Najnowsze

Pulau Penang

Niebo jest jeszcze zupełnie ciemne. Miasto śpi, kłótnia rikszarzy burzy poranną ciszę. Malezja budzi się później niż inne azjatyckie kraje. Nikt jeszcze nie trąbi, z nieba nie leje się żar. Gdzieś w oddali światła portu na stałym lądzie odbijają się w czerni wody. Mdli mnie od kołyszącego się promu, zapachu silnika, rdzewiejącego metalu. Odwracam głowę i patrzę na oddalającą się wyspę, czuję melancholię i żal, że opuszczamy już miejsce, z którego tak ciężko było nam wyjechać.
Już o świcie ruch jest ogromny, co chwilę mijamy niebieskie znaki z rowerem, ale brakuje pobocza, samochody mijają nas z ogromną szybkością. Milczymy i boimy się przyznać chyba sami przed sobą, że te ostatnie dni jazdy do Kuala Lumpur nie będą przyjemne i żałujemy, że nasz czas na Penang już się skończył. Dzwonie na Tomka, żeby się na chwilę zatrzymał. Łyk wody, już o ósmej temperatura jest nie do wytrzymania.
– Ej… straszna droga co?
– No…
– Wracamy?
– Gdzie? Na Penang?!
I wróciliśmy! Codziennie obiecywaliśmy sobie, że jutro już napewno wyjedziemy, ale zawsze coś nam „wypadało”, albo nam się po prostu nie chciało, albo zachorowałam, albo akurat wypadało święto Thaipusam, więc szkoda by było nie zobaczyć. I kiedy już nam się udało, zawróciliśmy po niecałych 20km!

Po raz pierwszy przyjechaliśmy do Georgetown jakieś pięć lat temu. I naprawdę fajnie było przypominać sobie ścieżki, którymi wtedy spacerowaliśmy, miejsca, których już nie ma, nawet te same stoiska. To takie uczucie, jakby po wyjeździe czas się w tym miejscu zatrzymał i kiedy wracasz, wszystko rusza na nowo. Baliśmy się, że ciężko będzie znaleźć tani nocleg, ale okazało się, że nawet w tak turystycznym i dużym mieście, udało nam się znaleźć niesamowity, stary, drewniany hotel za 27RM.

DSC02888

Niesamowite na Penang jest to, że idąc ulicą można podróżować w czasie. Spacerując w dzielnicach chińskiej czy na przykład indyjskiej, nie trudno zapomnieć, że wciąż jesteśmy w Malezji, że jest XXI wiek. Nad dachami starych, przepięknych często domów, górują wysokie, nowoczesne, pokryte szkłem centra handlowe. Wyspa to fascynująca mieszanka kultur, twarze mieszkańców również się różnią, mieszkają tu głównie Hindusi, Chińczycy i Malajowie ale jest też wiele ludzi, którzy wyemigrowali tutaj z Europy, Indonezji, Tajlandii czy Japonii. Skutkuje to tym, że można natknąć się na ulubione przez nas wciśnięte pomiędzy innymi budynkami przepiękne świątynie chińskie, czy jaskrawe, przerysowane  indyjskie, usłyszeć nawoływanie muezina do modlitwy. Ale to również raj jedzeniowy, na Penang można spróbować naprawdę wszystkiego od chińskiej ciepłej bułeczki z nadzieniem z czerwonej fasoli, po świetnej jakości japońskie sushi, o czym za chwilę. 🙂

DSC02868

DSC02873

DSC02876

DSC02905

DSC02907

Mieliśmy zostać tylko parę dni, chwilę odpocząć, ale tak jak już pisałam nie udało nam się.Penang słynie z dobrego jedzenia. No i oszaleliśmy! Jak już wszyscy wiedzą uwielbiamy odkrywać nowe smaki i generalnie jeść, ale tym razem zwariowaliśmy, zakochaliśmy się w kuchni japońskiej. Znaleźliśmy najlepiej ocenianą na wyspie restaurację z sushi i tak wracaliśmy do niej jeszcze parę razy, zawsze żałując, że nie mamy paru żołądków, żeby móc spróbować wszystkiego. Już Kasia z Przemem mówili nam o tym, że prawdziwe sushi, nie takie przygotowane w domu, to eksplozja smaku w ustach. Ale jak można wyobrazić sobie, że jeden kęs może kryć w sobie taką harmonię, idealną całość, która powoduje, że kręci się z niedowierzaniem głową? Brakuje słów, żeby opisać jak fantastycznie może smakować surowa ryba, świeżo starty chrzan wasabi czy wydawałoby się zwyczajny smażony ryż z czosnkiem. Wiem, że zwolenników sushi na świecie jest wielu, ale wiem też, że sushi, które nawet w restauracji próbowaliśmy w Polsce ma się nijak do tego, które mieliśmy okazję spróbować tutaj, w Malezji. Próbowaliśmy w mieście sushi w paru innych miejscach, ale jednak ta jedna restauracja wywarła na nas największe wrażenie.

DSC02910

Sashimi – surowe mięso, tutaj akurat łosoś, tuńczyk i biały tuńczyk, podawane po prostu z wasabi.

DSC02912

Na środku zdjęcia – japoński węgorz w sosie teriyaki.

DSC02918

Na pierwszym planie przegrzebki smażone metodą teppanyaki.

DSC02919

Warzywa w tempurze.

DSC02928

Edamame czyli zielona soja.

