Archive for Wrzesień, 2010

Mcleod Ganj

Pobyt w Mcleod Ganj to dla nas przede wszystkim spacery wśród chmur przerywane pysznymi tybetańskimi posiłkami, zachwycanie się pierwszy raz widzianymi zwierzętami i odwzajemnianie uroczych uśmiechów mnichów.

Spędziliśmy tu 4 dni i gdyby nie spacery za miasto i jeden krótki trekking który odbyłem mielibyśmy dość po 2 dniach.
Spodziewaliśmy się cichego miasteczka na zboczu wzgórza, miejsca spokojnego z mnichami przechadzającymi się wśród uliczek. Mnisi owszem byli ale zupełnie znikali w tłumie białasów.
Zatrzymaliśmy się w przemiłym hotelu należącym do klasztoru. Czysty pokój z dzieloną łazienką kosztował nas 150 INR(9zł za 2os). Codziennie rano budziły nas śpiewane mantry sprzątającego chłopaka, którego uśmiech był najszczerszy na świecie, można się było nim zarazić 😉 Byliśmy pod wrażeniem tego jak bardzo pogodni są ci ludzie. Kiedy przyszło nam płacić recepcjonista zapytał ile właściwie dni tu spędziliśmy… 🙂

W Mcleod Ganj, Daria spełniła swoje małe marzenie. Podczas jednego ze spacerów za miasto zobaczyliśmy olbrzymiego, szybującego nad naszymi głowami orła. Aż piała z zachwytu 🙂
Innego dnia widzieliśmy mangustę a ja podczas mojego samotnego trekkingu widziałem jakieś bliżej niezidentyfikowane małpy.
Przeszedłem 16 km przez dwie malowniczo położone wioski, z 4 domami na krzyż, z kobietami piorącymi swoje sari w dziurawych miskach. W jednej z wiosek zostałem poczęstowany herbatą a gdy chciałem zapłacić gospodyni odmówiła stanowczo. Później obserowałem hindusów biorących kąpiel w górskiej rzece. Dla tego trekkingu warto było przyjechać do Mcleod.

Kuchnia tybetańska to kolejna rzecz, która nas tu zauroczyła. Wegetariańskie momosy, makaron chowmein i paratha popijane najlepszym indyjskim chaiem jaki piliśmy to właściwie nasze codzienne menu. Strasznie będzie nam tego jedzenia brakowało.
Co do jedzenia to jesteśmy nieco wystraszeni bo wyczytaliśmy, że Indonezja to całkowite przeciwieństwo Indii jeśli chodzi o wegetarianizm. Nawet Lonely Planet pisze, że wegetarianie będą mieli ciężki przeżycia w Indonezji. Wygląda na to, że będziemy ciągnąć 2 miesiące na ryżu i owocach 😉

***

Dzisiejszy dzień spędzamy w Haridwarze miejscowości, w której byliśmy już wcześniej z Kasia i Przemem. Kiedy opuszczaliśmy to miejsce słanialiśmy się od słońca i żaru lecącego z nieba. To co zastaliśmy dzisiaj totalnie nas zaskoczyło. Ulice toną w wodzie. Ludzie brodzą po kolana w rwącej rzece niosącej ze sobą wszystko co napotkała na swojej drodze. Szukając hotelu przemokliśmy do suchej nitki w deszczu, który pada tu nieustannie od czterech dni…

*** Dodaliśmy nowe pozycje do działu wege smaki 🙂

Reklamy

Nowy „nabytek”

Kasia i Przemo gubią aparaty, a my znajdujemy??…
Siadamy sobie w kafejce internetowej. Otwieram plecak celem policzenia pieniedzy.
W środku znajduje aparat! Nie, nie nasz aparat. Sprawdziłem 2 razy czy to rzeczywiście nasz plecak. Oglądam z każdej strony, badam zawartość. Patrzę czy czasem ktoś nie zamienił się ze mną na lustrzankę. Wszystko na miejscu.
Nie mamy pojęcia w jaki sposób on się tam znalazł. Tym bardziej, że plecak miałem prawie cały czas na sobie.
No cóż, nie ma co dociekać. Canon ixus 75 to nasz drugi aparat na resztę podróży 😉

Czy takie rzeczy naprawde się zdarzają???


Ladakh nie tym razem

Tak, następna notka miała być z Leh. Tak, dziś wieczorem mieliśmy tam być. Nasz budżet rzucił nam jednak kłodę pod nogi.
Miejsce, do którego marzyło mi się jechać jak tylko dowiedziałem się o jego istnieniu.
Wiedzieliśmy, że tam pojedziemy niemal w chwili kupna biletów do Indii. Później zmieniliśmy plany ze względu na powódź o czym pisaliśmy Tutaj
Ciągnęło mnie tam dlatego, że kraina ta jest przez większą część roku niemal całkowicie odizolowana od świata, chciałem zobaczyć spokojne życie jednej z nielicznych buddyjskich populacji na świecie, chciałem zachwycić się majestatem Himalajów i przejechać przez najwyższe przełęcze świata.
Nawet Daria, która nie jest wielką fanką górzystych terenów nie mogła się doczekać. Ale od początku…

Autobus z Rishikesh do Dehra Dun mieliśmy około godz 12. Rozstanie z Kasią i Przemem było nieuchronne i wszyscy o tym wiedzieliśmy. Strasznie zżyliśmy się przez te kilka dni w Delhi i przez kilka następnych w sielankowym Rishikesh.
Tęsknimy za Wami już teraz, już po 2 dniach. Szkoda, że Was z nami nie ma!

W Dehra Dun byliśmy po 2 godzinach, wsiedliśmy do następnego autobusu. Spokojna jazda po zielonych ternach Himachal Phradesh.
W międzyczasie zmiana autobusu gdzieś na pustkowiu, wszyscy nagle wybiegają i wbijają się na chama do podstawionego autobusu jak banda kiboli. Po chwili robimy więc to samo, ciężko nam się przedostać na nasze siedzenia, w dodatku są już zajęte. Mówimy jakiemuś facetowi, że to nasze miejsca, ten wydziera się w hindi na tych co nam zagrabili miejsca i po chwili siedzimy z plecakami na kolanach. Tłok większy niż w Delhijskim metrze w godzinach szczytu 😉

Po męczacych 18 godzinach jazdy lądujemy w Manali. Z Lonely Planet wywnioskowaliœmy, że najlepszą opcją jest pojechanie do Keylong (110km od Manali), nocleg tam, a na drugi dzień całodzienny autobus do Leh. Kosztować nas to miało 600 INR od osoby.
W normalnej sytuacji byłaby to rzeczywiście najlepsza opcja ale o naszym błędzie dowiadujemy się dopiero w Keylong.
W Lonely Planet wyczytujemy, że te nieco ponad 100km jedzie siê 6 godzin. Na północ od Manali rozciągają się bowiem Himalaje.
Autobus pełny, ruszamy więc. Po 10 km mówię do Darii:
– No obudz się, zobacz gdzie jesteś!
– Niesamowite !
Niezliczone wodospady, piękne wzgórza, niesamowita zieleń.
Po jakichś 30 km pozostaje nam milczeć i z rozdziawionymi gębami oglądać to wszystko co dookoła nas.
Himalaje, WIELKIE Himalaje. A my pniemy się w górę przełęczy Rohtang La. 3978 m.n.p.m. Rzecz nie do opisania.
Potężne szczyty, podnoszące poziom adrenaliny przepaście, kilka rozbitych ciężarówek w dole. A my mkniemy z prędkością 40km/h tym razem w dół, 20 cm od krawędzi przepaści, mijamy inne ciężarówki o długość paznokcia. Ale wśród nas te piękne góry, ośnieżone szczyty a w dole górska rzeka.
Nie wierzę w boga, wierzę w naturę !
Jest to najpiękniejsze miejsce jakie dane nam było zobaczyć w życiu !

Mówimy sobie, że przecież to tylko zalążek, że prawdziwe Himalaje zaczynają się za Keylong, że jutro tam będziemy, że razem przejedziemy przez najwyższą przełęcz świata, jutro Ladakh !
Po 8 godzinach jazdy wysiadamy na dworcu w Keylong i czar pryska. Droga do Leh zamknięta. To znaczy otwarta ale jakaś inna, trzeba wróciæ do Manali i stamtąd drogą alternatywną NIE przez Keylong do Leh.
Aż nam się płakać zachciało. Podchodzi do nas jakiś facet pyta czy chcemy jechać do Leh. Pojawia się iskierka nadziei ale mówię mu:

– Jak to przecież droga zamknięta ?!
– Możemy zorganizować taxi z manali.
– Ile ?
– 1650 INR od osoby

Przez chwilę nawet się zastanawiamy, ale nie, to kompletnie nie wchodzi w rachubę. Nasz budżet chyba by się powiesił.
Podejmujemy decyzję, że nazajutrz wracamy do Manali. Idziemy do centrum Keylong. W centrum 3 sklepy i 1 knajpa bo przecież to mała wioska. Ludzie są tu wspaniali. Zero nachalności. Spokój i uśmiech. Jeśli tak ma być w Ladakh to jeszcze bardziej chcemy tam jechać.

Następnego ranka wsiadamy do autobusu w kierunku Manali. Wolne miejsca tylko z tyłu więc siadamy z plecakami i jemy nasze pierwsze momosy (tybetańskie pierogi). Wspaniałe !
Jak się później okazało miejsca z tyłu były wolne nie bez powodu. Przy większych dziurach, jakich pełno na tej drodze skaczemy na wysokość około 40cm (Nie, nie koloryzuję). Dupy mamy obolałe niemiłosiernie i aż nam się mózgi telepią jak lądujemy na twardym krześle. Pasażerowie lokalsi zerkają na nas przy tych podskokach jakby chcieli się upewnić czy my to przeżyjemy 😉
Śmiejemy się z tej jazdy jak szaleńcy. Daria, która ma chorobę lokomocyjną nawet nie odczuwa bólu głowy. Jest naprawdę wspaniale. W myślach wpisujemy Ladakh na numer 1 miejsc, które chcemy zobczyć przy następnym pobycie w Indiach bo po jeździe do Keylong mamy 10 razy większego smaka niż na początku.

Spacerujemy po Old Manali. Głównym produktem w sklepach są lufki, fajki wodne i inne bajery do palenia trawy bo Manali to indyjska stolica marihuany.

Jutro wieczorem nocnym autobusem jedziemy do Dharamsali, a stamtąd do Mcleod Ganj żeby zjeść minestrone i momosy u Tybetanki i skosztować setek rodzajów herbat. Zupełnie jak w Rishikesh 🙂


Wśród mostów, małp i Gangesu

Zaraz po kilku dniach spędzonych w Delhi ruszyliśmy pociągiem razem z nowymi towarzyszami podroży do Rishikesh. Od pierwszych chwil bardzo spodobało nam się to miasteczko, bo jak pisaliśmy wolimy spokojne i urokliwe miejsca. Miasto składa się z dwóch części, które przecina ogromny i strasznie rwący Ganges. Zrobił na nas duże wrażenie, bo pomimo swojego brudu, wysokiego poziomu i wielkich wirów Hindusi kąpią się w nim, polewając się świętą wodą. Obie części łączą ze sobą dwa bardzo wąskie mosty, po któych skaczą małpy i podkradają ludziom jedzenie. Całę to miejsce otoczone jest zieleniącymi się górami i chmurami. Cudnie 😉
Dni upływają nam na spacerach po wąskich uliczkach, oglądaniu straganów, jedzeniu pysznej kukurydzy z ogniska podawanej z cytryną i przyprawami, piciu hektolitrów przeróżnych herbat i ogólnym nicnierobieniu 🙂

Cały wczorajszy dzień spędziliśmy na spacerze całą ósemką nad wodospad. Tereny były tak piękne, że sama droga była dla nas atrakcją, pomimo tego, że większość narobiła sobie pęcherzy. Po lewej stronie szalony Ganges, po prawej rośliny, małpy i całą drogę asekurujace nas dwa pieski 🙂 Do samego wodospadu trzeba było się trochę powspinać, brodząc w spływającej z gór wodzie, omijając gałezie (kto omijał to omijał…) i zsuwające się kamienie. Ale to co znaleźliśmy na końcu drogi przeszło wszystkie nasze oczekiwania! Chłopcy od razu wskoczyli pod wode, a my z Kasią piszczałyśmy z radości i zachwycenia! 🙂 Najpiękniejszy wodospad jaki widzieliśmy w życiu… 🙂 I mieliśmy okazje oglądać go razem.

A wieczorami, kiedy wszyscy już śpią i bramy miasta są zamknięte przesiadujemy z Kasią i Przemem do rannych godzin prowadząc niekończące się rozmowy i śmiechy 😀
Bo okazało się, że wieszanie prania w pokoju przez Tomka to najśmieszniejsza rzecz na świecie 😀

Dalej kierujemy się na północ do Manali i ze smutkiem musimy się pożegnać z naszą młodą parą i jej rodzicami.

Musimy dodać jeszcze jedną rzecz 🙂 Zrobiło nam się przeogromnie miło, kiedy Kasia z Przemkiem uznali, że jesteśmy jedynymi ludzmi, z którymi mogliby podróżować na dłuższą męte :))))


Z Kasią i Przemem w Delhi

Kasię i Przema poznaliśmy jakoś w kwietniu 2009 roku. Planowaliśmy wtedy nasz pierwszy wyjazd autostopowy. Przypadkiem trafiliśmy na ich bloga i zafascynowała nas ich droga do Iranu. Byli dla nas drugą po Kindze i Chopinie inspiracją autostopową.
Zadaliśmy im więc mnóstwo pytań o Iran i już byliśmy pewni wyjazdu gdy wybuchły zamieszki w związku z wyborami w Iranie. Zmieniliśmy więc plany.
Po powrocie strasznie chcieliśmy ich poznać, pogadać o podróżach stopem, podzielić się wrażeniami ale nie dane nam było. Zawsze coś stało na przeszkodzie.
Później okazało się, że będą w Indiach w tym samym czasie co my i, że biorą tam ślub !
Zapytali nas czy zostaniemy ich świadkami. Nas, których nawet nigdy na żywo nie widzieli…
No to się zgodziliśmy i z południa Indii w 2 tygodnie, w szaleńczym tempie dotarliśmy do Delhi. Jak się okazało było warto. Bo Kasia i Przemo są absolutnie, kompletnie niesamowici.
Odebrali nas z dworca na drugim końcu miasta i nawet załatwili nocleg 🙂
Potem włóczyliśmy się 2 dni po Delhi, rozmawialiśmy, piknikowaliśmy w pomieszczeniu z bankomatem, targowaliśmy się razem i jedliśmy w knajpie z menu tylko w hindi 🙂

Zaproponowali, żebyśmy pojechali z nimi i ich rodzicami do Rishikesh. A my oczywiście się zgodziliśmy, żeby pobyć te kilka dni dłużej z tymi wspaniałymi ludźmi 🙂