Indie

Swoją drogą

Jakiś czas temu wzięliśmy udział w konkursie podróżniczych filmów amatorskich pt „Swoją drogą”.

Ale…

nie spodziewaliśmy się, że zajmiemy I miejsce!!!

Dziękujemy raz jeszcze! 🙂

I nasz film konkursowy:


Film


Ostatnie chwile w Indiach…

Ostatnie dni tej trzymiesiecznej podrozy spedzilismy w Varanasi, wloczac sie waskimi uliczkami, siedzac nad Gangesem, zajadajac sie pyszna banana dosa i przygladajac sie ludziom. Pisalismy juz kilka razy o tym jak bardzo lubimy to miejsce, dlatego teraz nierozpisujac sie, dodamy tylko kilka zdjec.
Notke piszemy z Delhi, skad jutro rano mamy powrotny lot do Polski.
Goraco pozdrawiamy wszytskich tych, ktorzy sledzili nasze wpisy!

Porady:
– pokoj 2os z wifi w Kedar Guest House 400inr

Smazone orzeszki w piasku z sola


Południe/Północ

Czas naszej miesięcznej podróży po Sri Lance dobiegł końca. Ostatnie dni spędziliśmy nad morzem pomiędzy miejscowościami Hikaduwa i Ambalangoda pod opiekuńczym okiem jednego z najmilszych ludzi jakie dane nam było spotkać w tym kraju. Cały hotelik był tylko dla nas więc dzięki wspomnianemu człowiekowi czuliśmy się jak w domu.
Z Colombo (Stolica Sri Lanki) wróciliśmy lotem z powrotem do Indii- do Chennai, skąd kolejnym lotem udaliśmy się na północ kraju do Kalkuty. To już trzeci raz kiedy znaleźliśmy się w tym przedziwnym, ogromnym – piętnastomilionowym mieście. Poprzednie dwa razy spędziliśmy w taksówce, słynnym żółtym Ambasadorze w drodzę na lotnisko, dlatego tym razem zdecydowaliśmy się zostać dłużej.
Trudno opisać uczucia jakie wzbudziło w nas to miejsce. Po w sumie trzech miesiącach spędzonych w Indiach spowodowało, że nie byliśmy w stanie robić zdjęć. Być może nie znaczy dla Was nic to stwierdzenie, ale byliśmy w takim szoku kulturowym, że nie pozostawało nam nic innego poza przyglądaniem się. Same miasto oczywiście dzieli się na nowsze i starsze dzielnice, ale my wylądowaliśmy w samym środku chaosu, gdzie świnie tarzają się w górze śmieci na środku ulicy, gdzie jedynym dobytkiem ludzi jest koc i szmata zawieszona na chudym ciele, gdzie budynki walą się wprost na ludzi, którzy biorą poranną kąpiel w hydrantach. Dziwność polega na tym, że z jednej strony czuliśmy się przytłoczeni i przygnębieni, z drugiej nie mogliśmy oderwać wzroku od toczącego się tutaj życia. Każdy krok i każde spojrzenie to nowa sytuacja, zdarzenie.

Zawsze podróżując pociągami w Indiach wybieraliśmy sleeper class. Tym razem, wyjeżdżając z Kalkuty nie mieliśmy takiego wyboru ze względu na brak miejsc. Zdecydowaliśmy więc, że pojedziemy najtańszą , najbardziej zatłoczoną klasą, bez rezerwowanych miejsc. Kiedy dotarliśmy wcześniej na dworzec z nadzieją, że uda się nam zaleźć jakieś miejsce od razu rozczarowaliśmy się widząc niekończącą się kolejke ludzi, którzy stali przed pustym jeszcze peronem. Kiedy wreszcie przyjechał pociąg, na dworcu utworzył się tymczasowy ruch, którym kierowała policja, kontrolująca, żeby nikt nie zdołał się wepchnąć. Zupełnie zaskoczył ich widok białasów próbujących się w tym wszystkim odnaleźć i chyba to skłoniło jednego z policjantów, że pomogł nam się wepchnąć i o dziwo znaleźć miejsce! Kiedy tylko usiedliśmy w wagonie rozpętała się wojna o wolne miejsca. Nie tylko siedzące oczywiście. Każdy centymetr przestrzeni wypełnił się ludzkimi ciałami i torbami tworząc jedna więlką krzyczącą masę. Dla samego doświadczenia tego warto było pojechać. Kiedy tylko jakieś miejsce zostało zwolnione ludzie zdawali się budzić z letargu i walczyć o to kto stał bliżej, komu miejsce przysługuje.
W pewnym momencie do pociągu wsiedli hidźra(hijra). Są to osoby w kulturze Azji Południowej uznawane jako trzecia płeć. Ludzie ci jednak urodzoni są biologicznie jako mężczyźni lecz z własnego wyboru lub przymusu, najczęśniej oprócz wstąpienia do samej społeczności pozbawieni są organów płciowych. Kastracja, jako obrzęd religijny przebiega bez żadnego znieczulenia… Swoją kobiecość przesadnie podkreślają ubiorem, makijażem i przede wszystkim ruchami, które w żaden sposób nie przypominają ruchów Hindusek. Na życie zarabiają tańcząc na weselach czy podczac narodzin, przynosząc płodność i szczęście. Jednak większość ich zarobków pochodzi z żebrania, czego byliśmy świadkami, lecz mimo wszystko nazwalibyśmy to raczej wymuszaniem. Kiedy któryś z mężczyzn nie miał ochoty płacić, hidźra łapali go za krocze krzycząć i złoszcząc się. Jeśli zabieg ten nie przynosił oczekiwanego skutku bez żadnego skrępowania podnosili swoje kolorowe sari pokazując okaleczone genitalia… właściwie ich brak. Hindusi wierzą, że hidźra potrafią rzucać klątwy, dlatego większość z nich zawsze płaci.

Z Kalkuty pojechaliśmy do Bodhgaya, gdzie jesteśmy teraz. Miasteczko, gdzie tymczasowo przebywają uchodźcy z Tybetu, gdzie każdego roku przyjeżdżają buddyjscy pielgrzymi by zobaczyć i pomodlić się w znajdujących się tu świątyniach. W mieście na terenie głównej świątyni znajduje się Bodhi tree – drzewo pod którym Budda doznał oświecenia.
Za kilka dni pojedziemy po raz trzeci do Varanasi, które będzie naszym ostatnim przystankiem zanim wylecimy z Delhi do zimnej Polski.

Porady:
– bus z Colombo na lotnisko 23rupie lankijskie
– prepaid taxi z lotniska do centrum Kalkuty 235rupii indyjskich
– pokój w Kalkucie w Paragon Hotel 400rupii/2os
– taxi z Sudder street do stacji Howrah w Kalkucie 120rupii
– pociąg Kalkuta – Gaya , Second class 118/os – 6,5h
– riksza z Gaya do Bodhgaya 120inr
– pokój w Mohammad new hotel w Bodhgaya – 500rupii z wifi/2os

Zdjęcia z Kalkuty:

Mężczyzna dzielący się swoim jedzeniem z ulicznymi psami


Okropny i bezduszny sposób przewożenia kurczaków, dosłownie zawiązanych w pęczki…

Sprzedawca ryb

Do Kalkuty przyjechaliśmy w środku nocy i udało nam się znaleźć taki oto piękny, „więzienny” pokój za niesamowicie wysoką cenę jak na panujące warunki (400rupii). Słyszeliśmy jednak, że generalnie poziom pokoi w mieście jest dużo niższy niż zazwyczaj.

Zdjęcia z Bodhgaya:

Kobieta ręcznie robiąca patyczki do uszu

Ziemniaki z ulicy na ostro za jakieś 60gr 🙂


Mysore, gdzie żółte krowy daja żółte mleko.

Do Mysore przyjechaliśmy, w drodze do Chennai. Zaciekawił nas opis z przewodnika – „Jeśli nie byłeś w Mysore to znaczy, że nie widziałeś południowych Indii”. Okazało się to sporym nadużyciem aczkolwiek Devaraja market – wielki kolorowy bazar, jeden z najstarszych w Indiach zrobił na nas olbrzymie wrażenie. Największa ilość różnego rodzaju bananów, setki naturalnych perfumów, kwiaty, które swoimi kolorami aż kłują w oczy. O, tak Devaraja market to zdecydowanie jeden z najpiekniejszych bazarów na jakich byliśmy.
Tak poza żyjącym bazarem, Mysore to miasto z najwiekszą ilością ulicznego jedzenia. Idąc ulicą nie mogliśmy powstrzymać się od spróbowania kolejnej przekąski i kolejnej i…

A dokładnie za 24 godziny lądujemy na Sri Lance gdzie spotkamy się z Asią. Żegnajcie Indie !

– autobus Somwarpet- Mysore 90INR
– hotel Chamundi Vasathi, zaraz przy bus standzie 500INR/2os

Krowy w Mysore zamiast białych łat mają żółte…spotkaliśmy się z takim czymś tylko w tym mieście i nie mamy zielonego pojecia dlaczego tak jest. Co do tytułu notki i żółtego mleka – chodzi nam o tzw. badam milk, który spróbowaliśmy po raz pierwszy właśnie tutaj. Jest to żółte, słodkie, migdałowe mleko 🙂

Sprzedawca kurczaków

Najmniejszy sklep świata

Masala dosa

Perfumy


Kodagu

Kodagu to obszar w poludniowo-zachodniej czesci Karnataki, ktorego stolica jest Madikeri – zaledwie 30 tysieczne miasteczko. Wiêkszosc wzgorz, ktore rozciagaja sie na calej dlugosci rejonu, pokryte jest plantacjami kawy, pieprzu i wielu innych przypraw. To rejon, który utrzymuje siê g³ownie z upraw i tym samym jeden z najwiekszych importerow kawy w Indiach. Zadziwiajaca rzecza jest to, ¿e kawe parzy sie tutaj jak nasza polska „sypana” z mlekiem i cukrem, ktora smakuje jak woda z ziemia, ale wystarczy powachac swiezo zmielone ziarna, zeby wiedziec, ze tutejsza kawa ma niesamowite mozliwosci. Odpowiednio przygotowana moglaby byc naprawde smaczna.
Z Magda i Sebastianem, para z Polski, która poznalismy w Gokarnie przyjechalismy tu, ze wzgledu na to, ¿e nie moglismy znalezc zadnych konkretnych informacji o tym regionie. Moze to troche dziwny powod, ale z doswiadczenia wiemy, ze im mniej znane miejsce tym bardziej dziewicze, nie skazone turystyka.
Przyjechalismy autobusem do Madikeri, najwiekszego miasta Kodagu. W calym miejscie, na kazdej ulicy mozna zaopatrzyc sie w kazda przyprawe na jaka tylko ma sie ochote, suszone daktyle i figi, domowej roboty wino, ktore wg mnie smakuje jak zepsuty sok jablkowy i miod. Na nasze nieszczescie tuz obok naszego hotelu znajdowal sie budynek, w ktorym puszczano przez caly dzien, kazdego dnia pobytu ta sama piosenke Hare krishna, ktora wg nas brzmiala jak „Alibaba ma banana”, tak wiec kazde z nas przez najblizsze dni w glowach mialo tylko te kilka nut… Samo miasto pomimo kolorowego bazaru nie mialo w sobie nic ciekawego dlatego wybralismy sie na spacer 8 km za miasto, zeby zobaczyc slynny wodospad Abbi falls. Okazalo sie, ze roslinnosc i plantacje przy drodze sa bardziej ciekawe niz sam wodospad, gdzie dopadla nas gromada dzieci, ktore oprocz zrobienia razem zdjecia chcialy wiedziec czy jestesmy kochankami.

Z Madikeri pojechalismy do Somvarpet, malenkiego miasteczka, w ktorym sa tylko dwa male hotele. Od razu zachwycilo nas to, ze wystarczy wyjsc kawalek poza miasto, zeby znalezc sie w innym swiecie, zieleni, soczystej roslinnosci, gdzie zyjacy w wioskach ludzie sa tak niesamowicie przyjazni! Spacerujac droga zostalismy zaproszeni przez pewnego pana, ktory poczestowal nas zielonymi mandarynkami (najlepszymi na swiecie na marginesie) ze swojego ogrodu i wrzucil nam do torby garsc suszacacych sie przed domem ziaren kawy. Idac dalej doszlismy do domu, przed ktorym stala grupa kobiet, ktore wlasnie wrocily z plantacji kawy i ni to zartem ni serio Sebastian zapytal wlasciciela czy mozemy przyjsc i sprobowac naszych sil na plantacji w ramach nowych doswiadczen. Zgodzil sie zebysmy przyszli pojutrze.

Nastepnego dnia wybralismy sie na 20km trekking na gore Pushpagiri – 2gi najwyzszy szczyt regionu Kodagu. Droga na szczyt wiodla glownie przez las i byl to najpiekniejszy las jaki dane nam bylo dotychczas zobaczyc. Roznorodnosc roslinnosci i zapachy uderzajace w nozdrza po prostu powalaly.
Caly las sprawial wrazenie, jak gdyby byl genialnie zaprojektowany. Grube liany wijace sie po wielkich drzewach, przeogromne korzenie drzew, ktorych nigdy wczesniej nie widzielismy – ach po prostu nie do opisania !

W Poniedzialek przyszlismy w umowione miejscie aby doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy. Kiedy nie zastalismy nikogo poczulismy sie troche zawiedzeni. Kiedy mielismy juz zawrocic przyjechal samochod zaladowany kobietami na odkrytej pace. Poszlismy zbierac kawe! Zostalismy obwiazani jak ”profesjonalni zbieracze” dwoma workami, gdzie do jednego wrzucalo sie czerwone – dojrzale owoce, do drugiego te zielone, ktore po wyszuszeniu beda kawa o gorszej jakosci.
Niesamowite bylo doswiadczyc pracy przy zbieraniu kawy razem z reszta stalych pracownikow plantacji.Stoczylismy nawet walke o krzak kawy, ktory obficie owocowal, z kilkoma hindusami i w koncu udalo nam sie nas ich odgonic. Kiedy po dwoch godzinach przyjechal wlasciciel nie mogl uwierzyc, ze nie zartowalismy i ze naprawde tu jestesmy. Oprowadzil nas po swoich plantacjach i pokazal nam inne rosliny, ktore rosly na polach jak pieprz, wanilia czy granaty. Po „zwiedzaniu” zabral nas do swojego domu i poczestowal kawa z wlasnych plantacji, ktora pomimo mleka i cukru byla niesamowicie smaczna!



Wlasciciel plantacji z synkiem

Wieczorem, kiedy spacerujac wracalismy powoli do pokoju, podeszlo do nas dwoch policjantow, ktorzy stwierdzili, ze musimy isc z nimi na komisariat. Czytalismy wczesniej o historiach, gdzie policja w Indiach szukala specjalnie jakichs haczykow zeby tylko wyciagnac od turystow pieniadze. A jako, ze bylismy jedynymi Bialymi w miescie zwracalismy na siebie uwage. Kiedy doszlismy na miejsce zostalismy przyprowadzeni do mezczyzny, ktory powiedzial nam, ze chce zobaczyc nasze paszporty. Kiedy zapytalismy jaki jest cel tego wszystkiego, swietrdzil, ze on ma po prostu wladze, zeby nas wylegitymowac. Kartkujac paszport, doszedl do strony z wiza i powiedzial:
– Na wizie napisane jest, ze powinniscie sie byli zarejestrowac jako turysci do czternastu dni od wjazdu do kraju.
Oczywiscie o niczym takim nigdy nie slyszelismy i od razu wiedzielismy, ze beda chcieli od nas pieniadze.
I wtedy Tomka olsnilo i ze spokojem czytajac omawiane zdanie powiedzial:
– Chyba pan nie doczytal do konca. W tym zdaniu napisane jest, ze dotyczy to jedynie osob, ktore maja wize powyzej 180 dni. Nasza ma dokladnie 180, ani dnia dluzej.
Policjantowi zrzedla mina i poprosil tylko o reszte paszportow, ktore ogladal juz pobieznie i pozwolil nam isc. Obylo sie bez lapowek. 🙂