DSC02951

Rainbow rolls

DSC02952

Na zdjęciu tego nie widać, ale to największa sałatka jaką kiedykolwiek dostaliśmy w restauracji. Z łososiem, nerkowcami, kotlecikami rybnymi i z dressingiem sezamowym.

DSC02960

Wyśmienity dorsz w sosie teriyaki z maślanymi warzywami…

DSC02961

Lody z czarnego sezamu dla których można umrzeć.

DSC02923

Mogłoby się wydawać, że to już wszystko co zamówiliśmy, ale oczywiście było tego duużo więcej, nie chcemy jednak czytelnikom narobić smaku. 😉 Oczywiście naszej jedzeniowej wędrówki nie skończyliśmy jedynie na japońskiej restauracji. Uwielbiamy w Malezji to, że można zjeść tutaj prawdziwą indyjską masalę dosę, napić się gorącego czaju na ulicy czy nawet uwielbianą przez nas vada z południowych Indii.

DSC02899

Ale bywaliśmy też w innych miejscach, w wielu wegetariańskich, gdzie po raz pierwszy w życiu spróbowaliśmy ryżu z grzybami gotowanego na parze w liściach lotosu, kremu z czarnego sezamu, czerwonej zupy zrobionej z wina ze sfermentowanego ryżu, czy ryby w panierce z polenty.

DSC03007

DSC03005

DSC02940

DSC02957

No i oczywiście czekolada, a w tle churrosy z sosem z białej czekolady…

DSC02932

Być może powinniśmy zmienić nazwę bloga, na przykład: „Co jedzą Daria i Tomek w podróży”?

W między czasie, albo raczej pomiędzy posiłkami, chowaliśmy się w kawiarniach. W Malezji, nie wiemy dlaczego jest zawsze najgoręcej. Nie ma takiego miejsca na ziemi, w którym byliśmy do tej pory, gdzie byłoby nam tak gorąco jak tutaj. Powietrze jest tak gęste od ciepła, że zwyczajnie nie da się chodzić, żyć, nawet jak bardzo się zmuszaliśmy na spacer w ciągu dnia, żeby coś zobaczyć, obejrzeć, tak czy siak w końcu lądowaliśmy w jakiejś kawiarni. Kawa! Jak nam brakowało dobrej, aromatycznej kawy. W Georgetown znaleźliśmy kawiarnie z małym ogródkiem w środku, gdzie uwielbialiśmy przesiadywać godzinami, czytać książki i patrzeć na ludzi. Te klimatyzowane kawiarnie właśnie spowodowały tą chorobę, o której wcześniej wspominałam, przez którą, a raczej dzięki której zostaliśmy tutaj dłużej. 🙂

DSC02860

DSC02937

Thaipusam to święto hinduistyczne obchodzone podczas pełni księżyca, głównie w południowych Indiach, ale również w Malezji ze względu, na dużą liczbę mieszkających tutaj Tamilów. Jest to pielgrzymka, podczas której uczestnicy wprowadzają się w stan, w którym jak twierdzą nie czują bólu. Podczas procesji, ludzie niosą ofiary w postaci ciężarów, często przyczepionych na hakach do skóry. Procesja trwa od samego świtu do nocy, hindusi maszerują w upale, co kilkaset metrów zatrzymują się by wykonać rytualny taniec. Pomimo wydawałoby się krwawego, okrutnego święta, jest to radosny czas,pięknie ubrani ludzie się cieszą, gra głośna muzyka, panuje radosna atmosfera. Na ulicach rozdawane jest darmowe wegetariańskie jedzenie.

DSC02974

DSC02971

DSC02987

DSC02992

Na koniec powrócę jeszcze na chwilę do początku opowieści, kiedy zdecydowaliśmy się, że jednak wracamy. Wróciliśmy więc do tego samego hotelu, gdzie przywitano nas słowami : „Ale myśleliśmy, że wyjechaliście już?!”, wróciliśmy na ostatnią kawę do naszej ulubionej kawiarni i późnym wieczorem, kiedy miasto oddycha z ulgą, bo wreszcie jest chłodno, poszliśmy na ostatni długi spacer, rozświetlonymi, pełnymi życia ulicami.

Stwierdziliśmy, że tych ostatnich dni podróży nie mamy ochoty spędzać na długich, prostych, zatłoczonych drogach. Wcześnie rano znów znaleźliśmy się na promie, który zabrał nas i nasze rowery (które ostatnimi czasy są na „wakacjach” tak jak i my) na inną wyspę, Langkawi. 😉

Pozdrawiamy!

