Inne

Swoją drogą

Jakiś czas temu wzięliśmy udział w konkursie podróżniczych filmów amatorskich pt „Swoją drogą”.

Ale…

nie spodziewaliśmy się, że zajmiemy I miejsce!!!

Dziękujemy raz jeszcze! 🙂

I nasz film konkursowy:

Reklamy

Czekając na lepsze jutro

To już czwarty miesiąc, od kiedy nasze dusze i ciała rozłączyły się. Fizycznie jesteśmy tutaj, zmywając codziennie nowe porcje tłustych talerzy, szorując brudne toalety, serwując setki puszystych latte. Jesteśmy tutaj, byle tylko do poniedziałku, bo wtedy będzie lepiej, bo pojedziemy na rower, byle do czwartku bo wtedy nielubiany pracownik ma wolne, byle do niedzieli bo wtedy to już blisko do naszego wolnego. Lista rozciąga się nieskończenie, wydłuża każdego dnia. Jesteśmy tutaj byle tylko do końca listopada bo wtedy będzie lepiej, bo ten nudny okres w naszym życiu się skończy.
I nawet sam cel nie uświęca już środków. „Pamiętaj to tylko, żeby zebrać troche grosza” – powtarzam sobie cierpliwie kiwając głową i przepraszając kolejny raz kaprysnego klienta.

Psychicznie… hen daleko daleko, pływamy w ciepłych indonezyjskich wodach z żółwiami, jeździmy indyjską rikszą, wąchamy i upajamy się zapachami i kolorami azjatyckich straganów nocą.

Czy dostrzegacie już tą przesmutną paranoję, która nami zawładnęła? Którą sami stworzyliśmy by jakoś PRZETRWAĆ ten czas. Zniszczyć, przeskoczyć teraźniejszość. Czy jednak nie tak właśnie wygląda życie większości z nas? Oczekiwanie wakacji, zmiany pracy, pozorne szczęście które nastąpi kiedy tylko znajde swoją drugą połowę?
Zapominamy o jedynej prawdzie, podstawie naszego życia. Jedyną właśnie rzeczą którą mamy jest obecna chwila! Być może trudno się z tym zgodzić, ale przeszłość i przyszłość nie istnieją naprawdę, tworzymy je bo wydaje nam się, że jesteśmy tym co już przeszliśmy, jesteśmy naszymi planami, nadziejami na lepsze jutro. To złudzenie które stworzył nasz umysł. Bowiem czy mogę żyć wczoraj? Nie. Mogę żyć jutro? Oczywiście nie. Mogę żyć tylko TERAZ!
Nie przecze oczywiście, że warto mieć cel, lecz należy pamiętać, że powinniśmy skupiać się na poszczególnych szczeblach drabiny, po króej się wspinamy.

Mi także było ciężko zrozumieć to zawiłe koło,ten czas który tworzymy. Ale stawiam ostrożne pierwsze kroki, ucze się, dostrzegam już, że tylko ja mam wpływ na to czy będe szczęśliwa.
Tylko ja.

I powiem Ci szczerze, drogi Czytelniku, że ta „magia” działa. Powoli przestaje buntować się przeciw temu co jest, czego zmienić nie mogę. Zauważam, że umysł często zasnuwa rzeczywistość burzową chumrą. Nie pozwole mu na to więcej.
Zaczynam żyć chwilą.
Nie od jutra.
Nie od nowego roku.
Tylko teraz.

~ * ~

Ostatni tydzień spędziliśmy włócząc się po Szkocji, trochę Edynburga, trochę gór i błotnistych spacerów, starych uroczych kościołów, owiec a najwięcej wygłupów i żartów. Na te kilka wolnych dni, które dostaliśmy przyleciała do nas Asia. Niesamowity czas. 🙂

Asia i Tomek


Czy wiesz co jesz?

Pewnie niektórzy z Was słyszeli już o tym, że Frugo znów wróciło na polski rynek. Smak dzieciństwa, kolorowy napój nas też przyciągnął do sklepowej półki. „Mocno owocowy – mocno różowy”. Kolor rzeczywiście rzuca się w oczy, zachęca, przekonuje do kupna. Czy zastanawialiście się kiedyś jakie jest jego pochodzenie?
My też z ciekawością zerkamy na naklejkę. Barwnik – koszenila. Obiło się już o uszy, ale czym właściwie jest?

