Archive for Grudzień, 2011

Periyar Wildlife Sanctuary

Do Kumily, granicy między Keralą i Tamil nadu, przyjechaliśmy z jednego powodu – Parku Narodowego Periyar. Po dojechaniu autobusem (nie jest możliwy transport pociągiem) po raz kolejny daliśmy się poprowadzić naganiaczowi hotelowemu i po raz kolejny nie żałowaliśmy tej decyzji. Ostatnie kilka dni spędziliśmy w tęczowo kolorowym i przede wszystkim czystym hotelu. Okolice miasta są rzeczywiście piękne, wzgórza pokryte są plantacjami herbaty, pieprzu, kardamonu, kauczuka i wielu innych przypraw, nie wspominając o bananowcach i palmach kokosowych. Samo Kumily jest zbyt turystyczne jak dla nas, wszędzie mnóstwo jest sklepów z przyprawami, agencji turystycznych i hoteli. Jedną, charakterystyczną dla tego miejsca rzeczą, są sprzedawane tutaj smażone w głębokim oleju kokosowym plasterki bananów, które smakują trochę jak chipsy solone. Co ciekawe, nie tylko w tym miejscu, ale tutaj szczególnie mieliśmy okazję się z tym spotkać, jest system wydawania reszty tzw. „będę winna grosik”. W Indiach w wielu ulicznych sklepikach wiszą kiście bananów. Bardzo często kiedy sprzedawca nie ma jak wydać pieniędzmi, wydaje po prostu bananami :) .

Każdy z tutejszych hoteli oferuje pełną gamę wypraw do dżungli, skorzystaliśmy więc z naszego, bo tak było po prostu łatwiej, a ceny są wszędzie podobne. Zdecydowaliśmy się na całodniowe Jungle jeep safari. Nigdy nie byliśmy zwolennikami takich rzeczy ale tym razem postanowiliśmy spróbować. Zostaliśmy zapewnieni, że nie będzie tłoku, no może kilka samochodów na cały park… Jeep podjechał pod nasz hotel o 5:30 rano. Było zupełnie ciemno i mgliście kiedy ruszyliśmy i zabraliśmy ze sobą jeszcze trzy osoby. Do parku dojechaliśmy po około godzinie. Zrobiło się już widno, powietrze pachniało zielenią i świeżością, dżungla budziła się do życia. Jechaliśmy bardzo wolno w głąb lasu wypatrując śladów zwierząt i przede wszystkim słoni. Tutaj pojawiło się nasze pierwsze rozczarowanie, to czego obawialiśmy się najbardziej, czyli tłoku. Samochodów było około osiem, wszytskie jechały blisko siebie wypełnione po brzegi turystami. Staraliśmy się nie zwracać na to uwagi, ze względu na to, że park okazał się naprawdę piękny i pełen zwierząt. Około 11, po śniadaniu czekał nas trzy godzinny trekking. Kolejne rozczarowanie – porównując do trekkingu w Indonezji, gdzie było nas raptem pięc osób tutaj szliśmy w ok 11 (nie licząc przewodników). Nie licząc tego, że trekking był raczej spacerem, ogólnie rzecz biorąc bardzo nam się podobało. Głównym założeniem było znalezienie słoni. Myśle, że nie da się opisać uczucia bliskości tych zwierząt, kiedy ich nie widzisz, ze względu na gęstość dżungli, ale słyszysz tuż obok jak łamią gałęzie i hałąsują , natykasz się na ich świeże ślady i wiesz, że są tuż tuż, dzikie i niebiezbieczne… Bardzo długo nasłuchiwaliśmy w oczekiwaniu, zmienialiśmy miejsce , okrążaliśmy je, żeby tylko podejść jak najbliżej. Po drodze widzieliśmy jelenia, małpy, ptaki i wiewiórki wielkości polskich kotów. I niestety straciliśmy trop. No trudno, trzeba się było pogodzić. Przewodnicy zostawili nas na chwilę na polanie w środku lasu i poszli sami, żeby spróbować ostatni raz. I udało się! Okazało się, że słonie są wciąż bardzo blisko. Dla tego widoku naprawde warto było tu przyjechać. Widzieliśmy je co prawda przez moment przez liście, bliżej nie mogliśmy podejść, ale było to tak magiczne przeżycie, że żadnymi słowami nie da się tego opisać… Wróciliśmy do obozu na obiad. Kolejna rzeczą jaką mieliśmy zrobić było pływanie łodzią. To rozczarowało nas zupełnie. Miejsce do którego dojechaliśmy i jedliśmy było na wyspie. Wsiedliśmy do łodzi, na siłe ubrani w kapoki i popłyneliśmy pod mały żałosny wodospad gdzie stała już spora grupa robiących sobie zdjęcia ludzi. Na koniec pokazali nam jeszcze kości zwierząt, w tym szkielet słonia i plantację kardamonu. Wróciliśmy do miasta około 18:30.
Szczerze mówiąc czuliśmy, że czas wypełniany był na siłę, pod masowych turystów. Jedynie okres spędzony na poszukiwaniu słoni i samo ich zobaczenie było dla nas czymś niezwykłym i wartym swojej ceny.