Podróżnicze tabu

Ktoś nas ostatnio zapytał dlaczego nasze notki są takie skromne, czemu wrzucamy tak mało zdjęć. Powód jest prosty. Z lekka nudzi nas ta podróż. Mało kto o tym pisze bo przecież jadąc za granicę a już w ogóle na inny kontynent podróżnik czy turysta programuje się na „Jadę na wakacje, musi mi się podobać”. A nawet jeśli się nie podoba to podróżnik na blogu tego nie opisze. Bo „Jak to? Wydałem kupę kasy na bilety, nie wypada żeby się nie podobało” A więc nudzi nas monotonia krajobrazów, nudzi nas jazda tymi drogami. Zeszłoroczną podróżą po Kolumbii i Ekwadorze postawiliśmy sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Tam każdy kilometr był przeciekawy a każdy dzień inny. W Ameryce Południowej przeżyliśmy mnóstwo widokowych orgazmów. Droga była celem samym w sobie i nic poza pedałowaniem nie było nam do szczęścia potrzebne. Po Kambodży i Tajlandii przejechaliśmy około 3600km i już wszystko zlewa nam się w jeden dzień. Ciężko zapamiętać gdzie jechaliśmy 2 dni temu bo drogi i krajobraz wyglądają niemal identycznie. Ciągnące się po 50km proste drogi z plantacjami kauczuka, palmy olejowe i brak zakrętów. A jak już mogło by być ładnie to stoi masa resortów, które ten widok doszczętnie masakrują. W Tajlandii więc widokowych orgazmów nie doświadczamy. Liczymy często kilometry do następnego miasta albo planujemy następną podróż rowerem. W każdym razie na pewno nie w te rejony bo rowerowo się tu nie spełniamy.
Oczywiście nie jest też tak, że nic nam się w Tajlandii nie podoba. Tak miłych życzliwych i uśmiechniętych ludzi nie spotkaliśmy chyba od czasu autostopowego wyjazdu do Turcji. Podoba nam się masa ulicznego jedzenia a w szczególności wieczorne targi, gdy ludzie wychodzą na ulicę i jedzą, jedzą, jedzą bo Tajowie lubią dużo zjeść. Zupełnie jak my 🙂
Podobają nam się opustoszałe plaże, gdzie rozbijamy namiot a rano zwijamy się na szybko bo okazuje się, że nie wzięliśmy pod uwagę przypływu 😉
Tajlandia jest mega ciekawa ale po prostu nie na rower, przynajmniej nie dla nas.
Tymczasem wczoraj wjechaliśmy do Malezji, zostało nam nieco ponad 3 tygodnie podróży i jedynie około 700-900 km do zrobienia więc ta końcówka nieco mniej rowerowa. Będzie pewnie więcej jedzenia bo w Malezji jedzenie jest jeszcze lepsze niż w Tajlandii. Będzie więcej czytania, bo po dniu spędzonym w siodełku, nie ma nic przyjemniejszego niż pyszna kolacja i dobra książka. I przede wszystkim obijania się, bo kiedy za dwa miesiące będziemy wstawać do pracy o szóstej zamarzymy jeszcze o nicnierobieniu.

Miasto Trang
DSC02828

DSC02830

DSC02831

DSC02832

DSC02837

Owsianka z dodatkami na śniadanie z mlekiem sojowo sezamowym
DCIM100GOPROGOPR0740.

Nie będziemy oglądali telewizji! 😛

DCIM100GOPROGOPR0749.

DCIM100GOPROGOPR0743.

DCIM100GOPROGOPR0751.

Wschodnie wybrzeże

Kasię i Przema odebraliśmy wieczorem z dworca Prachuap Khiri khan. Zabawne jest to, że zawsze spotykamy się w takich niezwykłtch miejscach, rzadko w Polsce, często gdzieś… 🙂 Ugotowaliśmy przywitalne kotlety i curry, uzgodniliśmy, że jedziemy w tym samym kierunku i tak zaczęło się wspólnie spędzone dwa tygodnie. Zupełnie inaczej jedzie się w czwórkę, ale o niebo weselej zatrzymać się na dzikiej plaży w namiocie i wspólnie ugotować kolację.
Z Prachuap Khiri khan kierowaliśmy się na południe, wschodnim wybrzeżem Tajlandii. Jechaliśmy głównie bocznymi drogami, w słońcu i w deszczu, zrywaliśmy kokosy z palm, lub zbieraliśmy je z ziemii (czego Tomek chyba już zawsze będzie żałował…), kąpaliśmy się w ciepłym morzu, nocowaliśmy w świątyni buddyjskiej, gdzie zostaliśmy obdarowani smakołykami, spaliśmy w namiocie na niesamowicie pięknych plażach, wlóczyliśmy się po miastach w poszukiwaniu przysmaków i po prostu byliśmy znów razem, cieszyliśmy się drogą. 🙂
Dziękujemy Wam za ten czas!
Po tych dwóch tygodniach musieliśmy się rozstać bo nasze drogi się rozchodziły, ale kto wie może jeszcze znów się niedługo zobaczymy. 🙂

DSC02775

DSC02777

DSC02772

DCIM100GOPROG0080566.

DSC02779

DSC02796

DSC02803

DSC02805

DSC02813

DCIM100GOPROG0060560.

DCIM100GOPROG0100604.

DCIM100GOPROGOPR0540.

DCIM100GOPROGOPR0612.

DCIM100GOPROGOPR0704.

