Phnom Penh

Z Siem reap wyjechaliśmy kiedy jeszcze było cimno i chłodno i naprawdę radośnie nam było przyglądać się pierwszym promieniom słońca, które odbijaly się w zalanych wodą łąkach. Po 100 kilometrach dosyć monotonnej drogi, zmęczeni upałem wreszcie dojechaliśmy do małego miasteczka Steung. Parę dni wcześniej spotkaliśmy na ulicy młodego chłopaka, który wytłumaczył nam jak powiedzieć po khmersku zdania typu „nie jem mięsa”, „warzywa” itd więc poszliśmy do miasta poszukać targu, żeby ugotować obiad. Próbowaliśmy się więc jakoś dogadać na ulicy, zapytać gdzie można kupić warzywa, chociaż pomidora… ale wszyscy, naprawdę zapytaliśmy o to chyba każdego napotkanego człowieka patrzyli na nas z takim zdziwieniem i niedowierzaniem, że zaczeliśmy się zastanawiać czy tutaj może warzyw się nie jada (dodam tylko, że w Tajlandii, kiedy nasza kuchenka wciąż jeszcze była zepsuta wszyscy raczej rozumieli to co chcieliśmy im przekazać po tajsku a propo jedzenia). Znaleźliśmy wreszcie człowieka, który łamanym angielskim pokazał nam drogę na targ, gdzie kupiliśmy kacze jaja, które okazały się najsmaczeniejsze na świecie! 🙂

DSC02462

DSC02466

DSC02470

Następnego dnia jechaliśmy głównie przez wioski, gdzie ludzie mieszkają tuż przy drodze w prostych drewnianych domach na wysokich palach. Pod podłogą w cieniu podwieszone są hamaki. Przed domami w kwadratowych bajorkach pływają kaczki i kwitną piękne różowe kwiaty lotosu. Dzieci są wszędzie, czasami zastanawiamy jak dostrzegają nas wylegujący się w tych hamakach czy bawiące się gdzieś za domem i nigdy nie opuszczają okazji, żeby nas zawołać, krzyknąć „hello”, czy po prostu pomachać. Tego dnia byliśmy wyjątkowo zmęczeni, więc po 50km zatrzymaliśmy się w zakurzonym mieście Kampong Thom. Czy my pisaliśmy już o tym jak bardzo lubimy sok z trzciny cukrowej? Ach! Uwielbiamy go, szczególnie schłodzony z odrobiną limonki w taki upał… Tym razem w mieście w ulicznych knajpkach próbowaliśmy zapytać czy mogliby ugotować dla nas coś bez mięsa. Próbowaśmy różnie, że jesteśmy wegetarianami, że prosimy bez mięsa, że warzywa tylko. I znów każdy patrzył na nas tym pustym, pytającym wzrokiem. Zastanawiamy się w czym tkwi problem. Nie wymawiamy pewnie tych khmerskich wyrazów z idealną dykcją ale gdyby w Polsce obcokrajowiec zapytał nas ” kcie kiefbaza?” to byśmy raczej podchwycili że szuka kiełbasy. W końcu poszliśmy na targ, gdzie kupiliśmy domowej roboty mleko sojowe i warzywa. Bardzo podoba nam się w Tajlandii i Kambodży, że na straganach za małą kwotę można kupić woreczek ugotowanego ryżu co nieco ułatwia nasze codziennie gotowanie.

Dzieci jadące do szkoły
DSC02474

DSC02489

DSC02492

DSC02496

A na śniadanie zrobiliśmy bagietki ze smażonym w chilli tofu!
DSC02522

Przyklejone włosy do czoła na pot, czyli jest miliard stopni.. 😉 Tomek chyba jeszcze nie przywykł…
DSC02495

