Archive for 13 września 2010

Nowy „nabytek”

Kasia i Przemo gubią aparaty, a my znajdujemy??…
Siadamy sobie w kafejce internetowej. Otwieram plecak celem policzenia pieniedzy.
W środku znajduje aparat! Nie, nie nasz aparat. Sprawdziłem 2 razy czy to rzeczywiście nasz plecak. Oglądam z każdej strony, badam zawartość. Patrzę czy czasem ktoś nie zamienił się ze mną na lustrzankę. Wszystko na miejscu.
Nie mamy pojęcia w jaki sposób on się tam znalazł. Tym bardziej, że plecak miałem prawie cały czas na sobie.
No cóż, nie ma co dociekać. Canon ixus 75 to nasz drugi aparat na resztę podróży 😉

Czy takie rzeczy naprawde się zdarzają???

Reklamy

Ladakh nie tym razem

Tak, następna notka miała być z Leh. Tak, dziś wieczorem mieliśmy tam być. Nasz budżet rzucił nam jednak kłodę pod nogi.
Miejsce, do którego marzyło mi się jechać jak tylko dowiedziałem się o jego istnieniu.
Wiedzieliśmy, że tam pojedziemy niemal w chwili kupna biletów do Indii. Później zmieniliśmy plany ze względu na powódź o czym pisaliśmy Tutaj
Ciągnęło mnie tam dlatego, że kraina ta jest przez większą część roku niemal całkowicie odizolowana od świata, chciałem zobaczyć spokojne życie jednej z nielicznych buddyjskich populacji na świecie, chciałem zachwycić się majestatem Himalajów i przejechać przez najwyższe przełęcze świata.
Nawet Daria, która nie jest wielką fanką górzystych terenów nie mogła się doczekać. Ale od początku…

Autobus z Rishikesh do Dehra Dun mieliśmy około godz 12. Rozstanie z Kasią i Przemem było nieuchronne i wszyscy o tym wiedzieliśmy. Strasznie zżyliśmy się przez te kilka dni w Delhi i przez kilka następnych w sielankowym Rishikesh.
Tęsknimy za Wami już teraz, już po 2 dniach. Szkoda, że Was z nami nie ma!

W Dehra Dun byliśmy po 2 godzinach, wsiedliśmy do następnego autobusu. Spokojna jazda po zielonych ternach Himachal Phradesh.
W międzyczasie zmiana autobusu gdzieś na pustkowiu, wszyscy nagle wybiegają i wbijają się na chama do podstawionego autobusu jak banda kiboli. Po chwili robimy więc to samo, ciężko nam się przedostać na nasze siedzenia, w dodatku są już zajęte. Mówimy jakiemuś facetowi, że to nasze miejsca, ten wydziera się w hindi na tych co nam zagrabili miejsca i po chwili siedzimy z plecakami na kolanach. Tłok większy niż w Delhijskim metrze w godzinach szczytu 😉

Po męczacych 18 godzinach jazdy lądujemy w Manali. Z Lonely Planet wywnioskowaliœmy, że najlepszą opcją jest pojechanie do Keylong (110km od Manali), nocleg tam, a na drugi dzień całodzienny autobus do Leh. Kosztować nas to miało 600 INR od osoby.
W normalnej sytuacji byłaby to rzeczywiście najlepsza opcja ale o naszym błędzie dowiadujemy się dopiero w Keylong.
W Lonely Planet wyczytujemy, że te nieco ponad 100km jedzie siê 6 godzin. Na północ od Manali rozciągają się bowiem Himalaje.
Autobus pełny, ruszamy więc. Po 10 km mówię do Darii:
– No obudz się, zobacz gdzie jesteś!
– Niesamowite !
Niezliczone wodospady, piękne wzgórza, niesamowita zieleń.
Po jakichś 30 km pozostaje nam milczeć i z rozdziawionymi gębami oglądać to wszystko co dookoła nas.
Himalaje, WIELKIE Himalaje. A my pniemy się w górę przełęczy Rohtang La. 3978 m.n.p.m. Rzecz nie do opisania.
Potężne szczyty, podnoszące poziom adrenaliny przepaście, kilka rozbitych ciężarówek w dole. A my mkniemy z prędkością 40km/h tym razem w dół, 20 cm od krawędzi przepaści, mijamy inne ciężarówki o długość paznokcia. Ale wśród nas te piękne góry, ośnieżone szczyty a w dole górska rzeka.
Nie wierzę w boga, wierzę w naturę !
Jest to najpiękniejsze miejsce jakie dane nam było zobaczyć w życiu !

Mówimy sobie, że przecież to tylko zalążek, że prawdziwe Himalaje zaczynają się za Keylong, że jutro tam będziemy, że razem przejedziemy przez najwyższą przełęcz świata, jutro Ladakh !
Po 8 godzinach jazdy wysiadamy na dworcu w Keylong i czar pryska. Droga do Leh zamknięta. To znaczy otwarta ale jakaś inna, trzeba wróciæ do Manali i stamtąd drogą alternatywną NIE przez Keylong do Leh.
Aż nam się płakać zachciało. Podchodzi do nas jakiś facet pyta czy chcemy jechać do Leh. Pojawia się iskierka nadziei ale mówię mu:

– Jak to przecież droga zamknięta ?!
– Możemy zorganizować taxi z manali.
– Ile ?
– 1650 INR od osoby

Przez chwilę nawet się zastanawiamy, ale nie, to kompletnie nie wchodzi w rachubę. Nasz budżet chyba by się powiesił.
Podejmujemy decyzję, że nazajutrz wracamy do Manali. Idziemy do centrum Keylong. W centrum 3 sklepy i 1 knajpa bo przecież to mała wioska. Ludzie są tu wspaniali. Zero nachalności. Spokój i uśmiech. Jeśli tak ma być w Ladakh to jeszcze bardziej chcemy tam jechać.

Następnego ranka wsiadamy do autobusu w kierunku Manali. Wolne miejsca tylko z tyłu więc siadamy z plecakami i jemy nasze pierwsze momosy (tybetańskie pierogi). Wspaniałe !
Jak się później okazało miejsca z tyłu były wolne nie bez powodu. Przy większych dziurach, jakich pełno na tej drodze skaczemy na wysokość około 40cm (Nie, nie koloryzuję). Dupy mamy obolałe niemiłosiernie i aż nam się mózgi telepią jak lądujemy na twardym krześle. Pasażerowie lokalsi zerkają na nas przy tych podskokach jakby chcieli się upewnić czy my to przeżyjemy 😉
Śmiejemy się z tej jazdy jak szaleńcy. Daria, która ma chorobę lokomocyjną nawet nie odczuwa bólu głowy. Jest naprawdę wspaniale. W myślach wpisujemy Ladakh na numer 1 miejsc, które chcemy zobczyć przy następnym pobycie w Indiach bo po jeździe do Keylong mamy 10 razy większego smaka niż na początku.

Spacerujemy po Old Manali. Głównym produktem w sklepach są lufki, fajki wodne i inne bajery do palenia trawy bo Manali to indyjska stolica marihuany.

Jutro wieczorem nocnym autobusem jedziemy do Dharamsali, a stamtąd do Mcleod Ganj żeby zjeść minestrone i momosy u Tybetanki i skosztować setek rodzajów herbat. Zupełnie jak w Rishikesh 🙂