Nowy rok

Północne wybrzeże Tajlandii, nazwijmy je wybrzeżem pod Bangkokiem odbiegło troszkę od tego, czego oczekiwaliśmy. Być może podróżując nie powinno się mieć żadnych oczekiwań czy wyobrażeń, lecz kiedy tak jeździliśmy po Kambodży dniami myśleliśmy o tym jak bardzo chcemy być nad morzem, byczyć się na cichej, białej plaży, spać pod namiotem i przede wszystkim zatrzymać się gdzieś na dłużej. No i niestety nam się nie udało. A może niezbyt dobrze szukaliśmy? To co znaleźliśmy to resorty o wygórowanych cenach, sklepy z pamiątkami i masa turystów. Nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu przy plaży, bo samym tylko noclegiem bardzo przekroczylibyśmy nasz dzienny budżet. Ze względu na to, że zdecydowaliśmy się ominąć Bangkok zmuszeni byliśmy przez parę dni, które akurat wypadły na okres świąt, poruszać się po szerokich, wielopasmowych drogach. Przede wszystkim piekielnie nudnych drogach. Czas umilaliśmy sobie śpiewając na całe gardło, a hałas był tak duży, że i tak nikt tego nie zauważał. W takich dniach ważne są te małe rzeczy, te drobne chwile, szczegóły, które powodują jednak, że uśmiech nie znika z twarzy, że warto jechać dalej kolejny kilometr. Po drodze spotkaliśmy masę innych rowerzystów, czy to z Tajlandii czy innych części świata. I te krótkie rozmowy przy drodze czy chociaż pozdrowienie przy mijaniu zawsze przyjemnie ogrzewają serce. 🙂
Przez te parę dni mało robiliśmy zdjęć, nie chciało nam się wyciągać z sakwy aparatu, chyba że aby zrobić zdjęcie 7 eleven (taka tajska „żabka”), czy zatłoczonej drogi. Te zdjęcia poniżej, to te radosne chwile, te szczegóły, o których pisałam wcześniej.

DSC02696

To zdjęcie zrobiliśmy przy samej drodze, zanim wbiliśmy się w autostrady:
DSC02699

DSC02701

DSC02705

Na ten las mangrowy trafiliśmy przypadkiem po drodze do Ban Phe:
DSC02708

DSC02711

DSC02717

DSC02718

DCIM100GOPROGOPR0287.

DCIM100GOPROGOPR0476.

Daria i Tomek śpiewają kolędy 😉
DCIM100GOPROG0010314.

Nawet nie wiecie jakie to było dla nas szczęście, kiedy wreszcie mogliśmy zjechać na boczną drogę, jechać rower obok roweru, w ciszy, po wioskach, gdzie przy drodze rosną palmy i ananasy, znów przyglądać się toczącemu się życiu z bliska. I z takiej właśnie drogi trafiliśmy do Parku Narodowego Khao Sam Roi Yot, a tam trafiliśmy na plażę i akurat tego dnia, tej nocy wypadał nowy rok. 🙂 Spędziliśmy go na plaży, w namiocie. A towarzystwa dotrzymywały nam gwiazdy i parę błąkających się psów. Cudownie!

DCIM100GOPROGOPR0487.

DSC02728

DSC02744

DSC02746

DSC02748

Jak narazie wybrzeże wschodnie podoba nam się bardziej, bo pomimo miejscowości pełnych resortów można znaleźć miejsca jakie lubimy. 🙂
Życzymy Wam kochani dobrego roku i dziękujemy, że wciąż z nami jesteście i chcecie czytać to co mamy do napisania.
Pozdrawiamy.

Plażowo, krewetkowo, kokosowo !

Raz, dwa i przekraczamy bez problemów Tajską granicę. Nie wiem właściwie dlaczego byliśmy tacy zaskoczeni, być może spodziewaliśmy się, że skoro i morze to i płaskie tereny, ale nie! W górę i w dół i w koło i w koło te małe pagórki naprawdę wyssały z nas ostatnie siły mocno wyczerpane po Kambodży. Zatrzymaliśmy się więc bardzo szybko, w pierwszej wiosce, która stanęła nam na drodze – Khlong Yai. I zostaliśmy oczarowani… Jeszcze na rowerach, nawet nie znaleźliśmy jeszcze noclegu a już nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie zapuścić się w sieć wąziutkich, zacienionych uliczek, właściwie pomostów, pod którymi cicho chlupotała woda. Im dalej się zagłębialiśmy, tym bardziej zbliżało się do nas morze, zapach ryb, a w coraz szerszych kanałach kolorowe łodzie czekały na kolejny dzień pracy. Mijani ludzie pozdrawiali nas naprawdę ciepło, nie odrywając się od skrobania ryb, naprawiania sieci czy reperowania narzędzi kiwali nam z uśmiechem głowami. Niesamowity klimat, cisza i spokój, przepyszne straganowe przysmaki. Tajlandio, nie mogłaś powitać nas lepiej!
Jak żałujemy teraz, że w Khlong Yai zatrzymaliśmy się tylko na tę jedną noc, wydawało nam się, że to jedno z typowych nadmorskich miasteczek, które jeszcze zobaczymy. Ale niestety, okazało się, że było jedyne w swoim rodzaju.

DSC02647

DSC02644

DSC02648

DSC02650

DSC02655

DSC02657

DSC02658

A oto kolejne małe szczęście, natknęliśmy się przypadkiem na te urocze ryby, poskoczki mułowe, które żyją tak sobie skacząc w błocie i kopiąc mini baseny. 🙂
DSC02660

DSC02661

DSC02663

DSC02665

A wieczorem czas na targ i zimnego kokosa! 😉

DSC02672

Następnego dnia zupełnie nie w naszym zwyczaju, bo już po wschodzie słońca, wstaliśmy z łóżka i poszliśmy na targ po zapasy jedzenia. Wypełniony po brzegi worek na wodę przyczepiliśmy do roweru i powoli ruszyliśmy dalej. Z drogi przyglądaliśmy się spokojnemu morzu i kiedy tylko widzieliśmy jakiś zjazd od razu skręcaliśmy, żeby sprawdzić czy uda nam się znaleźć coś ciekawego. I tak trafiliśmy na knajpkę bez nazwy tuż nad samą wodą, gdzie zdecydowaliśmy się odpocząć, po kilkunastu kilometrach zaledwie 😉 i coś zjeść. Może przy okazji napiszę o tym, że nasz wegetarianizm już dawno przestał istnieć ze względu na to, że z dnia na dzień coraz bardziej lubimy owoce morza, szczególnie tutaj, takie świeże i przygotowane z taką wprawą… Ach! Na obiad zamówiliśmy więc sałatkę z zielonej papai z owocami morza i do tego smażony ryż z … owocami morza. 🙂

DCIM100GOPROGOPR0262.

