Archive for Październik, 2010

Wielki błękit

Bujam się na hamaku i patrzę na bardziej niebieskie niż niebo morze. Nawet stąd, z tarasu naszego domku widzę te wszystkie kolorowe rybki, kraby na kamieniach, koralowce. Wyspa Pulau weh. Nie mogę nazwać tego inaczej niż raj. Nie wiem ile dni już tak sobie żyjemy, leniwych dni, spędzonych na nurkowaniu, popijaniu mrożonej herbaty, jedzeniu owoców.
Dwadzieścia kroków dzieli nas od podwodnego świata, który przeszedł wszystkie moje oczekiwania. Wielkie żółwie, płaszczki, skrzydlice, podwodne węże… Nie raz ściskam mocniej Tomkową dłoń ze strachu czy z zdziwienia. Maleńkie meduzy parzą nas w ręce i nogi, mimo to pływamy dalej i odkrywamy ten niesamowity świat.
Podróżowanie jest cudowne, ale czasem potrafi zmęczyć dwunastogodzinną podróżą ciasnym busikiem, setnym w ciągu dnia „hallo, how are you?” czy upałem. Zrobiliśmy więc sobie „wakacje” i nie spieszno nam stąd wyjeżdżać :).


Człowiek lasu

Jadąc na Sumatrę, mieliśmy jeden główny cel. Coś co najbardziej przyciągało nas do tej wyspy – zobaczyć orangutany. Największe na świecie człekokształtne ssaki.
Obecnie są gatunkiem zagrożonym i występują jedynie na Sumatrze i Borneo.
Po wulkanie Sibayak, następnym punktem naszej podróży po Sumatrze miał być park narodowy Gunung Leuser gdzie żyje około pięć tysięcy naszych czerwonowłosych kuzynów. Konkretniej mieliśmy jechać do wioski Bukit Lawang w której od 1970 roku działa organizacja zajmująca się przystosowywaniem orangutanów do życia w dżungli.
Bukit Lawang jest najbardziej dostępnym miejscem w, którym można je zobaczyć.
Każdego ranka orangutany przychodzą na specjalną platformę i są tam karmione ku uciesze turystów. Coraz więcej o tym miejscu czytaliśmy, coraz bardziej przypominało nam to zoo.
Ale kiedy dowiedzieliśmy się o innym sposobie, wymagającym więcej wysiłku postanowiliśmy to sprawdzić i tak oto wybraliśmy się na dwu dniowy trekking z noclegiem w dżungli, który zaczęliśmy od małej wioski – Ketambe.
Gdy już tam dojechaliśmy, spotkaliśmy jedynych poza nami turystów – parę Austriaków i Szwajcara, którzy od dwóch tygodni podróżują razem.
Zaproponowali nam wspólny trekking, znaleźliśmy odpowiedniego przewodnika i następnego ranka ruszyliśmy. Nasza piątka, jeden przewodnik i dwóch tragarzy, którzy nosili namioty, jedzenie i cały osprzęt. Nam pozostało jedynie wziąć sobie wodę na dwa dni i ubrania.
Powiedziano nam, że o tej porze roku zobaczenie orangutana podczas dwu dniowego treku
Jest całkiem możliwe, mamy 60% szansy. Całkiem sporo.

Zaczynamy o godzinie ósmej rano, najpierw kilometr przez wioskę, potem skręcamy w dżunglę. Wilgotność sięgająca 95% momentalnie staje się bardzo odczuwalna. Nasi przewodnicy wycinają nam ścieżkę piekielnie ostrymi maczetami.
Już po 30 minutach marszu przez dżunglę, zaczynają do nas dobiegać pierwsze dźwięki. To Gibon czarny – mówi nasz przewodnik. Zaczynamy czuć się jak mali odkrywcy. Dookoła ogromne drzewa, soczysta zieleń i te niesamowite odgłosy zwierząt, których nie sposób spamiętać. Po 2 godzinach zauważamy małpy nawołujące wściekle w koronach potężnych drzew. Okazuje się, że to gibon żółty – najczęściej spotykany gibon w tej części dżungli. Obserwujemy je z zaciekawieniem przez jakieś pół godziny i ruszamy dalej.