Giant squirrel

Słoń drapał sobie tutaj plecy :)

Ta szara plama na środku kadru to właśnie słoń ;)

Figi wielkości jabłek.

Następnego dnia wieczorem poszliśmy na półtoragodzinny ajurwedyczny masaż całego ciała, znany w Kerali. Olejki, którymi byliśmy masowani i cały masaż był ogółem bardzo relaksujący i przyjemny, ale końcowy etap tzn „steam bath” był śmiechu warty, polegało na tym, że zostaliśmy zamknięci w swego rodzaju komorze do której napuścili po prostu gorącej pary…

Takie są chyba uroki turystycznych miejsc, że nie zawsze dostaje się to czego oczekuje się od ceny. Ale ogółem wrażenia mamy pozytywne, po tym jak zeszliśmy z „utartych szlaków” i weszliśmy w wąskie uliczki między domkami, bo inaczej nie można ich nazwać i mogliśmy przyjrzeć się życiu mieszkańców.


Porady:
- pociąg Kollam-Kottayam 30inr
- autobus Kottayam-Kumily(Periyar) 74inr
- hotel Rainbow Cottage pokój 2os 400inr
- wstęp do parku 300inr
- Jeep safari 1750inr
- masaż ajurwedyczny 90min. 800inr
- 100g smażonych bananów 15inr


Kollam

Kollam, czterystotysieczne miasteczko, które bylo kolejnym stopem w naszej podrózy nie zrobilo na nas zadnego wrazenia tuz po przyjezdzie. Trzeba dodac, ze byla to niedziela- ulice swiecily pustkami , wszysttko bylo zamkniete, bylo goraco i nieprzyjemnie. Ale przyjechaliœmy tu z innego powodu, którym sa slynne w Kerali kanaly wodne. Zabukowalismy wiec na nastepny dzien jeden z oferowanych tripów lodzia.

Ruszylismy o 8 rano. Spod biura zabrala nas riksza, która jechalismy okolo 40 minut (co samo w sobie bylo dla nas niesamowite) do wioski, w której czekala na nas lodz z przewodnikiem . Juz kiedy wsiadalismy do tej niewielkiej drewnianej lódki, otoczeni ta soczysta roslinnoscia wiedzielismy, ze to bedzie udany dzien. I rzeczywiscie nie mylilismy sie.

Dzieki tej wyprawie moglismy podejrzec jak spokojne zycie wioda mieszkancy tutejszych wiosek, jak natura otacza ich domy i jak wplywa to na ich codzienne zajecia. Zupelnie nie spodziewaliœmy sie, ze zrobi to na nas tak duze wrazenie. Kiedy w polowie drogi wysiedliœmy na lad przewodnik(który mieszkal w jednej z tych wiosek) pokazal nam jak rosna pieprz, wanilia, tapioka, galka muszkatalowa, nerkowce i inne przyprawy.

Lodzie budowane sa tutaj z drzew z rodziny jackfruitow, a przestrzenie miedzy deskami wypelniane sa wloknami kokosowymi.