Rano obudziliśmy się naprawdę w dobrych humorach, wypoczęci i pełni sił, a wiedzielismy, że przed nami długi dzień. Wyjechaliśmy jak zwykle wcześnie i kiedy tylko założyliśmy sakwy zaczeło kropić, niebo zrobiło się zupełnie czarne, więc zatrzymaliśmy się na chwile na kawę, żeby przeczekać. W końcu ruszyliśmy dalej i kiedy tylko opuściliśmy miasto droga zmieniła się nie do poznania. Asfalt się skończył, a wciąż padający deszcz zamienił kurzową drogę w czerwoną płynącą rzekę. Oblepieni po uda w błocie jechaliśmy dalej, starając się omijać dziury i kamienie. No i rozpadało się na całego i wydaje nam się, że musieliśmy wyglądać naprawdę żałośnie tacy mokrzy i brudni bo po paru kilometrach zatrzymała się obok nas ciężarówka, z której wyskoczył sympatyczny, mały człowiek i zaoferował nam pomoc. Wsiedliśmy oczywiście, rowery wylądowały na pace, dostaliśmy jakieś szmaty, żeby się jako tako wytrzeć i pojechaliśmy. Okazało się, że i tak nie bylibyśmy w stanie przejechać tego odcinka na rowerach w jeden dzień, ponieważ droga była naprawdę w bardzo złym stanie. Ach, ale nam się udało, myśleliśmy radośni, że możemy patrzeć na deszcz przez okno. I dopiero miny nam zrzędły jak dojechaliśmy do Skoun, kiedy wyjęliśmy z samochodu rowery… Cóż powinniśmy o tym pomyśleć wcześniej. Tylko raz Tomek zapytał : Myślisz że z rowerami wszystko będzie okej? Głównie ucierpiał rower Darii, siodełko rozerwane, owijka zerwana, kierownica tak wykrzywiona, że oczywiście do wymiany. Koła w obu rowerach zcentrowane. Człowiek ten wiózł akumulatory, które musiały się przesunąć kiedy jechaliśmy po koleinach i zgnieść rowery. Staliśmy tak na tej drodze i nie wiedzieliśmy czy płakać czy smiać się z własnej głupoty. Tomek zachował zimną krew i znalazł nam szybko jakiś hotel (który okazał się pełen ogromnych karaluchów) i zaczeliśmy wyliczać szkody. Cóż rowery nie nadawały się do dalszej jazdy.

Nie mieliśmy dużego wyboru i ostatni odcinek do stolicy, Phnom Penh pojechaliśmy minibusem (za który chcieli od nas i za rowery 40 dolarów i w końcu zeszło do 10). Szczęśliwie udało się wszystko w rowerach naprawić, jedynie nie mogliśmy znaleźć kierownicy typu motylek. Za nowe siodełko, kierownicę, centrowanie wszystkich kół i ogólny przegląd zapłaciliśmy ponad 80 dolarów, niepotrzebny dodatkowy wydatek, ale cóż mogliśmy zrobić.
Do Phnom Penh jechaliśmy głównie po to aby wyrobić nowe wizy do Tajlandii. Znaleźliśmy informacje, że jest miejsce w mieście (Lucky!Lucky! motorcycles, 413Eo, Monivong Blvd. 60 dolarów za jeden dzień roboczy oczekiwania), gdzie można wyrobić wizę bez posiadania biletu wyjazdu z kraju, który jest normalnie niezbędny. Lecz było to tuż przed weekendem poza tym w piątek akurat wypadało święto w Tajlandii, więc w mieście musieliśmy zatrzymać się na pięć nocy do wtorku (w poniedziałek mogliśmy odebrać wiże dopiero późnym popołudniem). Nie spodziewaliśmy się jednak, że Phnom Penh, aż tak nam się spodoba!

Co pierwsze rzuciło nam się w oczy to ruch uliczny, który jest tutaj naprawdę szalony, szczególnie w popołudniowych godzinach. Każdy myśli tylko o sobie, pcha się do przodu, zajerzdża drogę innym. Jazda tutaj to walka, żeby się przecisnąć, wjechać w jakąś szczelinę pierwszy, trzeba mieć oczy dookoła głowy i koncentrować w stu procentch. Na większości skrzyżowań nie ma świateł, więc trzeba się po prostu pchać. Może to trochę stresujące kiedy się jedzie w tej rzece pojazdów na rowerze, ale i tak cieszy. 🙂 Trochę gorzej jest kiedy idzie się pieszo, ponieważ nie ma tu raczej chodników, a jak już są to służą jako parking, czy zamieniają się w uliczną knajpę. Chodzić wtedy trzeba ulicą, manewrować, wszyscy na ciebie trąbią. A przejścia dla pieszych, które istnieją, w rzeczywistości nie mają racji bytu, nikt nie przepuszcza, nawet nie zwalania, często trąbią tylko jakby mówiąc : złaź z drogi głupi człowieku, przecież jadę!

No i oczywiście stragany z jedzeniem, knajpki na rogach, wąskie chłodne uliczki, gdzie ludzie siedzą przy ścianach i piją mrożoną kawę (którą też bardzo lubimy i do której zawsze w Kambodży dostaje się nieograniczoną ilość jaśminowej herbaty w cenie). Wszystko tętni życiem, ciągle coś się dzieje. Spacerujemy właściwie cały czas, wchodzimy w różne zakamarki, pijemy kolejną kawę, czy jemy pieczonego w liściu banana z klejącym się ryżem. Rikszarze wolają do nas „hello sir, tuk tuk” nawet jak jedziemy rowerami… A wieczorami, kiedy jest chłodniej jest jeszcze więcej jedzenia, świateł, ludzi na ulicach. Przy rzece, na promenadzie odbywa się grupowy aerobik, każdy może dołączyć, kobiety skaczą i machają rękami w piżamach. Woda płynie wolno i odbija w sobie światła miasta po drugiej stronie mostu. Chłopcy po ciemku grają w piłkę, jest naprawdę radosna atmosfera.