DCIM100GOPROGOPR0266.

Tego dnia zatrzymaliśmy się na noc na plaży w namiocie. Jedyni ludzie jakich spotkaliśmy to kobiety żyjące tuż nieopodal, które zbierały przy wodzie jakieś stworzonka do wiaderek. Rozbiliśmy się i od razu wskoczyliśmy do wody, która okazała się tak niesamowicie ciepła, ze w sumie chłodniej nam było na powietrzu. 🙂 Zjedliśmy makaron i czytając na głos wspólnie książkę cieszyliśmy się pięknym zachodem słońca. Kiedy tylko zrobiło się ciemniej z jamek na plażę wyszło milion śmiesznych krabów. Wydaje nam się, że musieliśmy się rozbić na paru wyjściach z jamek bo kiedy tak leżeliśmy w ciszy nagle coś się zaczęło pod naszymi karimatami ruszać, skrobać i wydawać jakieś rozzłoszczone odgłosy. Później chyba na złość jeden z największych krabów, próbował się wspiąć na nasz namiot, skrobiąc przy tym niesamowicie. Szum wody ukołysał nas do snu, a gwiazdy nad głowami migały wesoło.

DSC02675

DCIM100GOPROGOPR0271.

Dużo w ostatnich dniach mamy słońca, morza i ciepła. I tak kolejnego dnia zatrzymaliśmy się w miasteczku, z którego można wybrać się na Ko Chang, a widok z naszego pokoju i tarasu był taki:

DCIM100GOPROGOPR0276.

DSC02679

DSC02678

Naprawdę przyjemnie nam się tutaj pedałuje, przyjemnie zatrzymywać się sto razy przy drodze, przy kolejnym straganie z jedzeniem, żeby tylko „sprawdzić” co oni tam znowu gotują. I dni płyną nam dosyć spokojnie, nie jeździmy wcale daleko, ale czujemy, że potrzeba nam chwilę przerwy, bo właśnie uświadomiliśmy sobie, że nie było jeszcze dnia kiedy nie jeździlibyśmy rowerem, nawet w Phnom Penh, gdzie zatrzymaliśmy się przecież na tak długo.

DSC02680

A to jeden z naszych ulubionych przysmaków, taka niepozorna, lekko przypalona rurka bambusowa…
DSC02682

… ale kiedy tylko się ją obierze, w środku znajduje się przepyszny klejący, kokosowy ryż z fasolą. O rety, mniam!
DSC02684

A dziś na kolacje kupiliśmy świeże krewetki i usmażyliśmy w czosnku i chilli. Też było pycha! I znów piszemy o jedzeniu, ale co zrobić 🙂 Pozdrawiamy wszystkich ciepło!

DSC02686

DSC02688

W drodze do Tajlandii

Wyjazd z Phnom Penh był jaki był, zupełnie jak jazda przez ogromną fabrykę pełną pyłu, z dziurawymi drogami i pourywanym asfaltem. Żałowaliśmy, że nie kupiliśmy masek na twarz bo podczas tego odcinka zebraliśmy na sobie warstwę kurzu ze wszystkich edycji woodstocku razem wziętych. Następnego dnia, parę kilometrów za Takeo (przyjemne, ciche miasteczko nad jeziorem) droga zmieniła się nie do poznania – wiodła nas przez wioski pełne kambodżańskiego uroku. To w sumie pierwszy dzień ,w którym krajobrazy robiły na nas jakiekolwiek wrażenie bo szczerze mówiąc żaden dzień jazdy z minonych 3 tygodni nie może się nawet równać z typowym dniem w Ekwadorze czy Kolumbii.

DSC02606

DSC02615

I wreszcie dojechaliśmy na wybrzeże! Tego z kolei w Ameryce Południowej nam brakowało. Może trochę nie chciało nam się zjeżdżać z 3000m n.p.m jakiekolwiek by ono nie było bo to oznaczało mozolny powrót.
Zatrzymaliśmy się w Kep, miasteczku, które słynie z połowu krabów. Wielkimi fanami mięsa krabów nigdy nie byliśmy ale to co nam podano przeszło nasze wszelkie oczekiwania. Za 5 dolarów na osobę dostajemy po 3 średniej wielkości kraby. Daria grillowane, ja smażone w sosie ze świeżego pieprzu i czosnku. Długo zajmuje nam dobranie się do mięsa bo my nie obyci jeszcze w tej kwestii 😉 Było jednak warto się ubabrać bo kraby z Kep to zdecydowanie najlepsze co zjedliśmy w Kambodży. Na kolację poprawiamy grillowaną rybą i kalmarami, oglądamy zachód słońca i rybaków przygotowujących sieci a potem kładziemy się spać szczęśliwi. Bo Daria i Tomek lubią zjeść i lubią pooglądać zachody nad wodą 😉

DSC02622

DSC02633

DSC02626

DSC02631

Następnego dnia przejeżdżamy jedynie 30km do Kampot – miasta nad rzeką słynącego z wyluzowanej atmosfery. Zatrzymujemy się za miastem w prostych bungalowach z knajpką na rzece a wieczorem jedziemy rowerami do miasta i szczerze mówiąc nie rozumiemy tych zachwytów. Kampot to miasto jak każde inne w Kambodży. Znowu czujemy się jak by z niczego zrobiono atrakcję. To tak jakby Nowa Sól w województwie lubuskim była atrakcją turystyczną bo przepływa przez nią rzeka.


