Archive for Wrzesień, 2010

Żegnamy Indie – Varanasi

Varanasi, miasto położone nad świętą rzeką Ganges to nasz ostatni punkt w Indiach. To miejsce, do którego przyjeżdżają tłumy pielgrzymów z całych Indii po to tylko, by móc zanurzyć się w świętych wodach Gangi, jednej z najbrudniejszych rzek świata.
W Varanasi liczba bakterii z grupy coli przekracza poziom uznany za bezpieczny przez WHO… trzy tysiące razy. Mimo to ponad 60 000 osób dziennie kąpie się w tej rzece.
Wszyscy mieszkańcy Varanasi podłączeni są również do wodociągów, które czerpią wodę nie skądinąd ale właśnie z Gangesu. Wodę do której wcześniej wrzucali zwłoki zwierząt, do której wrzuca się prochy ludzkie lub ledwo nadpalone na stosie ciała bo rodzinę nie było stać na wystarczającą ilość drewna.
Byliśmy na głównym ghacie kremacyjnym – Manikarnika. Z tarasu nad Gangesem można “obejrzeć” śmierć 300 ludzi dziennie. Wszystko na widoku publicznym, bez skrępowania.
Śmierć w Varanasi nie jest tematem tabu.
Kiedy tylko zjawisz się w okolicy, wypatrzą cię czujne oczy “przewodników”, którzy opowiadają na czym polega cały proces. Ot kolejna atrakcja w parku rozrywki zwanym Indie.

Każdy Hindus marzy, żeby tutaj umrzeć i być skremowanym, a jego prochy żeby były wrzucone do Gangesu, co ma gwarantować oświecenie.

Polubiliśmy Varanasi za jego wąskie uliczki, w których łatwo się zgubić, za tanie jedzenie i świetny klimat.

Ze smutkiem żegnamy się z Indiami. Dzisiaj czeka nas ostatni pociąg do Kalkuty.
Jutro wylot i nowy kraj, nowe doznania…
Będzie brakować nam tego zgiełku, ukochanej przesłodzonej herbaty, całego wachlarza zapachów i smaków. Będzie nam brakować wszystkiego.
Jeśli się nie otworzy na Indie, na ludzi, nowe doznania i smaki, wyjedzie się obojętnym, a to byłoby grzechem najgorszym z najgorszych. Ten kraj porywa, wciąga i zaraża i z każdym dniem, z każdą chwilą odkrywając nowe kawałki układanki człowiek czuje się mniejszy, głupszy, ograniczony. Po półtoramiesięcznym pobycie tutaj czujemy się tak jakbyśmy przeczytali krótką notatkę w encyklopedii. Tylko osoba mieszkająca tu całe życie mogłaby powiedzieć : Tak, znam Indie. Bo każdy dzień jest zaskoczeniem. To miejsce uzależnia…

————————————————————————————

Przez półtora miesiąca w Indiach wydaliśmy 1500 zł na osobę co daje ok. 11 USD dziennie. Mało czego sobie odmawialiśmy, dużo się przemieszczaliśmy i łatwym sposobem można by wydać znacznie mniej pieniędzy na podróż po Indiach.


Wywiad w drodze – tym razem my!

1.Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania.
Trochę dziwne pytanie. Nie ma kraju bez, którego nie wyobrażamy sobie podróżowania.
Na pewno nie będzie tu Polski bo po niej obydwoje mało podróżowaliśmy co mamy zamiar za jakiś czas nadrobić.
Zobaczyliśmy na razie niewielki ulamek tego świata a nasze 3 ulubione kraje to:
Indie, Turcja, Bośnia i Hercegowina

Jesteśmy świeżo po podróży do Indii, które wręcz pokochaliśmy.
Intensywność zapachów, kobiety w kolorowych sari, hałaśliwe riksze, niesamowite smaki, krowy leżące na ulicy w centrum miasta i wiele innych rzeczy, których nie sposób wypisać. To wszystko sprawiło, że Indie są naszym numerem jeden. Żałujemy, że te 1,5 miesiąca już minęło ale wiemy, że kiedyś wrócimy tu na dłużej.

2.Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu ?
Kochamy podróże za to, że każdy dzień, każda minuta wygląda inaczej. To wyrwanie się z codziennej rutyny i nudy, które paraliżują umysł. W podróży czujemy się jak wypuszczone z klatki ptaki, szybujące gdzieś nad głowami innych. Poznajemy nowych ludzi, zdobywamy doświadczenia i żyjemy pełnią życia. Podróżując uwielbiamy obserwować. Wszystko od natury nas otaczającej po pojedynczą jednostkę na ulicy. Lubimy też mieć kontakt z lokalami. W krajach takich jak Indie czy Turcja to nic trudnego. Uważamy, że dzięki 15 godzinnej jeździe indyjskim sleeperem lepiej poznamy Indie niż gdybyśmy mieli zjechać wszystkie jego highlightsy razem wzięte.

3.Jak długo przygotowywałeś się przed wyprawą ?
Kupiliśmy bilet do Indii prawie rok przed wyjazdem. Miesiąc przed wyjazdem stwierdziliśmy, że na Indiach nie poprzestaniemy i zamierzamy spędzić w Azji południowo wschodniej minimum sześć miesięcy. Prawdę mówiąc nie wiemy co tu przygotowywać.
Podejmujesz decyzję i jedziesz sobie. Tyle.