Zatrzymujemy się przy ponad 100 letnim drzewie z którego wiszą grube liany, nasz przewodnik wiesza się na jednej z nich i leci przez 10 metrów – zupełnie jak tarzan 😉
– Spróbuj – mówi do mnie
– No nie wiem…
– Są bardzo grube i mocne
Przez następne pół godziny bawimy się więc jak dzieci w tarzana latając na lianach 🙂

W pewnym momencie, z nieznanych nam przyczyn wszyscy trzej przewodnicy rozbiegli się w różnych kierunkach. Jak szaleni popędzili w zupełną dzicz, torując sobie drogę maczetami. Po jakimś czasie zawołali nas do siebie. Podbiegliśmy zdyszani, kiedy jeden z nich pokazując palcem na drzewa, mówi do nas:
– Macie szczęście.
To co zobaczyliśmy spowodowało, że wszelkie odgłosy dżungli nagle ucichły w naszych głowach.
Jakieś dwadzieścia metrów nad naszymi głowami ujrzeliśmy rodzinę pomarańczowych, wielkich orangutanów. Zobaczyć „ludzi lasu” w ich naturalnym środowisku, ze świadomością, że żyje ich tu tylko około pięciu tysięcy wywołało u nas naprawdę nieopisane szczęście. Zwierzęta były tak samo zainteresowane naszą obecnością jak my ich i zajadając się owocami wpatrywały się w nas z koron drzew. Ten widok był dla nas wart każdych pieniędzy. Cała nasza piątka ucichła i obserwowaliśmy orangutany przez ponad godzinę
Dzień robił się coraz bardziej parny i gorący.
Idąc wzdłuż rzeki raz się wspinając, raz schodząc po błotnistej, wąskiej ścieżce, gdzie wielokrotnie któreś z nas się poślizgiwało doszliśmy do miejsca, w którym spędzamy noc.
Naturalne gorące źródła. W miejscu łączenia się zimnej rzeki i wrzącego źródła utworzyło się coś w rodzaju naturalnej sauny.
Rozbiliśmy tutaj obóz. Zjedliśmy kolacje i poszliśmy spać do namiotów w samym środku dżungli. Kamień w krzyżu, patyk pod udem, szum rzeki i wrażenia wciąż unoszące się w powietrzu.

Następnego ranka bierzemy kąpiel w gorących źródłach, szybkie śniadanie i idziemy w dalszą drogę. Zdejmujemy buty by przejść na drugą stronę rzeki i zauważamy długiego węża na brzegu. Nasz przewodnik Saherman mówi, że wąż jest jadowity. Lekka konsternacja, ale idziemy dalej. Spędzamy chwilę na pięknym wodospadzie, patrząc na przelatujące wysoko tukany.
Zbliża się popołudnie więc postanawiamy wracać powoli do wioski tak by dotrzeć do wieczora. Przewodnicy obierają inną drogę niż ta pierwszego dnia.
Obserwujemy niesamowicie aktywne Thomas Leaf Monkey. Patrzymy na ich spektakularne skoki z drzewa na drzewo i wściekłe odgłosy jakie przy tym wydają.
Przez resztę drogi mało się dzieje. Mamy jeszcze dwie godziny drogi do wioski. W tym momencie zauważamy orangutana na dość niskim drzewie 15 metrów od nas.
Biegamy za nim, obserwujemy, robimy zdjęcia. Podziwiamy to niesamowite stworzenie.
Nasz przewodnik wydaje jakieś niezidentyfikowane odgłosy i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu orangutan schodzi coraz niżej. Jest 10 metrów od nas. Daria aż krzyczy z podniecenia. Idzie po drzewach w naszym kierunku. Postanawiam wspiąć się na porośnięte ssuwające się zbocze by widzieć go jeszcze bliżej. Wchodzę a orangutan obraca się w moją stronę
Ten moment. Dosłownie kilka sekund w, których wzrok orangutana spotkał się z moim. Moment w, którym byłem zaledwie 4 metry od niego i poczułem na sobie jego wzrok był esencją tej wyprawy. Dla tej jednej chwili mógłbym przejść kolejne kilometry przez wilgotną dżunglę, zostać pogryziony przez komary i być znów piekielnie zmęczony. Bo była to jedna z najbardziej wyjątkowych chwil w moim życiu.

Po 2 godzinach drogi docieramy do wioski. Jesteśmy spoceni, śmierdzący, nasze ubrania kleją się jak nigdy, nogi wchodzą nam w tyłek ale jesteśmy przeszczęśliwi. Doświadczyliśmy czegoś niesamowitego, czegoś ponad wszelkimi standardowymi atrakcjami kraju.
Przytulamy się do siebie i cieszymy się, że mogliśmy się tą chwilą dzielić.
Żadne zdjęcia nie pokażą tego co my już zawsze będziemy mieli w pamięci.

Koszt trekkingu na osobę – 120zł z pełnym wyżywieniem i noclegiem w dżungli.

A teraz sie byczymy…Ale o tym pozniej.


Gunung Sibayak zdobyty

Godzina lotu samolotem i wreszcie jesteśmy w kraju, na który czekaliśmy z taką niecierpliwością. Indonezja – Sumatra. Opuszczamy Medan jak najszybciej się da łapiąc mini busa. O tym jak nisko jest sufit dowiedziałam się dopiero po tym jak zaklinowałam się w wąziutkim przejściu razem z plecakiem. Podskakując na twardych siedzeniach docieramy do Berestagi.

Ulice do złudzenia przypominają Indie. Mnóstwo ulicznych budeczek, stoisk i knajpek z tą że różnicą – wszystko z mięsem…Od razu idziemy na targ owocowo-warzywny i kupujemy kilogramy nowych owoców. Snake fruit (wężowy owoc), passion fruit, marakuje… Jesteśmy w siódmym niebie :). Oczywiście musieliśmy spróbować też tutejszego, znanego i o dziwo wegetariańskiego dania Gado-gado. Warzywa, tofu i ryż w sosie orzechowym…Mniam! A wszystko popijane mleczną herbatą z… gałką muszkatołową! Na kolacje wybieramy tutejszy przysmak – banany smażone w cieście. Bez jedzenia życie byłoby smutne.

Następnego dnia pomimo mgły i wichury przełamuje obawy i strach. Ruszamy na wulkan Gunung Sibayak. Droga stromo pnie się do góry, pot leje się po plecach. Po trzech godzinach wspinania drogą wśród dżungli i kilku moich kryzysach docieramy na górę. Widok na oddalony kilka kilometrów inny, większy wulkan i krater, na który dotarliśmy sprawia, że jesteśmy dumni i wiemy, że było warto. Wokół rozchodzi się dźwięk nadlatującego samolotu. To żółty, śmierdzący zgniłymi jajkami gaz ulatniający się z wnętrza ziemi. Jesteśmy sami, żadnych turystów, żadnych wpatrzonych w nas oczu. Wracamy inną drogą, trudniejszą po śliskich skałach i kamieniach. Jesteśmy zmęczeni. Przyjemnie zmęczeni bo zdobyliśmy pierwszy w naszym życiu wulkan.


Jak smakuje durian?

Dostajemy małą naklejkę, bilecik by znów znaleźć się w innym świecie. Oddalamy się trzy kroki od kontuaru i po raz kolejny dżungla oplata nas swoimi zielonymi ramionami. Jak na komendę oboje milkniemy by móc słuchać otaczającego nas życia. Cudownie.
Gorące, mokre powietrze oblepia nas z każdej strony, okulary parują, pot cieknie po twarzy. Wspinamy się pod górę, za chwile opadamy w dół, przytrzymując się gałęzi i drzew by nie poślizgnąć się na błotnistej ziemi. Pod nogami i nad głowami autostrady termitów.
Czujemy się jak mali odkrywcy, cieszymy się jak dzieci. Motyl! Motyl wielkości mojej dłoni, widziałeś jaki kolorowy?! Mijamy jezioro i trafiamy na plażę Pantami Kerachut. Góra pięć osób, szum morza i marzenia żeby zobaczyć jednego z słynnych tutaj żółwi morskich. 30 km od nowoczesnego, turystycznego Georgetown, w którym się zatrzymaliśmy i odnajdujemy naturę i spokój.

Do Georgetown na wyspie Penang przyjechaliśmy, żeby ubiegać się o indonezyjską wizę. Wbrew temu co pisało wiele osób, dostaliśmy ją bez żadnych problemów. Czeka nas 2 miesiące w Indonezji!

Wciąż brakuje nam Indii. Jesteśmy w Malezji ale jemy w knajpach indyjskich w Little India.
Soki z ulicy nie te same, rozwodnione z toną lodu. Masala tea za 2 zł (w Indiach 30gr), bez mleka!! Owoce i jedzenie droższe niż w Polsce. Nawet naganiacze jacyś tacy ospali i niepewni. Wszędzie czysto, na każdej ulicy śmietnik. Gdzie się podziały krowy??…

P.S. Najdroższe piwo świata – 15zł za butelkę Heinekena w markecie…
P.S.2 Wracając z Cameron Highlands para Hindusów, która zabrała nas na stopa zatrzymała się przy ulicznym straganie. „Chcecie spróbować duriana, króla owoców Azji?”. Słyszeliśmy o nim już wcześniej wiele historii. Nie wolno go na przykład wnosić do autobusów czy hoteli ze względu na jego zapach. Ale ponoć dla smaku warto się przemóc. Zgodziliśmy się więc chętnie i ku naszemu zdziwieniu durian nie śmierdział aż tak jak się tego spodziewaliśmy. Natomiast jego lepka, maziowata konsystencja i smak (trochę jak cebula) nie przypadły nam do gustu.


Wywiad w drodze – Renata, Mariusz i Marta

Kolejna część „Wywiadu w drodze”. Tym razem podróżująca rodzinka:

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażacie sobie podróżowania.

Po pierwsze Polska – bo od tego kraju zaczynaliśmy. Do dziś pamiętam swoje “członkostwo” w klubie PTTK szkoły podstawowej nr 43 w Sosnowcu, rajdy terenowe po Jurze i Beskidach. Co prawda członkostwo zakończyło się wyrzuceniem mojej skromnej osoby z hukiem 🙂 zupełnie niesłusznie zresztą – ale i tak nie zabili mojej potrzeby “szwendania” się. Późniejsze, już samodzielnie organizowane wypady w Tatry, Beskidy, Sudety czy na Mazury.

Po drugie – Stany Zjednoczone – za “enjoy the ride”, ogromne przestrzenie “niczego”, które się do tego świetnie nadają, za wprost kosmiczne parki narodowe południowego zachodu i most Golden Gate – gdzie utwierdziłem się w przekonaniu, że chcieć to móc.

No i po trzecie Meksyk – za chaos stolicy, za uśmiechy ludzi, za klimatyczne uliczki Guanajuato no i za to że nauczył nas pokory do siebie i drogi jaką mieliśmy przed sobą.

2. Co jest dla Was najważniejsze w podróżowaniu?

Wolność wyboru, poczucie decydowania o tym co robimy i kiedy. Za możliwość bycia razem (co czasem nie jest łatwe) i patrzenia na to samo na swój sposób. I to wszystko mimo narzuconej marszruty przez bilet RTW – co też daje pewien komfort – tym bardziej, że nasza podróż z wielu względów nie może być “neverending”.

3. Jak długo się przygotowywaliście przed wyprawa?

Mentalnie – pewnie całe dorosłe życie. Jak sięgam pamięcią to już w podstawówce po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał Szklarski i May miałem wytyczoną trasę na mapie (która zresztą wisiała na ścianie zamiast plakatu Modern Talking).

Technicznie jakiś rok. Wydawać się może, że to długo – ale jak się ma wyjechać w trójkę na dodatek z dzieckiem to i koszty przedsięwzięcia są wyższe, więc dochodzi okres zintensyfikowanego oszczędzania (nie mamy wpisane w dowodzie zawód: “syn/córka”). Do tego szczepienia – tutaj też trzeba wyważyć wszelkie ryzyka i w odpowiednim momencie się zaszczepić (chodzi o najmłodszego uczestnika wyprawy), przemyśleć trasę by wpasować się “mniej więcej” w pogodę, urlopy (bezpłatny i wychowawczy) itd. Jakoś sobie zorganizować zobowiązania kredytowe itd.

4. Co Was wkurwia?

Było by fantastycznie napisać, że nic – ale to nieprawda. Rzeczywistość jest taka, że bardzo wiele rzeczy. Podróż miała pomóc w nabraniu dystansu do pewnych wkurzających “czynników zewnętrznych” – cel osiągnięty połowicznie bo choć poprawę widać to jeszcze długa droga przed nami.

[M] ludzie których motto życiowe brzmi: “nie ważne że mam życie do dupy – ważne że ten obok ma jeszcze gorzej”

5. Za czym tęsknicie najbardziej?

Oczywiście za bliskimi. Ale też (co nas osobiście zaskoczyło) za naszymi polskimi smakami, bigosem, żurkiem z kiełbasą itd.

Zaczynamy też tęsknić za miejscami, które odwiedziliśmy na naszej trasie, za “naszym” tarasem w Guanajuato, za pustą 212 w Montanie, kawą w Vancouver czy za czasem jaki spędziliśmy w Panguitch w Utah.

[M} – za zabawkami 🙂

Dalsza część


Autostopowa Malezja – Cameron Highlands

Pierwszego stopa złapaliśmy już z lotniska w Kuala Lumpur.
Z lotniska do Cameron Highlands dostaliśmy się w 4 godziny (250km).
Autostop w Malezji jest niesamowity i śmiało może ona konkurować z równie świetną pod tym względem Turcją.
Już wcześniej wiedzieliśmy, że chcemy ominąć moloch jakim jest Kuala Lumpur, może kiedyś tam wpadniemy ale teraz nie mieliśmy na to ochoty. Pędzimy więc prosto do miasta Georgetown na wyspie Penang gdzie będziemy aplikować o indonezyjską wizę i próbować łapać jachtostop na Sumatrę.
Po drodze jednak zajechaliśmy na 3 dni do Cameron Highlands słynących z największych w Malezji plantacji herbaty. Już od pierwszych chwil pokochaliśmy to miejsce! Tak bujnej i soczystej zieleni nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie wcześniej. Pola herbaciane przywodzące na myśl miękkie zielone dywany pokrywające wzgórza, kobiety z wielkimi koszami na plecach zbierające liście, uśmiechnięci Malezyjczycy.
Na dziś zaplanowaliśmy spacer do wodospadu Robinsona, którego niestety nie znaleźliśmy. Po krótkim czasie droga zamieniła się w leśną, mokrą, śliską ścieżkę. I tak weszliśmy wprost do dżungli oszołomieni tym co nas otoczyło. Rośliny zrośnięte ze sobą wręcz w jedną całość, cykady, kolorowe ptaki, pełzające pod naszymi stopami stworzonka i wszechogarniająca wilgoć. Po 10 km spaceru doszliśmy do wioski, gdzie niestety koniecznie musiałam iść do toalety. I tak z własnej głupoty, wchodząc na czyjeś podwórko zostałam pogryziona przez psa co niestety skończyło się tym, że musieliśmy złapać stopa do szpitala. Zastrzyk, obmycie ran, antybiotyki i zapewnienie lekarza że w Malezji nie występuje wścieklizna. To wszystko za 40zł. Trochę nam to napędziło stracha ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.