Tapioka

Pieprz

Dojrzewajace banany

Sztuczny akwen, w ktorym hodowane sa krolewskie krewetki

Suszace sie kokosy, z ktorych kazda czesc ma swoje zastosowanie. Jadalny srodek po wysuszeniu wykorzystywany jest do produkcji oleju, z zewnetrznej czesci moczonej przez trzy miesiace w wodzie tworzy sie liny i maty, natomiast lupiny uzywane sa jako naczynia lub do produkcji bizuterii.

Gotujaca sie w przydomowej kuchni tapioka.

Kiedy wrócilismy do miasta, wszystko zupelnie sie zmienilo. To miasteczko calkowicie nas oczarowalo i automatycznie zmieniliœmy zdanie na jego temat. Ludzie na poludniu Indii sa duzo milsi niz ci, których spotkalismy na pólnocy. Ich usmiechy i zaczepki sa inne, bardziej szczere. Kiedy usiedliœmy w lokalnej knajpie(w której jedlismy ju¿ do konca pobytu), gdzie obiad dla naszej dwójki kosztowal ok 4zl, gdzie dostajac jedzenie kelner ochlapal caly stól dookola talerza, gdzie brudne naczynia zbierane sa do wiadra, poczuliœmy, ze wreszcie to odnalezlismy. Nareszcie znalezlismy Indie, które zostawilismy rok temu. Kiedy wyszlismy na ulice, skreclismy w jedna z bocznych uliczek i tak przypadkiem trafilismy na miejscowy targ warzywny. To co tam zobaczylismy jeszcze bardziej utwierdzilo nas w przekonaniu, ze obraz, który mielismy z zeszlego roku nie byl tylko wykreowanym obrazkiem- byl prawdziwy. Naprawde nie potrafie opisac jacy bylismy szczesliwi do konca dnia. Odnalezlismy nasze Indie…

Porady:
- wspomiany w notce trip lodzia 8:00-13:30 400inr
(w cene wliczone sa riksze)
- 500g nerkowcow, ktore pochodza z tych okolic 280inr


Varkala

W ostatniej notce wspomnieliśmy, że Varanasi było też dla nas swego rodzaju odpoczynkiem przed długą podróżą. Otóż czekał nas dwunasto- godzinny pociąg do Kalkuty, skąd mieliśmy lot następnego dnia rano. Ale kto był w Indiach wie jak działa tutejsza kolej.

Przyjechaliśmy na stację ok 4:30 rano. Pociąg Varanasi-Kalkuta (którego pierwotną godziną odjazdu była 5:15) okazał się spóźniony już 5 godzin. Było jeszcze ciemno, usiedliśmy na stacji i zaspani przyglądaliśmy się biegającym szczurom. „Jak nic nie zdążymy na ten lot…” Po dwóch godzinach okazało się, że spóźnienie jest już 7 godzinne. Czas wydawał się cofać. Im dłużej siedzieliśmy, tym dłużej musieliśmy czekać. Tomek wpadł na pomysł, żeby złapać rikszę na oddaloną 20km inną stację Mughal sarai (przez którą tak czy siak przejeżdżał nasz pociąg) z nadzieją, że będą tam jakieś inne połączenia. Pojechaliśmy więc pocieszając się, że to nic, że wcale nie straciliśmy kasy na samolot, na który nie zdążymy. Po dojechaniu okazało się, że nie ma żadnych pociągów. Pozostało nam czekać…

I wtedy podszedł do nas starszy mężczyzna, który prawdopodobnie widząc naze zrezygnowane miny postanowił nam pomóc. Okazało się, że wystarczy bardzo chcieć i przede wszytskim wiedzieć gdzie pytać i można znaleźć szukany przez nas pociąg! Musieliśmy kupić nowy bilet (co akurat okazało się lepszą stratą niż biletu lotniczego) i oto po 15 minutach przy peronie zatrzymał się pociąg do Kalkuty… Zdumiewające, ale prawdziwe Indie ;)

A więc po nocy spędzonej na lotnisku przenosimy się z zimnej północy na przegorące południe.