4.Co cię wkurwia ?
Oj wiele rzeczy. Najbardziej to chyba zorganizowane wycieczki, które wyrzucają pięć kawałków za leżenie przy hotelowym basenie i wlewanie w siebie kolorowych trunków.
Wkurwiają nas też osoby które mówią – „Świetny pomysł na życie ale ja bym tak nie mógł”. Każdy by mógł, wystarczy chcieć. Albo pytania : „Nie szkoda ci pieniędzy i czasu na takie rzeczy?”

5.Za czym najbardziej tęsknisz ?
T: Jestem w podróży dopiero 1,5 miesiąca. Czasem mam momenty, że tęsknie za rodziną ale tak poza tym to nie tęsknie za niczym.
D: Za rodziną i znajomymi.

6.Jak sobie poukładałeś sprawy z pracą, karierą i luką w CV ?
To są dla nas zupełnie abstrakcyjne sprawy, którymi się w ogóle nie przejmujemy. Zarabiamy pieniądze wtedy kiedy chcemy tzn. kiedy ich potrzebujemy. Obydwoje nie jesteśmy typami karierowiczów. Nie widzimy siebie pracujących i siedzących w jednym miejscu dwadzieścia lat.

7.Jak przełamać strach i obawy przed samotną wyprawą ?
Obydwoje nigdy nie podróżowaliśmy samotnie, dobrze czujemy się w swoim towarzystwie, więc trudno nam na to odpowiedzieć.

8.Od czego zacząć ?
Od myśli, że ja też mogę, że spełnienie swoich marzeń jest możliwe.

9.Kiedy wracasz
Jeszcze nie wiemy. Być może za pół roku, a być może nie :)

10.Najbardziej nieprawdopodobna historia z twojej podróży.

To pytanie jest najtrudniejsze ze wszystkich, bo to co nieprawdopodobne dla nas jest czymś bez znaczenia dla innych.
Jest zimna noc, gdzieś w środkowej Turcji. Spacerujemy ulicami w poszukiwaniu miejsca na namiot, gdy nagle woła nas pracownik stacji benzynowej, zaprasza do swojej kanciapy, częstuje gorącą herbatą i pokazuje, że możemy się tu dziś rozłożyć, że jesteśmy bezpieczni. Następnego dnia o szóstej rano puka do namiotu, znów częstuje herbatą i daje klucz do prysznica.
To zachowania ludzi są nieprawdopodobne, drobne zdarzenia, które zapadają w pamięć, świadomość, że jest ktoś kto ci pomoże i nie będzie chciał nic w zamian.

11.Najbardziej magiczne miejsce w którym byłeś i dlaczego ?
10 godzinna jazda rozklekotanym autobusem przez przełęcz Rohtang La. Z Manali do Keylong w Indiach.
Setki serpentyn, jazda kilka centymetrów od przepaści, boleśnie obita dupa po podskakiwaniu na tylnych siedzeniach autobusu. Wśród tego wszystkiego Himalaje, majestatyczne góry, które wzbudzają szacunek, które urzekają pięknem i ogromem.

12.Czy czujecie, że już osiągnęliście to czego chcieliście?
Po stokroć nie! To dopiero początek…. :)


wywiad w drodze – Ewa Kamila

1.Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Tajwan, Indonezja, Polska.
Tajwan jest nieodkryta i malo znana azjatycka perla – uwielbiam go i pokochalam na zawsze. Jest niezwykle roznorodny i zmienny – kazdy znajdzie tu cos dla siebie. Piekna przyroda – wysokie gory, wawozy, rwiste potoki i zbocza pokryte jungla, gorace zrodla i co najwazniejsze – jest ocean, dookola ;) Tu odkrylam swoja najwieksza pasje zyciowa – surfing! Sa tez nowoczesne miasta, pyszne jedzenie – w sumie egzotyczna mieszanka chaotycznej azji i chinskiego stoicyzmu. To jedno z moich miejsc na ziemi.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu?

Autobus. Uwielbiam sie przemieszczac w spokoju ducha, po tym jak czlowiek sie umorduje i wykonczy, najpierw szukajac dworca, potem kasy biletowej potem wlasciwego autobusu, potem walka o siedzenie, w miedzy czasie wycisnie z siebie cala inteligencje zeby mowa ciala dogadac sie z tlumem dziwnych ludzi. I wtedy juz po calym tym cyrku, siadam sobie w autobusie i moge odetchnac – jestem w zawieszeniu – obecna, usprawiedliwiona – mam cel, dokads jade, udalo mi sie zwalczyc wszystko po drodze i dopiac swego – jade ! Moge sie zrelaksowac, przez najblizsze pare godzin nie trzeba podejmowac decyzji, szukac, zmagac sie z nieznanym – mozna w spokoju patrzec na swiat przez szybe – samemu bedac nietykalnym, mozna obserwowac wsie, miasta, ludzi – byc jak w bąblu – patrzec i rozmyslac, ale bezposrednio caly ten swiat mnie nie dotyka.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa?

Moze miesiac, najwazniejsze sa szczepienia i zalatwianie wizy do pierwszeo kraju a reszta to drobiazgi.