Kodagu w przewodniku, w tych kilku zdaniach opisane jest jako dom „pieknych ludzi”. Rzeczywiscie patrzac na tutejsze kobiety stwierdzilismy, ze pomimo niskiego wzrostu sa bardzo ladne i co dziwne nawet mezczyzni sa przystojniejsi. Zdecydowanie polecamy to miejsce. Juz kiedy wyjezdzalismy Do Mysore czulismy niedosyt i wiedzielismy, ze kiedy znow bedziemy w Indiach przyjedziemy tu na pewno, zeby odkryc to co Kodagu ma jeszcze do zaoferowania.

Porady:
– autobus Mangalore- Madikeri 102INR
– hotel w Madikeri- Popular residency – 300INR/2os
– autobus Madikeri- Somvarpet 33INR
– hotel Udaia Lodge w Somvarpet, zaraz przy stacji autobusow- 250INR/2os


Gokarna

Ostatni postoj w pisaniu notek spowodowany byl brakiem pradu w miejscu, w ktorym sie zatrzymalismy. Nie planowalismy zostawac podczas tego wyjazdu tak dlugo na wybrzezu, ale uslyszelismy dobre slowko tu i tam na temat plaz i swietnej atmosfery w poblizu Gokarny, wiec pojechalismy. I byla to genialna decyzja.
Wspomnianych plaz jest kilka, im dalej od miasta tym ludzi mniej, bo riksza wszedzie dojechac nie mozna, a nie kazdy ma ochote na spacer z plecakiem po lesie (albo z walizka na kolkach). Zatrzymalismy sie na Half-moon beach, uciekajac od turystycznych Om i Kudle, w glinanej chatce bez pradu. Na plazy znajduja sie tylko trzy miejsca w ktorych mozna zostac, kazde z nich oferuje takie same proste gliniane czy palmowe chatki za 150 rupii. Kiedy przyjechalismy i uslyszelismy jak dlugo zostaja tutaj ludzie, od razu nasunelo nam sie pytanie „Co oni tu tak dlugo robia?”.
Na Half-moon beach zostalismy tydzien, czyli najdluzej w jednym miejscu od poczatku naszego wyjazdu. Co my tam tak dlugo robilismy? No wlasnie…hm… Poznawalismy fantastycznych ludzi. Od dawna nie bylismy w miejscu, gdzie kazdy ma cos ciekawego do powiedzenia, kazdy ma swoja niesamowita historie, poczawszy od Jordana, ktory pisze ksiazke o swojej pieszej podrozy po Ameryce konczac na Jagodzie i Jurku, ktorzy zainspirowali nas swoim zyciem. Historia tych po uszy zakochanych w sobie szescdziesieciolatkow z Polski utwierdzila nas w przekonaniu, ze wiek NIGDY nie stanowi przeszkody na drodze do marzen, ze nigdy nie jest na nic za pozno, a kazdy problem ma rozwiazanie. Poznalismy tez Tale i jej piecioletnia corke Ilinke ze Sloweni, ktore mieszkaja w Grecji w jaskini. Nigdy nie widzielismy jeszcze takiej relacji pomiedzy rodzicem a dzieckiem, ktore rozmawia po angielsku lepiej niz my, ktore dzieki odpowiedniemu wychowaniu potrafi poradzic sobie zupelnie samo. Magde i Sebastiana polubilismy tak bardzo, ze zdecydowalismy, ze w dalsza droge pojedziemy razem, a Marta, ktora pracuje na Sri Lance nie raz zarazila nas swoim optymizmem i usmiechem.
Co wieczor wszyscy zbierali sie w knajpce na kolacje, zawsze ktos gral na gitarze, na plazy palilo sie ognisko, a zachodzace w morzu slonce uswiadamialo, ze minal kolejny dzien, ale jak i kiedy, tego juz nie wie nikt…

Porady:
– pociag Mangalore- Gokarna general 94INR/os
– chatka w Half-moon beach garden 150INR/2 os
– namiot na Om beach W Nirvana cafe 150INR/2 os