Jesteśmy w stanie Kerala w okolicach miasteczka Varkala, położonego na klifie tuż nad pięknym morzem Arabskim. Dużym łukiem omineliśmy główne zbiorowisko turystów i pojechaliśmy na plaże o nazwie Odayam. Niestety ze względu na sezon świąteczny pokoje są bardzo drogie, ale zdecydowaliśmy się zostać na kilka leniwych dni. Opijamy się sokami ananasowymi, pływamy w ciepłej wodzie i leżymy… :)

Wesołych świąt naszym rodzinom w Zielonej Górze i reszcie czytelników!

Porady:
- pociąg z Trivandrum Do Varkali 30 inr
- motoriksza ze stacji w Varkali na plażę Odayam 60inr
- pokój 2os w hotelu Oasis tuż nad morzem w okresie świątecznym 700inr!
- średnia cena obiadu dla 2 osób – 200 inr


Benares

Do Varanasi dojechaliśmy wieczorem. Jadąc rikszą i trzęsąc się z zimna oglądaliśmy miasto z innej niż w zeszłym roku, nocnej perspektywy. Jak zawsze kolorowe i pełne uroku dodało nam otuchy – zatłoczone miasta też mogą się nam podobać.

Kiedy wysiedliśmy z rikszy jakby na nas czekając przedstawił się nam chłopak, który okazał się pracować w jednym z hoteli. Zazwyczaj nie korzystamy z takich „okazji”, ale wydał się nam tak miły, że zgodziliśmy się obejrzeć co nam ma do pokazania. I tak zostaliśmy na dwa dni w Varanasi, w hotelu Puja z cudownym widokiem z dachu na Ganges i miasto.

Varanasi sprawiło, że rzeczywiście poczuliśmy się lepiej. Uwielbiamy spacerować i gubić się w labiryncie wąskich uliczek, gdzie każdy skręt powoduje odkrycie czegoś nowego, gdzie musisz walczyć o miejsce do przejścia z krowami czy bawołami, które wyglądają jakby zgubiły się wiele lat temu i wciąż szukają drogi wyjścia. Ale najpiękniejsze okazały się ghaty (schody prowadzące do rzeki), skąpane przez cały dzień w mlecznej mgle (na północy Indii, zimą, oprócz niskich temperatur życie toczy się właśnie we mgle). Mimo, że byliśmy tu rok temu, tym razem stan wody Gangesu był dużo niższy i spacerując wzdłuż rzeki poczuliśmy spokój.

Ceremonie pogrzebowe, które odbywają się na Manikarnika Ghat i w tym roku wzbudziły w nas zupełnie nieopisane emocje. Po mimo iż mogliśmy się temu wcześniej przyjrzeć czuliśmy się zupełnie zdumieni, że to co w Polsce jest tak starannie ukrywane, tutaj robione jest na oczach mieszkańców i bliskich zmarłego. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy nie możesz oderwać wzroku od palącego się stosu, kiedy pracownik „krematorium” poprawia palące się ciała…

Popołudniami siadalismy w knajpce, na wspomnianym dachu, popijaliśmy herbatę, słuchaliśmy koncertu, granego na tradycyjnych instrumentach i oglądaliśmy naturalny spektakl – dzieci z każdej części miasta puszczające latawce z dachów swoich domów, które unosiły się w tej niesamowitej mgle.

Varanasi było dla nas też odpoczynkiem przed naprawdę długą podróżą, o której opowiemy w następnym wpisie.

Pozdrawiamy!

Porady:
- motoriksza ze stacji na Godowlia 50 inr
- pokój 2os w hotelu Puja 350 inr
- polecamy maleńką knajpkę z dwoma stołami – Anjani Cafe – ceny dań ok 15 inr (mają fantastyczną banana dosę) – znajduje się w uliczce niedaleko targu warzywnego