4. Co Cie wkurwia?

Masy ludzi. Chinczycy. A w szczegolnosci masy Chinczykow. Ich zycie grupowe mnie przerasta. Ludzie w duzych dawakach mecza mnie okrutnie.

5. Za czym tesknisz najbardziej?

Za niczym. Nie tesknie w ogole. Nie mam wrazenia jakbym cos opuszczala/tracila/cos mnie omijajlo. Wszystko ma swoj czas i miejsce – moja rodzina, przyjaciele sa w moim sercu i na skypie – mam z nimi kontakt. Zyje dniem dzisiejszym i nie mysle o tym czego nie mam a o tym co mam, tu i teraz :) P.S.Oczywiscie za Mama i Sista troche tesknie ;)

Wiecej na jej blogu


Wywiad w drodze – pasikonik

Tym razem zyciowy nomad – pasikonik
Przygody na jego blogu pochlonely nas do reszty.

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Polska – przede wszystkim. O swoim kraju powinno sie wiedziec. Powinno sie rozmawiac. Powinno sie rozumiec. Jako tako znac historie, powiazania, przyczyny i skutki. Powinno sie jako tako orientowac w polityce. A takze geografie znac. Zanim wyruszylem za granice nadwislanskiego kraju przemierzylem go autostopem wielokrotnie. Poznalem Mazurow, Hanysow, Kaszubow i Gorali. Mieszkalem w Jarocinie (tak, tym Jarocinie – stamtad pochodze), mieszkalem na Pomorzu, na Dolnym Slasku, a takze w Gorach Bystrzyckich. To byly roznorakie miejsca: bogaty dom, wynajete pokoje, mieszkania, wiejskie chalupy, strych, piwnica, namiot, melina az po odludny, drewniany domek w lesie. Dzielilem te miesjca z calym przekrojem polskiego spoleczenstwa, z ludzmi wyksztalconymi, z dziennikarzami, z artystami, ze studentami, z prostymi rolnikami i ich rodzinami, z pijakami i z narkomanami.Podroze po Polsce pozwolily mi lepiej zrozumiec polskosc we mnie i w innych Polakach. Odroznic szerokopojete cechy ludzkie od typowych nalecialosci polskiego pochodzenia.Straciloby na wartosci podrozowanie po swiecie bez moich polskich doswiadczen. Natomiast innych kluczowych pozycji nie posiadam, bowiem wyobraznia to fascynujaca, wciaz rozszezajaca sie glebia…

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

Kazdy podrozuje na swoj sposob, tak jak chce albo tak jak potrafi. Istnieje cala masa ludzi, ktora wykupuje zorganizowane wycieczki lub krok po kroku “podrozuja” z przewodnikiem typu Pascal. Ja kieruje sie intuicja. Jest o wiele lzejsza niz przewodnik (w miejsce owego raczej wezme Kapuscinskiego) i doprowadza mnie dokladnie w te miejsca, w ktorych pragne sie znalezc. Sa to miejsca, z ktorych moge cos wyniesc i na pewno nie mam na mysli typowo polskiego wynoszenia czegos pod pazucha. Sa to miejsca, w ktorych moge sie czegos nauczyc, ludzie, dzieki ktorym moge sie czegos dowiedziec. Uczyc sie, uczyc, uczyc! To dla mnie najwazniejsze w podrozowaniu. (Zapewne drapia sie po glowie moje belfry z Jarocina, ktore dobrze wiedza, ze same dwoje w dzienniczku mialem).

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa.

Przygotowywalem sie 19 lat. Od dziecka interesowal mnie swiat. Palce w mape wciskalem, wyobraznia wedrowalem, globusy podkrecalem. Nie moglem doczekac sie momentu, kiedy wyjade z Jarocina. I zaraz po maturze wyruszylem. Przez trzy lata poznawalem Polske, potem ruszylem dalej. Jestem w drodze od osmiu lat. Podrozuje inaczej, bardzo powoli. Zamieszkuje miejsca, w ktorych sie zakochalem lub do ktorych zaprowadzil mnie los. Albo nos. Znajduje zajecie i zyje z miejscowymi. Albo jade zarobic na chwile do bogatszego kraju. Na poczatku to byl raczej instynkt, pozniej zrozumialem, ze jestem zyciowym nomadem… Wczesniej zdarzalo mi sie wynajmowac jakis pokoj, co przez kilka miesiecy moglem nazywac domem, ale ostatnie dwa lata nie mieszkam nigdzie, wedruje z plecakiem, uwodzony przez rozne sytuacje goszcze pod znajoma i nieznajoma strzecha.

4. Co Cie wkurwia.

Niezwykle rzadko sie wkurwiam, a jak juz sie zdarzy, to zazwyczaj wsciekam sie na samego siebie. Najczesciej kiedy sie orientuje, ze nie nauczylem sie czegos na swoich bledach:)

5. Za czym tesknisz najbardziej.

Za bigosem, pierogami, kiszonymi ogorami i zoladkowa gorzka mietowa (tez troche za miodowa).