DSC02571

DSC02568

DSC02548

Suszone krewetki
DSC02539

Suszone grzyby shiitake
DSC02538

DSC02512

Na targu Phsar Orussey są stoiska typowo wegetariańskie (ich numery to 132,133,169 i 170). Nie jest je wcale łatwo znaleźć, ponieważ numery wcale nie wydają się iść w jakimś logicznym porządku, ale warto:
DSC02573

Ryżowe placuszki, jedne wypełnione porami, drugie jarmużem. Podawane z sosem czosnkowym i chilli. Stoisko nr 104:
DSC02537

Na staraganach można też kupić produkty suszone lub do przygotowania w domu, np te oto wegańskie uszy świńskie… nie próbowaliśmy 😉
DSC02540

Akurat złożyło się, że podczas pobytu tutaj dostałam wysokiej gorączki, ale nie mogłam się powstrzymać i kiedy temperatura spadła do 38,5 zwlekłam się z łóżka i poszliśmy na weekendowy wieczorny targ. Było warto bo cóż to za magiczne miejsce! Na prostokątnym placu, tuż za sceną, na której odbywał się koncert, stoją stragany z jedzeniem. Na każdym straganie jest plastikowy koszyczek do którego nakłada się samemu to na co się ma ochotę. Pieczone w cieście krewetki, mięso, ryby, tofu, smażone warzywa z ryżem, pierogi z warzywami, lody kokosowe, mleka zrobione z soi, fasoli dyni i mnóstwo innych rzeczy. A potem z talerzem siada się na jednej z mat które leżą na ziemi na środku placu, gdzie stoją już różne sosy i zajada. 🙂 Właściwie widzieliśmy jedynie paru turystów, znów czuliśmy, że to naprawdę miejsce dla ludzi stąd, żeby usiąść z całą rodziną i zjeść kolacje i napić się soku z trzciny czy piwa. Właściwie przyszliśmy już najedzeni więc obiecaliśmy sobie, że następnego dnia już napewno tego błędu nie popełnimy. 🙂

DSC02574

DSC02585

DSC02583

Chciałabym napisać o jeszcze jednej rzeczy, celowo na koniec, ponieważ temat zupełnie odstaje od reszty wpisu.
Mianowicie o Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Jest to była szkoła, która po tym jak w 1975 roku Czerwoni Khmerzy doszli do władzy, została zamieniona na więzienie i centrum przesłuchań (S-21). Ciężko jest pisać o pobycie w miejscu, gdzie zostało przetrzymywanych, torturowanych i zamordowanych tak wiele niewinnych ludzi, w tym dzieci. W niektórych klasach, które zostały przerobione na cele wciąż wiszą zielone tablice tuż obok narzędzi tortur, metalowych prętów, którymi łączone były nogi więźniów. Każda nowo przybyła tutaj osoba była najpierw fotografowana. Teraz setki oczu spoglądają ze zdjęć na odwiedzających. Młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni.
Myślę, że cytat z książki „Uśmiech Pol Pota”, którą aktualnie czytamy opisze to miejsce lepiej:

„Stoję przy wejściu do S-21. Wysoki mur wokół terenu, zwieńczony kolczastym drutem. Nad moją głową wisiała przedtem tablica. Na niej widniał napis: Umacniaj ducha rewolucji! Miej się na baczności przed strategiami i taktyką wroga, aby móc bronić kraju, ludu i Organizacji. Teraz już jej nie ma. Tu przystawały ciężarówki. Opuszczano tylko klapy i więźniów ze związanymi na plecach rękami spychano z platform. Ten moment za nim. Myślę, że to musiał być taki sam moment ciszy i odrętwienia, jak gdy pociągi zatrzymywały się w Auschwitz. Wyhamowanie, a potem ta chwila niepewnej drętwoty, zanim wszystko potoczy się dalej. Trwająca parę oddechów. (…) Naziści upatrywali swoich wrogów w grupach. Żydach, Cyganach, homoseksualistach i tak dalej. W demokratycznej Kampuczy i większości komunistycznych dyktatur wrogiem mógł być każdy. Zbrodnia nie kryła się we krwi czy w genach tylko w myśli. Tym samym wszyscy byli potencjalnie wrogami rewolucji. Nikt nie był bezpieczny. (…) Także sowieckie obozu w Gułagu nie były w pierwszym rzędzie fabrykami śmierci. Tam praca, czyli produkcja, była rzeczą główną, a wysoka śmiertelność raczej czymś w rodzaju przykrego efektu ubocznego. Godnego ubolewania, bo do realizacji planów potrzebna była siła robocza. S-21 to całkiem coś innego. Tu śmierć nie znała wyjątków. Członkowie partii, którzy pracowali w pobliżu, a nie znali przeznaczenia S-21, mieli własne lakoniczne określenie. „To miejsce, gdzie się wchodzi, ale skąd się nie wychodzi.””

DSC02523

DSC02527

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s