Ucieczka na poludnie

Jestesmy w Indiach dopiero pare dni. Nasze odczucia jednak nie sa zbyt pozytywne. Nasze ukochane Indie, kraj, ktory tak uwielbialismy nie wywoluje w nas juz tyle pozytywnych emocji. Nie wiemy dlaczego tak sie stalo. Czyzbysmy za pierwszym razem go zbyt idealizowali? Na poczatku myslelismy, ze to przez dlugi lot, przez to, ze potrzeba nam czasu na aklimatyzacje, ze jestesmy zmeczeni itd. Ale okazalo sie, ze mamy jak narazie wiecej negatywnych niz pozytwynych wrazen. Czyzby nasza pierwsza fascynacja Indiami, nowy swiat, nowa kultura zakrywaly nam kompletnie obraz rzeczywistosci? Nawet to, ze w gruncie rzeczy piekny kraj, sami jego mieszkancy zanieczysczaja w tak straszliwym tempie, teraz wydaje sie cecha wrecz nie do zniesienia.
Oboje balismy sie przyznac sami przed saba, ze to co czujemy to po prostu nuda, znuzenie, zmeczenie. Tak bardzo nie chcielismy, zeby to sie kiedykolwiek stalo, ze nie dopuszczajac do siebie tej mysli i tlumiac emocje czulismy sie naprawde zle, a te dopiero kilka pierwszych dni okazalo sie bardzo smutne.
Postanawiamy uciec na poludnie. Do natury. Zaszyc sie gdzies na plazy, pojsc na trekking do dzungli. Potrzeba nam natury, jak jeszcze nigdy!


Delhi

Ostatni dzien w Delhi spedzamy na spacerach. Rano jedziemy metrem do ZOO. Nie ma ono nic wspólnego z tymi europejskimi ogrodami. Tutaj na samym srodku terenu wielkoœci ponad 100 Ha znajduje sie miejsce gdzie kazdego roku migruje wiele gatunków ptaków. Fantastyczny widok!
Po poludniu z kolei wlóczyliœmy sie znanymi juz po czêscci uliczkami Old Delhi, przeciskajac siêe przez tlumy sprzedawców pendrajwów zawinietych w chusteczki do nosa, szczotek do wlosów, kukielkowych kaczek i oczywiœscie ulicznego jedzenia.

cena biletu do zoo – 100inr


Aklimatyzacja

A wiec jestesmy. Dotarlismy wreszcie, po trzech dlugich lotach, po dwoch nieprzespanych dobach i wielu godzinach czekania miedzy lotami, metrami itd. Podejrzewamy, ze niestety przytrafil nam sie tzw. jet lag czyli “Zespół nagłej zmiany strefy czasowej”.
Ale od poczatku. Po wyladowaniu w Delhi o 4 nad ranem zdecydowalismy, ze poczekamy na najblizsze metro, ktorym dojedziemy do miasta. O 6:30 mielismy nasz pierwszy pociag, ktory mial nas zabrac do Lucknow. A wiec pedem, pojechalismy do Old Delhi Train Station, gdzie wydawalo nam sie (byc moze przez zmeczenie), ze jest tam nasza stacja. Wysiedlismy z metra – nieprzytomni i zli ze zmeczenia. I BUM. Bylo jeszcze zupelnie ciemno kiedy dotarlismy na miejsce, wyszlismy wprost w zakurzona, przepelniona ludzmi, glosna ulice. W biegu znalezlismy stacje. Tylko… dlaczego na tablicy nie ma naszego pociagu? Mielismy jeszcze tylko 20 minut. Pobieglismy do okienka, przeciskajac sie w kolejce, ale niestety okazany kasjerowi bilet nic nie mowil. Jeszcze tylko 10 minut. I wtedy olsnilo Tomka, ktory spojrzal na bilet…to nie ta stacja!!! Zalamaly mi sie rece. Stracone pieniadze pomyslalam, czas w miesce ktorym nie chcielismy byc na poczatku wyjazdu i nerwy. Ale Tomek stwierdzil, ze moze jeszcze zdazymy, ze wezmiemy riksze i sie uda. Pobieglismy wiec. Zanim udalo nam sie dogadac co do ceny, zanim rikszasz przepchnal sie przez tlum innych pojazdow zostalo nam piec minut. Jeszcze nigdy nie przezylismy takiej szalonej jazdy, jak tego poranka, kiedy miasto sie jeszcze budzilo, a nasz kierowca jak mi sie wydawalo ledwo omijal dziury w drodze.
Udalo sie, dojechalismy. Zostala minuta. Biegniemy na peron. Po drodze nie udalo mi sie niestety utzrzymac zawartosci mojego zoladka.
Jest! Tablica wciaz sie swieci, w takim razie jeszcze go nie bylo. Usiedlismy i dziekowalismy po raz pierwszy spozniajacym sie pociagom w Indiach.
Po godzinie, kiedy moje jelita NAGLE daly o sobie znac…poszlismy do okienka, gdzie kasjer oznajmil nam pokazujac na godzine odjazdu, ze…pociag juz dawno odjechal.