Daria robi bagietki na drogę 🙂

DSC02635

Po Kampot przyszedł czas zmierzyć się z największymi górami( o ile można to tak nazwać) od początku tej podróży.
250km do granicy z Tajlandią rozłożyliśmy sobie na 3 dni a mimo to przysporzyła nam ta droga nie małych trudności i nie mniejszych bólów mięśni. Największe wzniesienie na drodze miało 370m n.p.m.
Takie górki rok temu robiliśmy chcąc pojechać na miasto z jednego z hospedaje ;). W Kambodży jednak brak kondycji w połączeniu z ogromnym upałem dał o sobie znać. Wiatr w twarz też nie był zbyt pomocny i do miasta Koh Kong na granicy z Tajlandią dojechaliśmy totalnie padnięci.

Gotujemy obiad przed homestayem ,w którym zostaliśmy po drodze.
DSC02637

DSC02640

W górę, w dół, w górę, w dół…
DCIM100GOPROGOPR0249.

Niestety żadnych nie widzieliśmy, ale udało nam się zobaczyć dwa tukany w locie 🙂
DCIM100GOPROGOPR0250.

Czasem trzeba było pchać 😉
DCIM100GOPROGOPR0252.

Teraz czeka nas parę dni, a może tygodni jazdy wzdłuż najmniej turystycznego wybrzeża Tajlandii. Pozdrawiamy 🙂

Phnom Penh

Z Siem reap wyjechaliśmy kiedy jeszcze było cimno i chłodno i naprawdę radośnie nam było przyglądać się pierwszym promieniom słońca, które odbijaly się w zalanych wodą łąkach. Po 100 kilometrach dosyć monotonnej drogi, zmęczeni upałem wreszcie dojechaliśmy do małego miasteczka Steung. Parę dni wcześniej spotkaliśmy na ulicy młodego chłopaka, który wytłumaczył nam jak powiedzieć po khmersku zdania typu „nie jem mięsa”, „warzywa” itd więc poszliśmy do miasta poszukać targu, żeby ugotować obiad. Próbowaliśmy się więc jakoś dogadać na ulicy, zapytać gdzie można kupić warzywa, chociaż pomidora… ale wszyscy, naprawdę zapytaliśmy o to chyba każdego napotkanego człowieka patrzyli na nas z takim zdziwieniem i niedowierzaniem, że zaczeliśmy się zastanawiać czy tutaj może warzyw się nie jada (dodam tylko, że w Tajlandii, kiedy nasza kuchenka wciąż jeszcze była zepsuta wszyscy raczej rozumieli to co chcieliśmy im przekazać po tajsku a propo jedzenia). Znaleźliśmy wreszcie człowieka, który łamanym angielskim pokazał nam drogę na targ, gdzie kupiliśmy kacze jaja, które okazały się najsmaczeniejsze na świecie! 🙂

DSC02462

DSC02466

DSC02470

Następnego dnia jechaliśmy głównie przez wioski, gdzie ludzie mieszkają tuż przy drodze w prostych drewnianych domach na wysokich palach. Pod podłogą w cieniu podwieszone są hamaki. Przed domami w kwadratowych bajorkach pływają kaczki i kwitną piękne różowe kwiaty lotosu. Dzieci są wszędzie, czasami zastanawiamy jak dostrzegają nas wylegujący się w tych hamakach czy bawiące się gdzieś za domem i nigdy nie opuszczają okazji, żeby nas zawołać, krzyknąć „hello”, czy po prostu pomachać. Tego dnia byliśmy wyjątkowo zmęczeni, więc po 50km zatrzymaliśmy się w zakurzonym mieście Kampong Thom. Czy my pisaliśmy już o tym jak bardzo lubimy sok z trzciny cukrowej? Ach! Uwielbiamy go, szczególnie schłodzony z odrobiną limonki w taki upał… Tym razem w mieście w ulicznych knajpkach próbowaliśmy zapytać czy mogliby ugotować dla nas coś bez mięsa. Próbowaśmy różnie, że jesteśmy wegetarianami, że prosimy bez mięsa, że warzywa tylko. I znów każdy patrzył na nas tym pustym, pytającym wzrokiem. Zastanawiamy się w czym tkwi problem. Nie wymawiamy pewnie tych khmerskich wyrazów z idealną dykcją ale gdyby w Polsce obcokrajowiec zapytał nas ” kcie kiefbaza?” to byśmy raczej podchwycili że szuka kiełbasy. W końcu poszliśmy na targ, gdzie kupiliśmy domowej roboty mleko sojowe i warzywa. Bardzo podoba nam się w Tajlandii i Kambodży, że na straganach za małą kwotę można kupić woreczek ugotowanego ryżu co nieco ułatwia nasze codziennie gotowanie.