Wiecej na jego blogu


Wywiad w drodze – filip on the road

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Indie, Stany, Kolumbia

Indie za magie, madrosc, mocne uderzenie od poczatku do konca, beczke smiechu, miliony nowych doznan duchowych i wizualnych, USA – za przeciwienstwo tego lubimy w podrozowaniu, za nauke pokory, tolerancji i rozumienia swiata, za parki narodowe jak nie z tej bajki, przestrzenie, popkulture, odjechane miasta, mieszanke wszystkiego co najlepsze i najgorsze w tym swiecie, Kolumbia – za latonoska podroz taneczno-muzyczno-kulturalna, spontaniczna zabawe do bialego rana, sliczne, gorace dziewczyny, przemilych, wesolych i szczesliwych ludzi ktorzy mimo ze maja niewiele to potrafia sie cieszyc zyciem i sprawic ze od pierwszego dnia czujemy sie tutaj jak u siebie w domu.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu?

Aby otworzyc umysl na to co nowe, nowe jezyki, egzotyczne zarcie, tradycje, ludzi, poznac lokalsow ale takze innych podroznikow. Podrozowania to zetkniecie sie z innym sposobem myslenia niz nasze i wspaniala lekcja aby wyzbyc sie krytykowania, narzekania czy oceniania innych. Po prostu chlonac, obserwowac, nie planowac zbyt szczegolowo i dac sie poniesc przygodzie.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa?

W ciagu okolo miesiaca wykonalem wszystkie niezbedne szczepienia, zrobilem zakupy i zebralem informacje gdzie chce jechac i co zobaczyc. A pozniej wystarczylo cierpliwie czekac az mnie zwolnia (z powodu zmian strukturalnych w firmie).

4. Co Cie wkurwia?

Na dzis nic mnie nie wkurwia. Chcialoby sie powiedziec ze rowniez nic mnie nie “tyka”, ale to nieprawda. Np, marudny bialas bakpaker podrozujacy pol roku po ameryce poludniowej ale dziwnie wciaz nie znajacy podstaw hiszpanskiego, przyjezdza do Cali – miasta w ktorym obecnie mieszkam – przesiaduje calymi dniami w hostelu saczy w dzien browara ogladajac Simsons i filmy sensacyjne, narzeka ze nie ma nic do roboty, ze Kolumbijka nie oddzwonila, nienawidzi salsy (Cali to stolica salsy) a wieczorem wciagajac koke marudzi ze brakuje mu porzadnych klubow z elektroniczna muzyka i wzdycha za europejskim Buenos Aires.

Podobnie czasem lapie sie na tym ze smiesza mnie maruderzy, krytykanci, “realisci”, wiecznie niezadowoleni, oceniajacy, z wielkim ego, przywiazani do marek, krajow, idei. Na szczescie ostatnio bardzo rzadko mi sie to zdarza. Jeszcze nie wiem czy to efekt zmadrzenia czy szczesliwy “zbieg okolicznosci” – dobra karma:) Czas pokaze. Dopiero niedawno zrozumialem ze kazdy jest w 100% odpowiedzialny za to ze cos, lub ktos go wkurwia i tylko od nas zalezy jak sie do tego ustosunkujemy. Nie ma to nic wspolnego z wrazliwoscia, a wrecz przeciwnie jest powiazane z madroscia, badz inteligencja. Im mniej sytuacji ktore nas denerwuja tym wieksza madrosc, tym blizej do doskonalosci.

5. Za czym tesknisz najbardziej?

Byloby nie fair gdybym powiedzial ze nie tesknie, nie bylo mnie ponad 3 lata w domu. Jeszcze w tym roku chce sie zobaczyc z rodzinka, z przyjaciolmi, polazic po starym podworku, zobaczyc co sie zmienilo a co zostalo nienaruszone. Ale nie jest to tesknota romantyczna, szlochanie do sluchawki czy narzekanie w stylu “jak to fajnie by bylo gdyby”. Bez paniki. Wkrotce sie zobaczymy. (Korekta: obecnie jestem w Polsce na wakacjach…wywiad powstal 2 tygodnie zanim zdecydowalem sie przyjechac)

Wiecej na blogu Filipa


Wywiad w drodze – tamtaram

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

polska, polska i… polska. bo gdyby jej nie bylo, nie byloby skad wyjechac. a cala reszta krajow…po drodze zdarzaja sie perelki takie jak patagonia. ale to chile czy argentyna? i to i to. albo wyspa penang w malezji, czy chaco w paragwaju, albo buenos… kazdego z miejsc, szkoda by nam bylo nie zobaczyc, ale tez zadne nie krzyknelo do nas – to ja! gdyby tak bylo, to stamtad bysmy teraz pisali. a my wciaz w drodze…

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

miec czas. zeby moc zyc w drodze. zeby moc sie zatrzymac i zamyslic nad tym, co sie przezylo. i czasem, tez troche postarac zejsc z utartych sciezek, rzucic wyzwanie zyciu i nie bac sie, bo los zawsze odwdziecza sie za wysilek.
poza tym – robic swoje i po swojemu, niezaleznie od tego, co dokola.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawy.

teoretycznie pol roku, bo wtedy zrobilismy pierwsze szczepienia. ale praktycznie – trzy miesiace, bo o tyle wczesniej musielismy zlozyc wymowienia w pracy. w tym czasie robilismy tez porzadki z kredytami mieszkaniowymi, rozwiazywalismy umowy z bankami, telefonami, kablowkami, internetami itd (kooooooszmar) oraz wynajmowalismy nasze mieszkania. ale gdybysmy nie byli tacy starzy i nie mieli tych wszystkich „garbow”, spokojnie wystarczyl by miesiac, bo do wyjazdu nie wiadomo dokad i nie wiadomo na ile, po prostu nie da sie przygotowac.