Koszenila to czerwony barwnik pozyskiwany z odwłoków i jaj mszyc zamieszkujących Amerykę Północną i Centralną. Żeby go otrzymać żywe owady zanurza się w wodzie i pozostawia do wysuszenia lub poddaje się działaniu słońca, pary wodnej lub wysokiej temperaturze.
Z koszenilą można spotkać się w wielu „czerwonych” jogurtach, ptasim mleczku, dżemach, galaretkach, pasztetach czy w gumach do żucia(!). A poza tym drogie panie, wasze cienie do powiek czy róże również mogą ją posiadać.

Zaskakujące?

Z racji rozpoczętego tematu chciałabym podjąć kilka innych wątków, które powinny być interesujące dla „nieświadomych” wegetarian lub też „mięsożerców”.

Nasze zakupy już od dawna charakteryzują się tym, że każdy produkt, który wyląduje w koszyku oglądamy kilka razy sprawdzając skład na opakowaniu. Ze względu na to, że nie jesteśmy weganinami jemy tez sery. I okazuje się, że z tymi serami też różnie bywa. Otóż zawierają one podpuszczkę. Podpuszczka może być naturalna (zwierzęca) lub wegetariańska (uzyskiwana syntetycznie). Podpuszczka zwierzęca to enzym, który występuje w żołądkach cielęcych. Na opakowaniach serów producenci piszą najczęściej po prostu „podpuszczka”. Skąd mamy więc wiedzieć co jemy?

Analogicznie jest z lecytyną sojową. Lecytyna sojowa wbrew nazwie sojowa być nie musi. Pochodzi co prawda w dużej mierze z roślin ale też z jaj i krwi zwierzęcej. Dodawana jest do czekolady, ciast, śmietanki do kawy i wielu innych produktów… Producenci również nie poczuwają się do podania jej pochodzenia.

Dlaczego nie mamy prawa wiedzieć tego co jemy? Kupując czekoladę muszę mieć świadomość, że być może została wyprodukowana z mięsem! Wydawało mi się, że odrzucając mięso z mojego jadłospisu, będę miała wybór – bycia wegetarianką lub nie. Na szczęście są miejsca, do których należy Wielka Brytania, gdzie każdy produkt bezmięsny oznaczony jest zielonym znaczkiem. Mam nadzieje, że i w Polsce będę mogła kiedyś sięgać na półki sklepowe bez obaw.


Nowy dział – filmy

Otworzyliśmy nowy „dział” z naszymi filmami.
Można obejrzeć pierwszy z naszych wygłupów na mazurach 🙂


Powietrze pachnie jak malinowa mamba…

A pachnie od samego rana!
Po wczorajszej wizycie na działce Tomkowej babci mamy dziś malinowy dzień:

Suszone maliny na herbatę

Tarta malinowo-miętowo-czekoladowa:

I gotowe ciasto, a w tle wege malinowa galaretka 🙂 :

Mniam!

P.S A już za 10 dni… MAZURY!! 😀 z Nimi…


Knock knock ?

Halo.. ?
Tyle czasu nic nie pisaliśmy, że prawdopodobnie straciliśmy wszystkich czytelników 😉
Już niemal cztery miesiące minęły od naszego ostatniego wpisu.
Nie było specjalnie o czym. Cały ten czas spędziliśmy w pracy, w Wielkiej Brytanii.
Ten sam hotel z dala od cywilizacji, te same obowiązki.
Po dwóch sezonach pracy w Anglii, nie jesteśmy już w stanie znieść mentalności Brytyjczyków. Jest to pierwszy kraj w, którym poczuliśmy tęsknotę za Polską, za Polakami i ich wiecznym narzekaniem. My wiemy, że w żadnym kraju nie jest idealnie, że żaden naród nie jest perfekcyjny ale Wielka Brytania to dla nas za dużo. W tym kraju rozmowa nie polega na wymianie informacji, poglądów. Polega ona natomiast na wyrzucaniu z mordy jak największej ilości słów, które niekoniecznie muszą mieć sens.
Najlepszy przykład to słynne „How are you”, które nie służy tu praktycznie nigdy zapytaniu ” Jak się masz ? „. To jest taki niekontrolowany wzwód werbalny.
Słuchając Anglików można odnieść wrażenie, że nimi ktoś kieruje, że to kiepsko zaprojektowane roboty.

No ale nie o tym 😉
Za 6 dni zawijamy do Polski, na miesiąc, może dwa.
Na pierwszy rzut idzie Przystanek Woodstock, później być może żagle na mazurach 🙂
I masa, cała masa autostopowych wypadów. Bo za stopem tęsknimy przeokropnie !

Pozdrawiamy
Daria i Tomek.


68 + 2

Tomka :

Darii: