje wiele gatunków ptaków. Fantastyczny widok!
Po poludniu z kolei wlóczyliœmy sie znanymi juz po czêscci uliczkami Old Delhi, przeciskajac siêe przez tlumy sprzedawców pendrajwów zawinietych w chusteczki do nosa, szczotek do wlosów, kukielkowych kaczek i oczywiœscie ulicznego jedzenia.

cena biletu do zoo – 100inr

Aklimatyzacja

A wiec jestesmy. Dotarlismy wreszcie, po trzech dlugich lotach, po dwoch nieprzespanych dobach i wielu godzinach czekania miedzy lotami, metrami itd. Podejrzewamy, ze niestety przytrafil nam sie tzw. jet lag czyli „Zespół nagłej zmiany strefy czasowej”.
Ale od poczatku. Po wyladowaniu w Delhi o 4 nad ranem zdecydowalismy, ze poczekamy na najblizsze metro, ktorym dojedziemy do miasta. O 6:30 mielismy nasz pierwszy pociag, ktory mial nas zabrac do Lucknow. A wiec pedem, pojechalismy do Old Delhi Train Station, gdzie wydawalo nam sie (byc moze przez zmeczenie), ze jest tam nasza stacja. Wysiedlismy z metra – nieprzytomni i zli ze zmeczenia. I BUM. Bylo jeszcze zupelnie ciemno kiedy dotarlismy na miejsce, wyszlismy wprost w zakurzona, przepelniona ludzmi, glosna ulice. W biegu znalezlismy stacje. Tylko… dlaczego na tablicy nie ma naszego pociagu? Mielismy jeszcze tylko 20 minut. Pobieglismy do okienka, przeciskajac sie w kolejce, ale niestety okazany kasjerowi bilet nic nie mowil. Jeszcze tylko 10 minut. I wtedy olsnilo Tomka, ktory spojrzal na bilet…to nie ta stacja!!! Zalamaly mi sie rece. Stracone pieniadze pomyslalam, czas w miesce ktorym nie chcielismy byc na poczatku wyjazdu i nerwy. Ale Tomek stwierdzil, ze moze jeszcze zdazymy, ze wezmiemy riksze i sie uda. Pobieglismy wiec. Zanim udalo nam sie dogadac co do ceny, zanim rikszasz przepchnal sie przez tlum innych pojazdow zostalo nam piec minut. Jeszcze nigdy nie przezylismy takiej szalonej jazdy, jak tego poranka, kiedy miasto sie jeszcze budzilo, a nasz kierowca jak mi sie wydawalo ledwo omijal dziury w drodze.
Udalo sie, dojechalismy. Zostala minuta. Biegniemy na peron. Po drodze nie udalo mi sie niestety utzrzymac zawartosci mojego zoladka.
Jest! Tablica wciaz sie swieci, w takim razie jeszcze go nie bylo. Usiedlismy i dziekowalismy po raz pierwszy spozniajacym sie pociagom w Indiach.
Po godzinie, kiedy moje jelita NAGLE daly o sobie znac…poszlismy do okienka, gdzie kasjer oznajmil nam pokazujac na godzine odjazdu, ze…pociag juz dawno odjechal.

Usiedlismy zdenerwowani, zli na wszystkich dookola, na brud, na ludzi, na ten przeklety pociag i zdecydowalismy, ze zabukujemy na kolejny tego dnia. Kupilismy wiec bilet, ktory po zastanowieniu sie oddalismy z powrotem, decydujac pojechac do miasta i wreszcie odpoczac.

Znalezlismy pokoj za 400 rupii po 1,5 godziny szukania (wszytskie inne mialy niesamowicie wygorowane ceny). I spalismy z przerwa na jedzenie ok 18 godzin. Kiedy wyszlismy na miasto wcale nie czulismy sie lepiej. Kazdy zapach, zupelnie jak rok wczesniej, powodowal, ze moj zoladek wywracal sie do gory nogami, kazdy naciagacz powodowal, ze chcielismy uciec z powrotem do pokoju. Wciaz bylismy zmeczeni.

Wiemy, ze notka jest troche odstraszajaca, my sami tez nie mamy najlepszych humorow, ale to dlatego, ze nie lubimy duzych miast, tloku i halasu. Nie mozemy sie juz doczekac, kiedy za jakis czas dojedziemy w spokojniejsze miejsca, blizsze naturze, czyli takie, ktore lubimy najbardziej.

Mamy nadzieje, ze wszytsko minie, wroci do normy i bedziemy mogli sie cieszyc podroza :)

Mamy wizy !

Udało nam się ! Dostaliśmy wizę do Indii, kiedy od początku planowany termin wbicia pieczątek przypadał 7 grudnia (co oczywiście było datą czysto umowną), a 11-go rano mamy samolot do Paryża. Nie ukrywamy, że przez ostatnich kilka dni baliśmy się, że przepadnie nam lot i trzeba będzie zabukować kolejny…

Warunkiem otrzymania wizy indyjskiej jest kupiony lub zarezerwowany wcześniej bilet lotniczy. Stąd wywiązał się nasz problem. Bilety zabukowaliśmy 17 listopada, wnioski wysłaliśmy do Ambasady w Warszawie 18.11 rano. Od 1.09.10 obsługę wniosków wizowych przejęła zewnętrzna firma BLS. Nie zbierają oni zbyt pochlebnych opinii. Przekonaliśmy się na własnej skórze. Ze względu na sezon turystyczny na wizę trzeba czekać minimum 14 dni roboczych. My mieliśmy ich tylko 15. Przeczytaliśmy na forum o podobnych problemach ludzi, którzy radzili, żeby dzwonić do ambasady jak najczęściej i delikatnie ich naciskać, prosząc o przyspieszenie procesu, który teoretycznie jest niemożliwy do przyspieszenia. Dzwoniliśmy codziennie i jak widać jednak się udało.

„Ze względu na sezon zimowy proces przyznania wizy trwa obecnie co najmniej 14 dni roboczych. Termin ten został odgórnie ustalony przez Ambasadę Republiki Indii i nie istnieje jakakolwiek możliwość przyśpieszenia procedury.”

Rady dla tych, którzy chcą ubiegać się o wizę indyjską:
Warunki:
- paszport (ważny co najmniej rok, z dwoma wolnymi stronami)
- Wniosek wizowy
- kolorowe zdjęcie wklejone do wniosku
- kopia biletu lotniczego

Wiza turystyczna kosztowała nas 184zł + 40zł za „Opłatę z tytułu kosztów obsługi BLS” czyli kradzież w biały dzień.

A co gdyby tak….

…zamiast do pracy polecieć gdzieś?

Tylko gdzie?

No jak to gdzie…

…do Indii!!!

11.12.11 – 5.03.2012 India here we come!!!

A w tym samym czasie Asia leci na Sri Lankę.
Kolejna zima ucieka nam bokiem!

Teraz tylko potrzeba nam czasu, żeby w to wszystko uwierzyć :)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.