4. Co Cie wkurwia.

paradoksalnie, rasizm. to ze ciagle musimy placic frycowe za swoja biala skore. ze najpierw jestes dla ludzi bialasem, gringo, farangiem, a dopiero potem czlowiekiem. i to zupelnie niewazne, czy zyskujemy na tym czy tracimy, bo bywa i tak i tak, nie lubimy tego.
do szalu doprowadza nas tez naduzywanie przez ludzi slow „wyprawa”, „ekspedycja”, kiedy w gruncie rzeczy wiekszosc ich pobytu „na wyprawie” ogranicza sie do wykupowania sobie wycieczek w jednym z setek miejscowych biur turystycznych. a potem na blogach i w opowiesciach pojawiaja sie mrozace krew w zylach historie o zdobywaniu szczytow, przemierzaniu amazonki, pokonywaniu pustyni. nazywajmy rzeczy po imieniu. i nie udawajmy, ze bylismy sami w ruinach machu picchu. bo potem ludziom w polsce wydaje sie, ze zeby wyjechac, to trzeba byc nie wiadomo kim i pokonac nie wiadomo jakie trudnosci. a przeciez wcale tak nie jest.
a poza tym wszystkim, codzienne, do znudzenia kombinacje, co rano zjesc na sniadanie.

5. Za czym tesknisz najbardziej.

o bliskich nie bedziemy pisac, bo to oczywiste. a tesknoty, zupelnie niespodziankowo zaczynaja nas zaskakiwac. bo najpierw tesknilismy za sledzikiem i piecdziesiatka, polskim chlebem, serem… ale z czasem przylapujemy sie na tym, ze ogromnie tesknimy za pustka patagonii, wybrzezem urugwaju, chilijskim carmenere, wanna w la paz, boliwijska empanada…
o! wiemy! zeby moc usiasc i pogadac z polakami i zrozumiec sie w pol slowa i nie musiec juz ciagle tlumaczyc sie z „narodowych” skojarzen.

Wiecej na ich blogu


W mieście ptaków

Do Orchha trafiliśmy zupełnie przypadkiem, kierowani Tomkową intuicją. Miasteczko pogrążone było jeszcze we śnie, kiedy rikszarz wysadził nas na placu centralnym tuż przy robiącej wrażenie świątyni. I co teraz ze sobą począć? Noc była przecudownie chłodna, wszystko było zamknięte, więc postanowiliśmy zaczekać, aż budzące się miasto zmieni się nie do poznania i oczaruje nas swoim urokiem.
Uważając by nie nadepnąć na którąś z wielu śpiących krów w tych egipskich ciemnościach, o dziwo trafiliśmy na otwarty, maleńki, uliczny sklepik, przed którym żywo dyskutowało kilku starszych mężczyzn popijając herbatę. Dosiedliśmy się do nich nieśmiało i poprosiliśmy o herbatę, która jak stwierdził Tomek musiała być z dodatkiem czekolady (to miejsce stało się później naszym ulubionym herbacianym zakątkiem).
Już po godzinie zupełnie niespodziewanie słońce zaczęło wschodzić. Mieliśmy okazję obserwować budzące się życie uliczne, pierwszych zaspanych przechodniów, pozdrawiające nas wesoło dzieci szykujące się do szkoły.
Orchha to obok Himalajów najlepsze miejsce w jakim byliśmy w Indiach. Zupełnie nas oczarowało.

Dnie mijały nam na spacerach, rowerowych przejażdżkach, podglądaniu codziennego życia Hindusów.
Jak to możliwe, że w jednym miejscu żyje tylu pogodnych, uśmiechniętych ludzi? Ktoś podaje ci ręke na powitanie, wychodzące ze szkoły dzieci na przerwę obiadową krzyczą dopiero co poznane angielskie słówka, kiedy wdepniesz w jeden z wielu krowich placków ktoś zaraz poda ci dzbanek z wodą do umycia się…

Na domiar tego wszystkiego okazało się, że przyjechaliśmy w momencie gdy miasteczko obchodzi święto Ganesh Chaturhi. A dowiedzieliśmy się o tym zupełnie przypadkiem, kiedy pewnego razu uderzyła w nas fala tańczących na ulicy ludzi, obsypujących się kolorowymi proszkami po twarzach, głowach i w ogóle po wszystkim :) . Głośna muzyka, kolory, roześmiani ludzie…A między tym wszystkim snujące się wielkie ciężarówki i traktory, wypełnione do granic możliwości szczęśliwymi ludzmi. Cała ta ceremonia powtarzana kilka razy dziennie przez parę dni zawsze kończyła się nad rzeką Betwa, przy której obu brzegach wznoszą się imponujące świątynie. Ludzie zbierają się na ghatach (schodach prowadzących wprost do rzeki) i okadzają pachnącymi kadzidłami przyniesione z miasta figurki Ganeshy, boga o twarzy słonia, a następnie razem z mnóstwem kwiecistych wieńców wrzucają do wody.

