Targ zwierząt

Być może nie przekaże Wam niczego odkrywczego pisząc, że świat jest okrutny. Poprawka – to ludzie, na nim żyjący. Niedawno przeczytałam, w pewnej książce opinię, że głupotą jest określać, ludzi zwierzętami. „To nie człowiek, to zwierze!”. Nie rzadko się to przecież słyszy. Otóż to, zgadzam się z tym w pełni, bo przecież tylko człowiek potrafi zadać ból i cierpienie innej istocie bez żadnej szczególnej przyczyny, bez celu, z nieświadomym, delikatnym uśmiechem na ustach.
Cóż nie odkrywam Ameryki i wiedzieliśmy też co zobaczymy idąc na targ zwierząt w mieście Otavalo. I mimo, że każde z nas nie raz widziało okrucieństwo ludzi, cieszy mnie, że wciąż boli mnie oglądanie takich scen, że nie jestem taka jak oni.

Młody mężczyzna o indiańskich rysach kuca na ziemii. Jedną ręką obejmuje kartonowe pudło, a w nim tłoczące się kolorowe kurczaczki. Z początku nie zauważam co trzyma w drugiej dłoni. Ale już widzę, mały dziubek pisklaka wystający z jego zaciśniętej pięści. Udusi go. Tępy wzrok wbił w nieokreślony punkt gdzieś przed sobą, jest znudzony, a na jego twarzy nie malują się żadne uczucia.

Kobieta w białej bluzce z haftowanymi, pięknymi wzorami, w długiej czarnej spódnicy, przepasana kwiecistym pasem. Piękny, tradycyjny strój w Ekwadorze. Ciągnie za sobą obwiązane sznurkami, opierające się prosięta. Nie chcą iść, kwiczą, chrumkają, ale są za małe żeby stawić większy opór. Tuż za nimi idzie stara kobieta, ubrana dokładnie tak samo jak ta pierwsza. W ręce trzyma dlugi kij, którym bije prosiaki po grzbietach. Nawet na nie nie patrzy, nie ważne czy idą czy nie, chlasta rytmicznie, dla zasady, a kiedy młoda ze zwierzętami oddala się kawałek ta podbiega, żeby kontynuować swoje zadanie.

Tuż przy wejściu na targ stoi grupa kobiet, a u ich nóg stoją wielkie ruszające się worki. Każda z nich w dłoni ściska za szyje wiercącą się świnkę morską, taką jaką w Polsce trzyma się w domu. Kiedy tylko zauważają zainteresowanie klienta wrzucają zwierzątko niedbale do środka i po omacku wyciągają inne. Nie? Kolejny rzut. Zaraz znajdziemy inną. To tutejszy przysmak.

Sprzedawcy kogutów umyślnie przywiązują swoje zwierzęta blisko siebie, a potem rechoczą patrząc na trzepoczące ptaki usiłujące walczyć ze sobą. Jednak odległośc jest idealna, zapewnia ubaw sprzedawców, ale towary nie pozabijają się nawzajem.

Ogromny, czarny byk nie chce wejść na pakę samochodu. Wyje przeraźliwie, rzuca się i kopie. Ale właściciel ma na niego sposób. Pare razy wbija długi, ostry szpikulec w zad zwierzęcia, które ustępuje jak za dotknięciem różdżki.

Wiele widzieliśmy biedy w Indiach, śpiących, żyjących i umierających ludzi na ulicy. Mężczyzn z powyginanymi ciałami, kobiet zniszczonych przez trąd. Ale widok tego białego szczeniaka, siedzącego na własnych łapach ze zwieszonym łebkiem wstrząsnął nami jak żaden inny taki obraz. Być może przez to, że był jeszcze taki mały, a śmierć już stała mu za plecami, a w jego wbitych w ziemię oczach nie było jakiejkolwiek radości czy nadzieji. Dlaczego nikt tego nie widział? Kto zechce kupić takiego psa?

Cóż, możnaby wymienić takich scen wiele, każdy je zna. Ale człowiek ma to do siebie, że czego nie widzi, tego nie ma. Że przecież wszyscy wiemy, że takie zachowania zdarzają się codziennie, ale gdzieś indziej, nas to nie dotyczy, to nie moja sprawa, nic się nie da zrobić, taki już jest świat. A ja cóż właściwie takiego zrobiłam, żeby temu zapobiec? To prawda, że chciałam złapać nadgarstek kobiety z kijem, krzyknąć, że przecież idą te świnie, żeby je zostawiła. Ale nie zrobiłam nic. Zwiesiłam głowę, stchórzyłam, poraziła mnie oczywistość tego zła.
Ten jarmark nie był oczywiście jedynie miejscem handlu. Można dla zabawy na przykład kopnąc przywiązaną do płotu kozę, udając, że akurat jest nieposłuszna, można pogonić cielaka bez żadnego celu, poplotkować, pośmiać się. Panuje radosna atmosfera. A kiedy się już człowiek zmęczy tą pracą, można iść coś zjeść. Tuż przy placu ze świniami, pieką się świnie, pyski otwarte, jeszcze tylko jabłka między zębami brakuje. To nic, że w powietrzu unoszą się kurze pióra, które przyklejają się do wszystkiego, do jedzenia włącznie, że swojsko śmierdzi krowim łajnem, a w zębach zgrzyta kurz. Właściwie nie wychodzimy, tylko uciekamy stamtąd, nie odzywamy się, bo słowa są banalne, nie oddają bezradności, ani smutku jaki nas ogarnął. Zupełnie jakbyśmy się dopiero dowiedzieli, że świat to nie mydlana bańka, że sami go takim tworzymy.

1390852703599

1390852696342

Żywe kury w workach
1390852698116

1390852701905

1390852700206

1390852694582

Reklamy

2 Komentarze

  1. martwawiewiórka

    Halo, co tam u Was, dawno nie było nowego wpisu! Pozdrawiam serdecznie! Jak idzie dalej wyprawa bezrowerowo? Czy właśnie ma się już jakoś ku koncowi?

    18 lutego 2014 o 11:43

    • Hej! To prawda, podróż się już kończy, jutro wieczorem mamy powrotny lot do Polski. Ostatnii mało pisaliśmy na blogu, bo i mało było do pisania. Takie smutne nic nierobienie 🙂
      Ale w planach są już nowe rowery!
      Pozdrawiamy :)))

      19 lutego 2014 o 20:23

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s