Dzieci jadące do szkoły
DSC02474

DSC02489

DSC02492

DSC02496

A na śniadanie zrobiliśmy bagietki ze smażonym w chilli tofu!
DSC02522

Przyklejone włosy do czoła na pot, czyli jest miliard stopni.. 😉 Tomek chyba jeszcze nie przywykł…
DSC02495

Rano obudziliśmy się naprawdę w dobrych humorach, wypoczęci i pełni sił, a wiedzielismy, że przed nami długi dzień. Wyjechaliśmy jak zwykle wcześnie i kiedy tylko założyliśmy sakwy zaczeło kropić, niebo zrobiło się zupełnie czarne, więc zatrzymaliśmy się na chwile na kawę, żeby przeczekać. W końcu ruszyliśmy dalej i kiedy tylko opuściliśmy miasto droga zmieniła się nie do poznania. Asfalt się skończył, a wciąż padający deszcz zamienił kurzową drogę w czerwoną płynącą rzekę. Oblepieni po uda w błocie jechaliśmy dalej, starając się omijać dziury i kamienie. No i rozpadało się na całego i wydaje nam się, że musieliśmy wyglądać naprawdę żałośnie tacy mokrzy i brudni bo po paru kilometrach zatrzymała się obok nas ciężarówka, z której wyskoczył sympatyczny, mały człowiek i zaoferował nam pomoc. Wsiedliśmy oczywiście, rowery wylądowały na pace, dostaliśmy jakieś szmaty, żeby się jako tako wytrzeć i pojechaliśmy. Okazało się, że i tak nie bylibyśmy w stanie przejechać tego odcinka na rowerach w jeden dzień, ponieważ droga była naprawdę w bardzo złym stanie. Ach, ale nam się udało, myśleliśmy radośni, że możemy patrzeć na deszcz przez okno. I dopiero miny nam zrzędły jak dojechaliśmy do Skoun, kiedy wyjęliśmy z samochodu rowery… Cóż powinniśmy o tym pomyśleć wcześniej. Tylko raz Tomek zapytał : Myślisz że z rowerami wszystko będzie okej? Głównie ucierpiał rower Darii, siodełko rozerwane, owijka zerwana, kierownica tak wykrzywiona, że oczywiście do wymiany. Koła w obu rowerach zcentrowane. Człowiek ten wiózł akumulatory, które musiały się przesunąć kiedy jechaliśmy po koleinach i zgnieść rowery. Staliśmy tak na tej drodze i nie wiedzieliśmy czy płakać czy smiać się z własnej głupoty. Tomek zachował zimną krew i znalazł nam szybko jakiś hotel (który okazał się pełen ogromnych karaluchów) i zaczeliśmy wyliczać szkody. Cóż rowery nie nadawały się do dalszej jazdy.

Nie mieliśmy dużego wyboru i ostatni odcinek do stolicy, Phnom Penh pojechaliśmy minibusem (za który chcieli od nas i za rowery 40 dolarów i w końcu zeszło do 10). Szczęśliwie udało się wszystko w rowerach naprawić, jedynie nie mogliśmy znaleźć kierownicy typu motylek. Za nowe siodełko, kierownicę, centrowanie wszystkich kół i ogólny przegląd zapłaciliśmy ponad 80 dolarów, niepotrzebny dodatkowy wydatek, ale cóż mogliśmy zrobić.
Do Phnom Penh jechaliśmy głównie po to aby wyrobić nowe wizy do Tajlandii. Znaleźliśmy informacje, że jest miejsce w mieście (Lucky!Lucky! motorcycles, 413Eo, Monivong Blvd. 60 dolarów za jeden dzień roboczy oczekiwania), gdzie można wyrobić wizę bez posiadania biletu wyjazdu z kraju, który jest normalnie niezbędny. Lecz było to tuż przed weekendem poza tym w piątek akurat wypadało święto w Tajlandii, więc w mieście musieliśmy zatrzymać się na pięć nocy do wtorku (w poniedziałek mogliśmy odebrać wiże dopiero późnym popołudniem). Nie spodziewaliśmy się jednak, że Phnom Penh, aż tak nam się spodoba!

Co pierwsze rzuciło nam się w oczy to ruch uliczny, który jest tutaj naprawdę szalony, szczególnie w popołudniowych godzinach. Każdy myśli tylko o sobie, pcha się do przodu, zajerzdża drogę innym. Jazda tutaj to walka, żeby się przecisnąć, wjechać w jakąś szczelinę pierwszy, trzeba mieć oczy dookoła głowy i koncentrować w stu procentch. Na większości skrzyżowań nie ma świateł, więc trzeba się po prostu pchać. Może to trochę stresujące kiedy się jedzie w tej rzece pojazdów na rowerze, ale i tak cieszy. 🙂 Trochę gorzej jest kiedy idzie się pieszo, ponieważ nie ma tu raczej chodników, a jak już są to służą jako parking, czy zamieniają się w uliczną knajpę. Chodzić wtedy trzeba ulicą, manewrować, wszyscy na ciebie trąbią. A przejścia dla pieszych, które istnieją, w rzeczywistości nie mają racji bytu, nikt nie przepuszcza, nawet nie zwalania, często trąbią tylko jakby mówiąc : złaź z drogi głupi człowieku, przecież jadę!

No i oczywiście stragany z jedzeniem, knajpki na rogach, wąskie chłodne uliczki, gdzie ludzie siedzą przy ścianach i piją mrożoną kawę (którą też bardzo lubimy i do której zawsze w Kambodży dostaje się nieograniczoną ilość jaśminowej herbaty w cenie). Wszystko tętni życiem, ciągle coś się dzieje. Spacerujemy właściwie cały czas, wchodzimy w różne zakamarki, pijemy kolejną kawę, czy jemy pieczonego w liściu banana z klejącym się ryżem. Rikszarze wolają do nas „hello sir, tuk tuk” nawet jak jedziemy rowerami… A wieczorami, kiedy jest chłodniej jest jeszcze więcej jedzenia, świateł, ludzi na ulicach. Przy rzece, na promenadzie odbywa się grupowy aerobik, każdy może dołączyć, kobiety skaczą i machają rękami w piżamach. Woda płynie wolno i odbija w sobie światła miasta po drugiej stronie mostu. Chłopcy po ciemku grają w piłkę, jest naprawdę radosna atmosfera.