Jednak to co najbardziej spodobało nam się w tym miasteczku, był ogrom i różnorodność ptaków. Wszystkie wolne, ćwierkające, skrzeczące, latające nad naszymi głowami powodują, że miejsce to wyróżnia się od innych. Pawie w lesie, sępy obserwujące okolice ze szczytów świątyń , krążące nad miastem na tle zachodzącego słońca, wrzeszczące kolorowe papugi, dudki o pstrokatych piórkach, niebieskie zimorodki i wiele innych, których nawet nie potrafię nazwać.

Zabraliśmy się wreszcie za czytanie Kapuścińskiego, czytamy „Podróże z Herodotem” i jesteśmy zachwyceni. Wcześniej nie mogliśmy się co do niego przekonać ze względu na to ,że minęło już 40-50 lat od jego licznych podróży, które opisuje w swych książkach. Baliśmy się, że od tego czasu wszystko uległo zmianie. Jak się jednak okazuje większość wątków Indyjskich wciąż jest aktualnych.
Polecamy Kapuścińskiego !


Mcleod Ganj

Pobyt w Mcleod Ganj to dla nas przede wszystkim spacery wśród chmur przerywane pysznymi tybetańskimi posiłkami, zachwycanie się pierwszy raz widzianymi zwierzętami i odwzajemnianie uroczych uśmiechów mnichów.

Spędziliśmy tu 4 dni i gdyby nie spacery za miasto i jeden krótki trekking który odbyłem mielibyśmy dość po 2 dniach.
Spodziewaliśmy się cichego miasteczka na zboczu wzgórza, miejsca spokojnego z mnichami przechadzającymi się wśród uliczek. Mnisi owszem byli ale zupełnie znikali w tłumie białasów.
Zatrzymaliśmy się w przemiłym hotelu należącym do klasztoru. Czysty pokój z dzieloną łazienką kosztował nas 150 INR(9zł za 2os). Codziennie rano budziły nas śpiewane mantry sprzątającego chłopaka, którego uśmiech był najszczerszy na świecie, można się było nim zarazić ;) Byliśmy pod wrażeniem tego jak bardzo pogodni są ci ludzie. Kiedy przyszło nam płacić recepcjonista zapytał ile właściwie dni tu spędziliśmy… :)

W Mcleod Ganj, Daria spełniła swoje małe marzenie. Podczas jednego ze spacerów za miasto zobaczyliśmy olbrzymiego, szybującego nad naszymi głowami orła. Aż piała z zachwytu :)
Innego dnia widzieliśmy mangustę a ja podczas mojego samotnego trekkingu widziałem jakieś bliżej niezidentyfikowane małpy.
Przeszedłem 16 km przez dwie malowniczo położone wioski, z 4 domami na krzyż, z kobietami piorącymi swoje sari w dziurawych miskach. W jednej z wiosek zostałem poczęstowany herbatą a gdy chciałem zapłacić gospodyni odmówiła stanowczo. Później obserowałem hindusów biorących kąpiel w górskiej rzece. Dla tego trekkingu warto było przyjechać do Mcleod.

Kuchnia tybetańska to kolejna rzecz, która nas tu zauroczyła. Wegetariańskie momosy, makaron chowmein i paratha popijane najlepszym indyjskim chaiem jaki piliśmy to właściwie nasze codzienne menu. Strasznie będzie nam tego jedzenia brakowało.
Co do jedzenia to jesteśmy nieco wystraszeni bo wyczytaliśmy, że Indonezja to całkowite przeciwieństwo Indii jeśli chodzi o wegetarianizm. Nawet Lonely Planet pisze, że wegetarianie będą mieli ciężki przeżycia w Indonezji. Wygląda na to, że będziemy ciągnąć 2 miesiące na ryżu i owocach ;)

***

Dzisiejszy dzień spędzamy w Haridwarze miejscowości, w której byliśmy już wcześniej z Kasia i Przemem. Kiedy opuszczaliśmy to miejsce słanialiśmy się od słońca i żaru lecącego z nieba. To co zastaliśmy dzisiaj totalnie nas zaskoczyło. Ulice toną w wodzie. Ludzie brodzą po kolana w rwącej rzece niosącej ze sobą wszystko co napotkała na swojej drodze. Szukając hotelu przemokliśmy do suchej nitki w deszczu, który pada tu nieustannie od czterech dni…

*** Dodaliśmy nowe pozycje do działu wege smaki :)


Nowy “nabytek”

Kasia i Przemo gubią aparaty, a my znajdujemy??…
Siadamy sobie w kafejce internetowej. Otwieram plecak celem policzenia pieniedzy.
W środku znajduje aparat! Nie, nie nasz aparat. Sprawdziłem 2 razy czy to rzeczywiście nasz plecak. Oglądam z każdej strony, badam zawartość. Patrzę czy czasem ktoś nie zamienił się ze mną na lustrzankę. Wszystko na miejscu.
Nie mamy pojęcia w jaki sposób on się tam znalazł. Tym bardziej, że plecak miałem prawie cały czas na sobie.
No cóż, nie ma co dociekać. Canon ixus 75 to nasz drugi aparat na resztę podróży ;)

Czy takie rzeczy naprawde się zdarzają???