Usiedlismy zdenerwowani, zli na wszystkich dookola, na brud, na ludzi, na ten przeklety pociag i zdecydowalismy, ze zabukujemy na kolejny tego dnia. Kupilismy wiec bilet, ktory po zastanowieniu sie oddalismy z powrotem, decydujac pojechac do miasta i wreszcie odpoczac.

Znalezlismy pokoj za 400 rupii po 1,5 godziny szukania (wszytskie inne mialy niesamowicie wygorowane ceny). I spalismy z przerwa na jedzenie ok 18 godzin. Kiedy wyszlismy na miasto wcale nie czulismy sie lepiej. Kazdy zapach, zupelnie jak rok wczesniej, powodowal, ze moj zoladek wywracal sie do gory nogami, kazdy naciagacz powodowal, ze chcielismy uciec z powrotem do pokoju. Wciaz bylismy zmeczeni.

Wiemy, ze notka jest troche odstraszajaca, my sami tez nie mamy najlepszych humorow, ale to dlatego, ze nie lubimy duzych miast, tloku i halasu. Nie mozemy sie juz doczekac, kiedy za jakis czas dojedziemy w spokojniejsze miejsca, blizsze naturze, czyli takie, ktore lubimy najbardziej.

Mamy nadzieje, ze wszytsko minie, wroci do normy i bedziemy mogli sie cieszyc podroza :)


Mamy wizy !

Udało nam się ! Dostaliśmy wizę do Indii, kiedy od początku planowany termin wbicia pieczątek przypadał 7 grudnia (co oczywiście było datą czysto umowną), a 11-go rano mamy samolot do Paryża. Nie ukrywamy, że przez ostatnich kilka dni baliśmy się, że przepadnie nam lot i trzeba będzie zabukować kolejny…

Warunkiem otrzymania wizy indyjskiej jest kupiony lub zarezerwowany wcześniej bilet lotniczy. Stąd wywiązał się nasz problem. Bilety zabukowaliśmy 17 listopada, wnioski wysłaliśmy do Ambasady w Warszawie 18.11 rano. Od 1.09.10 obsługę wniosków wizowych przejęła zewnętrzna firma BLS. Nie zbierają oni zbyt pochlebnych opinii. Przekonaliśmy się na własnej skórze. Ze względu na sezon turystyczny na wizę trzeba czekać minimum 14 dni roboczych. My mieliśmy ich tylko 15. Przeczytaliśmy na forum o podobnych problemach ludzi, którzy radzili, żeby dzwonić do ambasady jak najczęściej i delikatnie ich naciskać, prosząc o przyspieszenie procesu, który teoretycznie jest niemożliwy do przyspieszenia. Dzwoniliśmy codziennie i jak widać jednak się udało.

“Ze względu na sezon zimowy proces przyznania wizy trwa obecnie co najmniej 14 dni roboczych. Termin ten został odgórnie ustalony przez Ambasadę Republiki Indii i nie istnieje jakakolwiek możliwość przyśpieszenia procedury.”

Rady dla tych, którzy chcą ubiegać się o wizę indyjską:
Warunki:
- paszport (ważny co najmniej rok, z dwoma wolnymi stronami)
- Wniosek wizowy
- kolorowe zdjęcie wklejone do wniosku
- kopia biletu lotniczego

Wiza turystyczna kosztowała nas 184zł + 40zł za “Opłatę z tytułu kosztów obsługi BLS” czyli kradzież w biały dzień.