DSC02571

DSC02568

DSC02548

Suszone krewetki
DSC02539

Suszone grzyby shiitake
DSC02538

DSC02512

Na targu Phsar Orussey są stoiska typowo wegetariańskie (ich numery to 132,133,169 i 170). Nie jest je wcale łatwo znaleźć, ponieważ numery wcale nie wydają się iść w jakimś logicznym porządku, ale warto:
DSC02573

Ryżowe placuszki, jedne wypełnione porami, drugie jarmużem. Podawane z sosem czosnkowym i chilli. Stoisko nr 104:
DSC02537

Na staraganach można też kupić produkty suszone lub do przygotowania w domu, np te oto wegańskie uszy świńskie… nie próbowaliśmy 😉
DSC02540

Akurat złożyło się, że podczas pobytu tutaj dostałam wysokiej gorączki, ale nie mogłam się powstrzymać i kiedy temperatura spadła do 38,5 zwlekłam się z łóżka i poszliśmy na weekendowy wieczorny targ. Było warto bo cóż to za magiczne miejsce! Na prostokątnym placu, tuż za sceną, na której odbywał się koncert, stoją stragany z jedzeniem. Na każdym straganie jest plastikowy koszyczek do którego nakłada się samemu to na co się ma ochotę. Pieczone w cieście krewetki, mięso, ryby, tofu, smażone warzywa z ryżem, pierogi z warzywami, lody kokosowe, mleka zrobione z soi, fasoli dyni i mnóstwo innych rzeczy. A potem z talerzem siada się na jednej z mat które leżą na ziemi na środku placu, gdzie stoją już różne sosy i zajada. 🙂 Właściwie widzieliśmy jedynie paru turystów, znów czuliśmy, że to naprawdę miejsce dla ludzi stąd, żeby usiąść z całą rodziną i zjeść kolacje i napić się soku z trzciny czy piwa. Właściwie przyszliśmy już najedzeni więc obiecaliśmy sobie, że następnego dnia już napewno tego błędu nie popełnimy. 🙂

DSC02574

DSC02585

DSC02583

Chciałabym napisać o jeszcze jednej rzeczy, celowo na koniec, ponieważ temat zupełnie odstaje od reszty wpisu.
Mianowicie o Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Jest to była szkoła, która po tym jak w 1975 roku Czerwoni Khmerzy doszli do władzy, została zamieniona na więzienie i centrum przesłuchań (S-21). Ciężko jest pisać o pobycie w miejscu, gdzie zostało przetrzymywanych, torturowanych i zamordowanych tak wiele niewinnych ludzi, w tym dzieci. W niektórych klasach, które zostały przerobione na cele wciąż wiszą zielone tablice tuż obok narzędzi tortur, metalowych prętów, którymi łączone były nogi więźniów. Każda nowo przybyła tutaj osoba była najpierw fotografowana. Teraz setki oczu spoglądają ze zdjęć na odwiedzających. Młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni.
Myślę, że cytat z książki „Uśmiech Pol Pota”, którą aktualnie czytamy opisze to miejsce lepiej:

„Stoję przy wejściu do S-21. Wysoki mur wokół terenu, zwieńczony kolczastym drutem. Nad moją głową wisiała przedtem tablica. Na niej widniał napis: Umacniaj ducha rewolucji! Miej się na baczności przed strategiami i taktyką wroga, aby móc bronić kraju, ludu i Organizacji. Teraz już jej nie ma. Tu przystawały ciężarówki. Opuszczano tylko klapy i więźniów ze związanymi na plecach rękami spychano z platform. Ten moment za nim. Myślę, że to musiał być taki sam moment ciszy i odrętwienia, jak gdy pociągi zatrzymywały się w Auschwitz. Wyhamowanie, a potem ta chwila niepewnej drętwoty, zanim wszystko potoczy się dalej. Trwająca parę oddechów. (…) Naziści upatrywali swoich wrogów w grupach. Żydach, Cyganach, homoseksualistach i tak dalej. W demokratycznej Kampuczy i większości komunistycznych dyktatur wrogiem mógł być każdy. Zbrodnia nie kryła się we krwi czy w genach tylko w myśli. Tym samym wszyscy byli potencjalnie wrogami rewolucji. Nikt nie był bezpieczny. (…) Także sowieckie obozu w Gułagu nie były w pierwszym rzędzie fabrykami śmierci. Tam praca, czyli produkcja, była rzeczą główną, a wysoka śmiertelność raczej czymś w rodzaju przykrego efektu ubocznego. Godnego ubolewania, bo do realizacji planów potrzebna była siła robocza. S-21 to całkiem coś innego. Tu śmierć nie znała wyjątków. Członkowie partii, którzy pracowali w pobliżu, a nie znali przeznaczenia S-21, mieli własne lakoniczne określenie. „To miejsce, gdzie się wchodzi, ale skąd się nie wychodzi.””

DSC02523

DSC02527

%d blogerów lubi to: