W mieście ptaków

Do Orchha trafiliśmy zupełnie przypadkiem, kierowani Tomkową intuicją. Miasteczko pogrążone było jeszcze we śnie, kiedy rikszarz wysadził nas na placu centralnym tuż przy robiącej wrażenie świątyni. I co teraz ze sobą począć? Noc była przecudownie chłodna, wszystko było zamknięte, więc postanowiliśmy zaczekać, aż budzące się miasto zmieni się nie do poznania i oczaruje nas swoim urokiem.
Uważając by nie nadepnąć na którąś z wielu śpiących krów w tych egipskich ciemnościach, o dziwo trafiliśmy na otwarty, maleńki, uliczny sklepik, przed którym żywo dyskutowało kilku starszych mężczyzn popijając herbatę. Dosiedliśmy się do nich nieśmiało i poprosiliśmy o herbatę, która jak stwierdził Tomek musiała być z dodatkiem czekolady (to miejsce stało się później naszym ulubionym herbacianym zakątkiem).
Już po godzinie zupełnie niespodziewanie słońce zaczęło wschodzić. Mieliśmy okazję obserwować budzące się życie uliczne, pierwszych zaspanych przechodniów, pozdrawiające nas wesoło dzieci szykujące się do szkoły.
Orchha to obok Himalajów najlepsze miejsce w jakim byliśmy w Indiach. Zupełnie nas oczarowało.

Dnie mijały nam na spacerach, rowerowych przejażdżkach, podglądaniu codziennego życia Hindusów.
Jak to możliwe, że w jednym miejscu żyje tylu pogodnych, uśmiechniętych ludzi? Ktoś podaje ci ręke na powitanie, wychodzące ze szkoły dzieci na przerwę obiadową krzyczą dopiero co poznane angielskie słówka, kiedy wdepniesz w jeden z wielu krowich placków ktoś zaraz poda ci dzbanek z wodą do umycia się…

Na domiar tego wszystkiego okazało się, że przyjechaliśmy w momencie gdy miasteczko obchodzi święto Ganesh Chaturhi. A dowiedzieliśmy się o tym zupełnie przypadkiem, kiedy pewnego razu uderzyła w nas fala tańczących na ulicy ludzi, obsypujących się kolorowymi proszkami po twarzach, głowach i w ogóle po wszystkim :). Głośna muzyka, kolory, roześmiani ludzie…A między tym wszystkim snujące się wielkie ciężarówki i traktory, wypełnione do granic możliwości szczęśliwymi ludzmi. Cała ta ceremonia powtarzana kilka razy dziennie przez parę dni zawsze kończyła się nad rzeką Betwa, przy której obu brzegach wznoszą się imponujące świątynie. Ludzie zbierają się na ghatach (schodach prowadzących wprost do rzeki) i okadzają pachnącymi kadzidłami przyniesione z miasta figurki Ganeshy, boga o twarzy słonia, a następnie razem z mnóstwem kwiecistych wieńców wrzucają do wody.

Jednak to co najbardziej spodobało nam się w tym miasteczku, był ogrom i różnorodność ptaków. Wszystkie wolne, ćwierkające, skrzeczące, latające nad naszymi głowami powodują, że miejsce to wyróżnia się od innych. Pawie w lesie, sępy obserwujące okolice ze szczytów świątyń , krążące nad miastem na tle zachodzącego słońca, wrzeszczące kolorowe papugi, dudki o pstrokatych piórkach, niebieskie zimorodki i wiele innych, których nawet nie potrafię nazwać.

Zabraliśmy się wreszcie za czytanie Kapuścińskiego, czytamy „Podróże z Herodotem” i jesteśmy zachwyceni. Wcześniej nie mogliśmy się co do niego przekonać ze względu na to ,że minęło już 40-50 lat od jego licznych podróży, które opisuje w swych książkach. Baliśmy się, że od tego czasu wszystko uległo zmianie. Jak się jednak okazuje większość wątków Indyjskich wciąż jest aktualnych.
Polecamy Kapuścińskiego !

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s