Ladakh nie tym razem

Tak, następna notka miała być z Leh. Tak, dziś wieczorem mieliśmy tam być. Nasz budżet rzucił nam jednak kłodę pod nogi.
Miejsce, do którego marzyło mi się jechać jak tylko dowiedziałem się o jego istnieniu.
Wiedzieliśmy, że tam pojedziemy niemal w chwili kupna biletów do Indii. Później zmieniliśmy plany ze względu na powódź o czym pisaliśmy Tutaj
Ciągnęło mnie tam dlatego, że kraina ta jest przez większą część roku niemal całkowicie odizolowana od świata, chciałem zobaczyć spokojne życie jednej z nielicznych buddyjskich populacji na świecie, chciałem zachwycić się majestatem Himalajów i przejechać przez najwyższe przełęcze świata.
Nawet Daria, która nie jest wielką fanką górzystych terenów nie mogła się doczekać. Ale od początku…

Autobus z Rishikesh do Dehra Dun mieliśmy około godz 12. Rozstanie z Kasią i Przemem było nieuchronne i wszyscy o tym wiedzieliśmy. Strasznie zżyliśmy się przez te kilka dni w Delhi i przez kilka następnych w sielankowym Rishikesh.
Tęsknimy za Wami już teraz, już po 2 dniach. Szkoda, że Was z nami nie ma!

W Dehra Dun byliśmy po 2 godzinach, wsiedliśmy do następnego autobusu. Spokojna jazda po zielonych ternach Himachal Phradesh.
W międzyczasie zmiana autobusu gdzieś na pustkowiu, wszyscy nagle wybiegają i wbijają się na chama do podstawionego autobusu jak banda kiboli. Po chwili robimy więc to samo, ciężko nam się przedostać na nasze siedzenia, w dodatku są już zajęte. Mówimy jakiemuś facetowi, że to nasze miejsca, ten wydziera się w hindi na tych co nam zagrabili miejsca i po chwili siedzimy z plecakami na kolanach. Tłok większy niż w Delhijskim metrze w godzinach szczytu ;)

Po męczacych 18 godzinach jazdy lądujemy w Manali. Z Lonely Planet wywnioskowaliœmy, że najlepszą opcją jest pojechanie do Keylong (110km od Manali), nocleg tam, a na drugi dzień całodzienny autobus do Leh. Kosztować nas to miało 600 INR od osoby.
W normalnej sytuacji byłaby to rzeczywiście najlepsza opcja ale o naszym błędzie dowiadujemy się dopiero w Keylong.
W Lonely Planet wyczytujemy, że te nieco ponad 100km jedzie siê 6 godzin. Na północ od Manali rozciągają się bowiem Himalaje.
Autobus pełny, ruszamy więc. Po 10 km mówię do Darii:
- No obudz się, zobacz gdzie jesteś!
- Niesamowite !
Niezliczone wodospady, piękne wzgórza, niesamowita zieleń.
Po jakichś 30 km pozostaje nam milczeć i z rozdziawionymi gębami oglądać to wszystko co dookoła nas.
Himalaje, WIELKIE Himalaje. A my pniemy się w górę przełęczy Rohtang La. 3978 m.n.p.m. Rzecz nie do opisania.
Potężne szczyty, podnoszące poziom adrenaliny przepaście, kilka rozbitych ciężarówek w dole. A my mkniemy z prędkością 40km/h tym razem w dół, 20 cm od krawędzi przepaści, mijamy inne ciężarówki o długość paznokcia. Ale wśród nas te piękne góry, ośnieżone szczyty a w dole górska rzeka.
Nie wierzę w boga, wierzę w naturę !
Jest to najpiękniejsze miejsce jakie dane nam było zobaczyć w życiu !

Mówimy sobie, że przecież to tylko zalążek, że prawdziwe Himalaje zaczynają się za Keylong, że jutro tam będziemy, że razem przejedziemy przez najwyższą przełęcz świata, jutro Ladakh !
Po 8 godzinach jazdy wysiadamy na dworcu w Keylong i czar pryska. Droga do Leh zamknięta. To znaczy otwarta ale jakaś inna, trzeba wróciæ do Manali i stamtąd drogą alternatywną NIE przez Keylong do Leh.
Aż nam się płakać zachciało. Podchodzi do nas jakiś facet pyta czy chcemy jechać do Leh. Pojawia się iskierka nadziei ale mówię mu:

- Jak to przecież droga zamknięta ?!
- Możemy zorganizować taxi z manali.
- Ile ?
- 1650 INR od osoby

Przez chwilę nawet się zastanawiamy, ale nie, to kompletnie nie wchodzi w rachubę. Nasz budżet chyba by się powiesił.
Podejmujemy decyzję, że nazajutrz wracamy do Manali. Idziemy do centrum Keylong. W centrum 3 sklepy i 1 knajpa bo przecież to mała wioska. Ludzie są tu wspaniali. Zero nachalności. Spokój i uśmiech. Jeśli tak ma być w Ladakh to jeszcze bardziej chcemy tam jechać.

Następnego ranka wsiadamy do autobusu w kierunku Manali. Wolne miejsca tylko z tyłu więc siadamy z plecakami i jemy nasze pierwsze momosy (tybetańskie pierogi). Wspaniałe !
Jak się później okazało miejsca z tyłu były wolne nie bez powodu. Przy większych dziurach, jakich pełno na tej drodze skaczemy na wysokość około 40cm (Nie, nie koloryzuję). Dupy mamy obolałe niemiłosiernie i aż nam się mózgi telepią jak lądujemy na twardym krześle. Pasażerowie lokalsi zerkają na nas przy tych podskokach jakby chcieli się upewnić czy my to przeżyjemy ;)
Śmiejemy się z tej jazdy jak szaleńcy. Daria, która ma chorobę lokomocyjną nawet nie odczuwa bólu głowy. Jest naprawdę wspaniale. W myślach wpisujemy Ladakh na numer 1 miejsc, które chcemy zobczyć przy następnym pobycie w Indiach bo po jeździe do Keylong mamy 10 razy większego smaka niż na początku.

Spacerujemy po Old Manali. Głównym produktem w sklepach są lufki, fajki wodne i inne bajery do palenia trawy bo Manali to indyjska stolica marihuany.

Jutro wieczorem nocnym autobusem jedziemy do Dharamsali, a stamtąd do Mcleod Ganj żeby zjeść minestrone i momosy u Tybetanki i skosztować setek rodzajów herbat. Zupełnie jak w Rishikesh :)


Wśród mostów, małp i Gangesu

Zaraz po kilku dniach spędzonych w Delhi ruszyliśmy pociągiem razem z nowymi towarzyszami podroży do Rishikesh. Od pierwszych chwil bardzo spodobało nam się to miasteczko, bo jak pisaliśmy wolimy spokojne i urokliwe miejsca. Miasto składa się z dwóch części, które przecina ogromny i strasznie rwący Ganges. Zrobił na nas duże wrażenie, bo pomimo swojego brudu, wysokiego poziomu i wielkich wirów Hindusi kąpią się w nim, polewając się świętą wodą. Obie części łączą ze sobą dwa bardzo wąskie mosty, po któych skaczą małpy i podkradają ludziom jedzenie. Całę to miejsce otoczone jest zieleniącymi się górami i chmurami. Cudnie ;)
Dni upływają nam na spacerach po wąskich uliczkach, oglądaniu straganów, jedzeniu pysznej kukurydzy z ogniska podawanej z cytryną i przyprawami, piciu hektolitrów przeróżnych herbat i ogólnym nicnierobieniu :)

Cały wczorajszy dzień spędziliśmy na spacerze całą ósemką nad wodospad. Tereny były tak piękne, że sama droga była dla nas atrakcją, pomimo tego, że większość narobiła sobie pęcherzy. Po lewej stronie szalony Ganges, po prawej rośliny, małpy i całą drogę asekurujace nas dwa pieski :) Do samego wodospadu trzeba było się trochę powspinać, brodząc w spływającej z gór wodzie, omijając gałezie (kto omijał to omijał…) i zsuwające się kamienie. Ale to co znaleźliśmy na końcu drogi przeszło wszystkie nasze oczekiwania! Chłopcy od razu wskoczyli pod wode, a my z Kasią piszczałyśmy z radości i zachwycenia! :) Najpiękniejszy wodospad jaki widzieliśmy w życiu… :) I mieliśmy okazje oglądać go razem.

A wieczorami, kiedy wszyscy już śpią i bramy miasta są zamknięte przesiadujemy z Kasią i Przemem do rannych godzin prowadząc niekończące się rozmowy i śmiechy :D
Bo okazało się, że wieszanie prania w pokoju przez Tomka to najśmieszniejsza rzecz na świecie :D

Dalej kierujemy się na północ do Manali i ze smutkiem musimy się pożegnać z naszą młodą parą i jej rodzicami.

Musimy dodać jeszcze jedną rzecz :) Zrobiło nam się przeogromnie miło, kiedy Kasia z Przemkiem uznali, że jesteśmy jedynymi ludzmi, z którymi mogliby podróżować na dłuższą męte :) )))


Z Kasią i Przemem w Delhi

Kasię i Przema poznaliśmy jakoś w kwietniu 2009 roku. Planowaliśmy wtedy nasz pierwszy wyjazd autostopowy. Przypadkiem trafiliśmy na ich bloga i zafascynowała nas ich droga do Iranu. Byli dla nas drugą po Kindze i Chopinie inspiracją autostopową.
Zadaliśmy im więc mnóstwo pytań o Iran i już byliśmy pewni wyjazdu gdy wybuchły zamieszki w związku z wyborami w Iranie. Zmieniliśmy więc plany.
Po powrocie strasznie chcieliśmy ich poznać, pogadać o podróżach stopem, podzielić się wrażeniami ale nie dane nam było. Zawsze coś stało na przeszkodzie.
Później okazało się, że będą w Indiach w tym samym czasie co my i, że biorą tam ślub !
Zapytali nas czy zostaniemy ich świadkami. Nas, których nawet nigdy na żywo nie widzieli…
No to się zgodziliśmy i z południa Indii w 2 tygodnie, w szaleńczym tempie dotarliśmy do Delhi. Jak się okazało było warto. Bo Kasia i Przemo są absolutnie, kompletnie niesamowici.
Odebrali nas z dworca na drugim końcu miasta i nawet załatwili nocleg :)
Potem włóczyliśmy się 2 dni po Delhi, rozmawialiśmy, piknikowaliśmy w pomieszczeniu z bankomatem, targowaliśmy się razem i jedliśmy w knajpie z menu tylko w hindi :)

Zaproponowali, żebyśmy pojechali z nimi i ich rodzicami do Rishikesh. A my oczywiście się zgodziliśmy, żeby pobyć te kilka dni dłużej z tymi wspaniałymi ludźmi :)